`

“Żona powiedziała: za 2 tys. nie będę z tobą żyć”. Ciemna strona pracy w policji

9 min. czytania
21.12.2024 08:37
Obserwuj nas na Google

- Gdy przyjąłem się do policji, stać mnie było na wiele rzeczy, np. szybko mogłem sobie kupić nowe auto. Pod koniec mojej służby nie miałem nawet, co o tym marzyć - mówi Marek, emerytowany policjant. Przez prawie 15 lat służył w prewencji. - Nikt nie chce pracować na ulicy. To jest najgorsza robota - opowiada. Policja zachęca emerytowanych funkcjonariuszy do powrotu do służby. Czy jest jednak do czego wracać?

Policja
fot. NewsLubuski/East News

Mateusz Kapera: Policja zachęca emerytowanych policjantów do powrotu do służby. Kuszą pieniędzmi. Oferują nawet do 6,7 tys. zł na rękę. Myślał pan o tym?

Marek, emerytowany policjant: Myślałem, ale trochę mi się nie chce wierzyć w te zapewnienia.

Dlaczego?

- Bo jeżeli mam teraz nieco ponad 3 tys. zł emerytury, to oni nagle mi dadzą 6 tys. netto? Pan to sobie wyobraża?

Do tego utrzyma pan emeryturę. Powołują się na przepisy ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym funkcjonariuszy policji.

- Nie chce mi się w to wierzyć. Jeżeli miałbym wrócić i pracować w policji w Warszawie, to nie za mniej niż 10 tys. zł.

A w mniejszych miejscowościach?

- Też nie. Teraz mam kilka dorywczych zajęć, bo za 3 tys. zł emerytury nie poszaleję. Jak mam czas, to jeżdżę na taksówce. Dorabiam sobie też, nie powiem, na czarno. Zarabiam więc nieco więcej, niż miałbym w policji. Po co mam wracać i się męczyć? Niektórzy ludzie mi zazdroszczą, że mam emeryturę. Moja matka nie ma tyle emerytury, co ja, a jest już na niej dosyć długo. Ma 2,2 tys. Takie są stawki w Polsce.

Tłumaczę to ludziom w ten sposób, że jeżeli kobieta jest w ciąży, potem urodzi dziecko, to ma możliwość pójścia na urlop macierzyński. Jedni z tego korzystają, drudzy nie. Tak samo ja. W 2023 roku miałem możliwość przejścia po 15 latach służby na emeryturę i skorzystałem z tego prawa. Z jednej strony się cieszę, że mam emeryturę w wieku 43 lat. Z drugiej strony jest to niska emerytura. Żyć na dobrym poziomie się nie da.

Nie chciał pan pracować dłużej?

- Robiłem wszystko, żeby odejść. Miałem po prostu już tego dosyć.

Redakcja poleca

Czego?

- Na przykład tego, że nie było możliwości awansu. Dla mnie to była stagnacja. Źle się czułem psychicznie. Zacząłem chodzić do psychiatry. Stwierdził mi neurastenię, rodzaj nerwicy. Byłem wypalony zawodowo. Psychiatra zalecał mi się zwolnić z policji i rozpocząć nowe życie.

Ile pan zarabiał w ostatnich latach służby?
- Moja ostatnia wypłata, to było 4,7 tys. na rękę. Jak na lubelski rynek nie jest to mało, chociaż mam brata, też w służbach mundurowych, który pracuje w Warszawie i ma blisko 8 tys. zł. na rękę. Też narzeka, bo w stolicy jest drożej, inaczej kształtują się ceny nieruchomości, wynajmów itd.

Kiedy w policji były najlepsze pieniądze?

- W moim przypadku na początku kariery. W 2007 roku przyjąłem się do policji. Byłem kawalerem, nie miałem większych wydatków, stać mnie było wtedy na wiele rzeczy. Szybko mogłem sobie kupić nowy samochód. Pod koniec mojej służby w policji nie miałem nawet, co o tym marzyć.

Cofnijmy się do 2007 roku. Jak pan trafił do policji?

- Pracę w policji zacząłem na komisariacie na warszawskiej Woli. Wcześniej studiowałem pedagogikę resocjalizacyjną i wspomagania rodziny w Akademii Pedagogii Specjalnej w Warszawie. Skończyłem pięcioletnie jednolite studia magisterskie. Edukację zakończyłem na studiach podyplomowych na Uniwersytecie Warszawskim. Uczyłem się o zwalczaniu przestępczości zorganizowanej i terroryzmu. Oprócz tego był jeszcze kurs podstawowy w Szczytnie dla policjantów i inne szkolenia. Służbę pełniłem w ogniwie patrolowo-interwencyjnym. Praktycznie całe moje życie na pierwszej linii frontu.

Redakcja poleca

Najgorsza robota?

- Nikt nie chce na ulicy pracować. To jest najgorsza robota w policji. Gorsza może być jedynie praca technika kryminalistycznego (pracuje m.in. na miejscu zbrodni - przyp. red.). Na warszawskich ulicach była niezła orka, ale miała też swoje plusy. Mam porównanie. Pracowałem niedługo, bo niecałe dwa lata w Warszawie, a potem przeniosłem się do Lublina. To są dwie różne policje. Jeżeli chodzi o jakość i kompetencje policjantów, to Warszawa bije na głowę Lublin. W Warszawie można też zrobić karierę, wdrapać się na wysokie stołki. Mam wielu znajomych, którzy skończyli oficerki, są zadowoleni. Mam koleżankę, która ma na rękę 6,8 tys. zł emerytury.

Jak pracowałem w Warszawie, to miałem dużo premii i nagród pieniężnych. W 2008 roku dostawałem: 600, 900 a nawet 2 tys. zł nagrody. To były wówczas bardzo wysokie kwoty. Nie pochodzę z Warszawy, więc mieszkałem w hotelu policyjnym na Szczęśliwicach. Wie pan, gdzie to jest?

Wiem.

- Był pan tam kiedyś?

W środku nie byłem.

- Warto odwiedzić to miejsce. Kończyłem służbę w Warszawie w 2009 roku. Rok temu byłem w hotelu z wizytą u koleżanki. Tam się nic nie zmieniło. Czas się zatrzymał. Budynki wyglądają jak baraki.

Gdy mieszkałem w hotelu policyjnym, dzieliłem pokój z dzielnicowym, który był alkoholikiem. Mieliśmy karaluchy. Rano wychodziłem na dwunastogodzinną służbę. Były w wymiarze trzyzmianowym, czyli raz miałem np. na godzinę 6, innym razem na 14 lub na nockę. Miałem uprawnienia na pojazdy uprzywilejowane, więc jeździłem za kółkiem. Pamiętam takie soboty, gdy w czasie dwunastogodzinnej służby potrafiliśmy "zrobić" 13 interwencji. Już wtedy zastanawiałem się: ”jak się nie zwolnię z policji, to albo popełnię samobójstwo, albo nic się nie zmieni w moim życiu".

Było aż tak ciężko?

- Wstawałem rano, było ciemno. Zima. Pracowałem na pierwszej linii frontu. Miałem do czynienia z osobami chorymi psychicznie, narkomanami z AIDS, HIV, żółtaczką. Wracałem po takiej orce do pokoju hotelowego i wszystkiego mi się odechciewało. Jak kończyłem nockę o godz. 6, to kładłem się spać i wstawałem o 17. Mój organizm potrzebował tyle snu, żeby się zregenerować. Teraz żałuję, że się wtedy nie zwolniłem. Jeżeli wyjechałbym za granicę, to dorobiłbym się jakiś pieniędzy. Mam dużo znajomych, którzy w tej chwili mają inny status życia niż ja.

Nie zachęcił pan młodych ludzi do pracy w policji.

- Trochę inaczej sobie wyobrażałem służbę w policji, jak byłem studentem, czy potem gdy już zostałem policjantem. Byłem pełen werwy, miałem ambicje. Chciało mi się coś robić, pomagać ludziom. Z tą myślą poszedłem do policji. Skończyłem studia, które mnie interesowały. Chodziłem na wszystkie wykłady. Moim wykładowcą był np. prof. Lew Starowicz, czy prof. Brunon Hołyst. Potem poszedłem do policji i szybko zostałem sprowadzony na ziemię. Chociaż służba w Warszawie dała mi szkołę życia.

Redakcja poleca

To znaczy?

- Jak ktoś pracuje tam półtora roku, dwa lata, to można powiedzieć, że jest już "starym" policjantem. Ma tyle różnorodnych interwencji, że jest się w stanie dużo nauczyć, jeżeli ma doświadczonego kolegę, partnera. Porównując to do Lublina, premie były bardzo wysokie, komendanci w porządku, współpraca z sądami i prokuraturą - wzorowa. Jak jechaliśmy na interwencję, gdzie była porządna zadyma, to asekuracyjnie wokół takiego wydarzenia jeździły jeszcze dwa czy trzy radiowozy. Jak coś się działo, to koledzy byli w ciągu paru sekund na miejscu.

A w Lublinie?

- Dyżurny nie zgodziłby się na to, żeby podjechał drugi patrol, albo mówił, że nie ma patrolu. Ewentualnie w ogóle nie odzywał się przez stację.

Z czego wynikają te różnice między Warszawą a Lublinem?
- Upraszczając, w Lublinie od komendy wojewódzkiej po miejską są układy polityczne i rodzinne. Nieważne, czy jakiś Krzysio, Tomuś, czy Maruś skończył studia, ale stanowisko kierownicze dostanie. Mam znajomego, który pracuje w WPA (Wydział Postępowań Administracyjnych - przyp. red.) w komendzie wojewódzkiej policji. Nie jestem przekonany, czy on ma chociaż maturę.

To po co przeniósł się pan do Lublina?

- Poznałem dziewczynę z Lublina. Założyłem rodzinę. Teraz jestem już po rozwodzie. Moja żona powiedziała po pewnym czasie, że za 2 tys. zł nie będzie ze mną dalej żyć. Wtedy takie były zarobki. Miałem jakieś 2,3 tys. zł na rękę, czy w pewnym momencie 2,8 tys, zł. Utkwiło mi to jej zdanie w głowie, ale rozumiem ją, bo życie z policjantem nie jest łatwe. Ona zarabiała coraz więcej, bo była przedstawicielem handlowym. Chciałem się nawet przenieść na dzielnicę albo pójść do wydziału kryminalnego jako funkcjonariusz operacyjny. Ale skończyło się na obietnicach szefostwa.

Nie było szans na awans, jakikolwiek rozwój?

- Dla mnie awans to jest np. przeniesienie na inne stanowisko służbowe z możliwością pójścia na pierwszy stopień oficerski. Ale otrzymanie takiego awansu w Lublinie było nierealne.Tutaj, jak ktoś ma być oficerem, to byle miał skończone jakiekolwiek studia, bo taki jest wymóg formalny. Wystarczy przyjrzeć się komendantom. Większość z nich ma studia zaoczne. Często studiują bezpieczeństwo wewnętrzne. To jest w modzie, tak chyba najłatwiej, najszybciej.

Jakie największe wady pracy w policji wyliczyłby pan po tych 15 latach służby?

- Na pierwszym miejscu postawiłbym zarobki. Nie ma się motywacji do niczego, jeżeli zarabia się 4,7 tys. zł i ma się na utrzymaniu rodzinę i 3 tys. zł raty za mieszkanie. Jeżeli ludzie mają dwójkę dzieci i kredyt, to 4-5 tys. to nie jest szał. W 2008 roku rozmawiałem z niemieckim policjantem, który przyjechał do Polski. W Niemczech, jeżeli ktoś wtedy szedł na ulicę, pracował w prewencji, to miał największe uposażenie – 1,7 tys. euro. Dodatkowo dostawał benefity na mieszkanie, czy na życie, jeżeli żona nie pracowała. Co ważne, najwięcej zarabiali młodzi, którzy chcieli pracować na ulicy, a w dochodzeniach, wykroczeniach pracowali często emerytowani policjanci z doświadczeniem. Wtedy jednak zarabiali dużo mniej.

Takie rozwiązanie w Polsce byłoby bardzo dobre, z korzyścią dla wszystkich. Proszę sobie wyobrazić, że są w komendzie wojewódzkiej czy komendzie stołecznej biblioteki, do których nikt nie przychodzi. Można tam skorzystać z internetu, pożyczyć kodeks wykroczeń, karny. Nikt tam nie przychodzi, ale jest tam 4 czy 5 stanowisk oficerskich. A wystarczyłoby jedno i to dla cywila. W Polsce jest bardzo dużo niepotrzebnych komórek. W Lublinie jest siedem komisariatów. Niech mi pan powie, po co w każdym komisariacie jest dwóch komendantów? Na taki komisariat wystarczyłby jeden naczelnik.

Może jest taka potrzeba?

- Niech pan pojeździ sobie w sobotę i niedzielę po komisariatach w Lublinie i sprawdzi, czy są oni w pracy. Czy jeden drugiego zastępuje? Weekendy mają wolne. Niech taki komendant zarabia, np. 12 tys. zł. To daje miesięcznie 24 tys. zł na dwóch komendantów. W skali roku można kupić radiowóz.

Druga największa wada?

- Warunki służby. Jeżeli ma się do dyspozycji świetny sprzęt, to aż miło się pracuje. Jeździłem radiowozem, który był zaszczany z tyłu. One w ogóle nie były dezynfekowane.

Kiedyś miałem nadzór nad osobą, która wyszła z więzienia. Była przestępcą seksualnym. Z kolegą dostaliśmy radiowóz - nowy, z niższym zawieszeniem. Nasza rola polegała na obserwowaniu domu mężczyzny i sprawdzaniu, czy nikomu nie zagraża. Mieszkał on na wsi, pracował na roli. Raz wziął traktor i pojechał w pole. My za nim, żeby mieć go w zasięgu wzroku, a tu nagle rowy i wyboje. Wiedziałem już, że nie przejadę, urwę zawieszenie, albo się zawieszę na drodze. Zgłaszam dyżurnemu, żeby mi pilnie podesłał radiowóz terenowy, albo przysłał odpowiedni patrol. Dyżurny z komisariatu próbował coś załatwić. Zadzwonił nawet do swojego komendanta, ale okazało się, że nie mają sił i środków. Zrobiła się afera na całe województwo, że robię sobie jaja i żądam helikoptera. Jak można traktować tę instytucję poważnie?

Trzecia wada?

- Rodzina cierpi najbardziej. Moja się rozpadła m.in. przez służbę w policji. Raz mi się tak interwencja przedłużyła, że po dziecko do przedszkola pojechałem radiowozem. Nauczycielka siedziała już tylko z moim dzieckiem. Była godz. 18, a do 16 trzeba było je odebrać. Taka jest specyfika służby. Do tego pracuje się na trzy zmiany. Są oczywiście stanowiska, gdzie pracuje się osiem godzin, od poniedziałku do piątku, wszystkie święta wolne. Jedna z naczelniczek kadr komendy miejskiej pracuje już tak z 25 lat i być może popracuje kolejne 20, bo nie będzie jej się opłacało pójść na emeryturę, a jak zwolni stanowisko to wciągnie na nie swoją kuzynkę. Ale będąc młodym policjantem trudno tak zrobić. Tak samo lekarz decyduje się na to, że ma dyżury w szpitalu. A dlaczego chce pracować nie po 8, tylko po 24 godziny?

Lekarze cieszą się chyba też większym uznaniem. Nie ma pan wrażenia, że w ostatnich latach zawód policjanta nie tylko nie jest atrakcyjny finansowo, ale również wizerunkowo?

- Jak byłem młodym policjantem, byłem na kursie podstawowym w Szczytnie, koło Olsztyna. Mieliśmy różne zadania, np. patrolowaliśmy ulice. Nie było osoby, która by nas nie mijała i nie powiedziała „dzień dobry”. To, co teraz się dzieje w Warszawie czy w Lublinie, to jest nieporozumienie. Ten zawód nie jest szanowany.

Gdyby pan znowu miał 20 parę lat, ale także dzisiejszą wiedzę i doświadczenie, to wybrałby pan znowu policję?

- Na 100 procent nie.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET