`

Nauczycielka Roku 2025: Regularnie mam momenty zwątpienia. Raz już mówiłam, że zostanę motorniczym

6 min. czytania
11.10.2025 09:44
Obserwuj nas na Google

- Nie zawsze odnoszę sukces, nieraz prowadząc lekcję, mam wrażenie, że mówię jak do ściany. Mimo wszystko zawsze staram się wymagać. Uważam, że szkoła powinna stawiać wymagania - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Agnieszka Kopacz, Nauczycielka Roku 2025.

Agnieszka Kopacz
fot. Anita Walczewska/East News

Agnieszka Kopacz, laureatka konkursu Nauczyciel Roku 2025, uczy języka polskiego i informatyki w I LO z Oddziałami Mistrzostwa Sportowego im. Marii Skłodowskiej-Curie w Sopocie. Nauczycielka obroniła dwie prace doktorskie – z literaturoznawstwa i z pedagogiki. Prowadziła badania na temat grywalizacji, escape roomów i projektów interdyscyplinarnych. Przez 12 lat prowadziła koło informatyki i robotyki, a także warsztaty dla nauczycieli szkół podstawowych. Otwarcie mówi o tym, że ma dysleksję, ADHD i autyzm.

Aleksandra Pucułek: Kiedy na gali Nauczyciela Roku odczytywano pani osiągnięcia, zatrzymało mnie zdanie dotyczące jednej z pani klas, w której „nikt się nie odzywał, było zero dialogu”. Coraz częściej nauczyciele opowiadają mi, że mogą skakać, tańczyć, śpiewać na lekcji, a i tak ciekawszy będzie Tik Tok i telefon. I nieraz z bezsilności odchodzą ze szkoły. Jak pani udaje się dotrzeć do uczniów, zaktywizować ich?

Agnieszka Kopacz, Nauczycielka Roku 2025: - Akurat ci uczniowie, którzy przez pierwsze pół roku się nie odzywali, to później się tak rozgadali, że nie można było ich zatrzymać, więc nigdy nie jest łatwo. Ale w tym wypadku po prostu znalazłam z nimi jakiś wspólny temat, który ich otworzył, a ponieważ była to moja klasa wychowawcza, to bardzo chciałam i starałam się znaleźć takie porozumienie.

Nie ma jednak jednej recepty. Nie zawsze odnoszę sukces, też nieraz mam wrażenie, że mówię jak do ściany. Mimo wszystko zawsze staram się wymagać, więc przez 10 minut lekcji omawiam jakiś rozdział, tekst, wymieniam najważniejsze punkty, a 30 minut przeznaczam na aktywność ucznia. Część osób z tego korzysta, coś pisze, dyskutuje, a część ma to gdzieś, bo uczeń musi jeszcze chcieć wynieść coś z lekcji. Mam klasy, które świetnie pracują i takie, gdzie jest krew, pot i łzy. Ja się trochę męczę, oni się męczą. Gdy prowadzę lekcje polskiego w klasie matematyczno-fizycznej, to mówię wprost: „rozumiem, że nie lubicie polskiego, byłam w takiej samej klasie jak wy, ale trzeba to przeżyć, znajdźmy wspólnie jakieś rozwiązanie”.

A ma pani ucznia, którego najbardziej pani zapamiętała?

- Właściwie pamiętam większość swoich uczniów, ale oczywiście mam takich, do których mam wyjątkową słabość. Pierwszego z nich spotkałam w gimnazjum nr 27, dzisiaj to SP nr 1 w Gdańsku. Michał nie znosił polskiego, o czym powiedział mi na pierwszej lekcji, i zarzekał się, że nie polubi tego przedmiotu. Odpowiedziałam, że nie musi, może lubić mnie. Spojrzał wtedy na mnie zaskoczony i dopytywał: „jak to?”. Wyjaśniłam, że nie musi lubić tekstów, które czyta, ale chcę, żeby je zrozumiał, żeby jego niechęć miała jakieś uzasadnienie. Ostatecznie skończył z celującym na koniec roku i nie musiałam go mocno namawiać do nauki.

Kolejny uczeń, o którym wspominałam też we wniosku, miał dysleksję, piątkę z polskiego i uważał, że na tym koniec. Przekonywałam go, że może umieć na sześć, może brać udział w olimpiadzie z polskiego, że popracujemy nad tym. I rzeczywiście był finalistą olimpiady polonistycznej. Mogłabym te historie mnożyć. Można być totalnie zniechęconym przez system, ale jak zobaczy się takiego ucznia, to macha się ręką na to wszystko i stwierdza się po prostu, że fajnie jest pracować z tymi dzieciakami.

Miała pani taki moment zwątpienia, że myślała pani nad zmianą zawodu?

- Mam regularnie takie momenty od około trzech lat. Jednej klasie już nawet mówiłam, że może zostanę kierowcą tramwaju, bo szukali wtedy pracowników w gdańskiej zajezdni. Przykre było to, że nawet uczniowie widzieli, że już mam dosyć.

Redakcja poleca

Dosyć czego?

- Na pewno nie uczniów, oni są super. Natomiast system i to, że przez zasiedzenie można osiągnąć wynik, sprawia, że zwyczajnie mi się czasem nie chce. Nie mogę pójść do dyrekcji jak standardowy pracownik i powiedzieć: mam sukcesy, poproszę podwyżkę. Muszę pracować siedem lat, żeby ją dostać, bo zarobki nauczycieli są uzależnione od stopnia awansu zawodowego. Dlatego też brakuje młodych nauczycieli.

Regularnie w szkołach spotykam się też z podejściem, że jak więcej robię, to źle. Słyszę np. od rodziców, że „po co ten projekt, dzieci mogłyby się uczyć Excela i wystarczy”. Albo „po co pani robi problemy, przecież można postawić dwójkę i puścić świat.” Co chwila od któregoś z moich uczniów słyszę: „chciałem być w zawodówce, ale mama nie pozwoliła.”

Nie pracuje pani w szkole z czołówek rankingów, z samymi olimpijczykami.

- Nie, mamy opinię szkoły, która jest w stanie stworzyć przyjazne warunki dla uczniów, natomiast na pewno nie jesteśmy szkołą olimpijską. Mamy za to najwyższy w Trójmieście wskaźnik EWD (edukacyjna wartość dodana).
Jeżeli nasz uczeń chce się rozwinąć, to ma na to szansę, ale jeżeli nie będzie chciał, to przejdzie przez te cztery lata, niewiele z nich korzystając. To jest, niestety, porażka systemu edukacji, bo wspiera on np. usprawiedliwianie nieuzasadnionych nieobecności.

Uważam, że szkoła powinna stawiać wymagania, a często na siłę ciągniemy tych uczniów, byle do końca edukacji. Jeżeli przez kilka lat dziecko nie dostanie sygnału, że musi coś poprawić, nad czymś popracować, to w pewnym momencie zderzy się ze ścianą. Możemy przesuwać granicę, ale ona nie zniknie. Trzeba będzie zmierzyć się z egzaminem, z maturą.

Rzeczywiście te wymagania są coraz mniejsze?

- Niestety, szkoły obniżają poprzeczkę. Stwierdzamy, że to, czy tamto nie jest potrzebne. Nie jestem fanką kanonu lektur, ale można z niego wiele wyciągnąć.

Redakcja poleca

Podstawa programowa gimnazjum była świetna, bo stawiała nacisk na uniwersalne kompetencje, na rozumowanie. W tę stronę idzie dydaktyka zagraniczna. A my chcielibyśmy kreatywnych ludzi, a uczymy ich w taki sposób, że tę kreatywność w nich zabijamy.

To teraz trochę pozytywów. Co pani najbardziej lubi w szkole?

- Dzień, w którym mogę po prostu uczyć, jest fantastyczny. Kiedy przychodzę do pracy, nie mam spotkań z rodzicami, papierologii, trochę się pośmieję z uczniów, oni ze mnie, zjemy na spokojnie śniadanie, pójdę do mojego przyjaciela w szkole – to są najfajniejsze dni. Uwielbiam takie, kiedy mam np. lekcje z dwoma klasami trzecimi, omawiam z nimi tę samą lekturę, ale oni totalnie inaczej ją analizują, wręcz czasem się ze mną pokłócą. To jest super, bo pokazuje, że dziecko zaczyna myśleć.

Opowie pani trochę o swojej sali 28, bo jest nietypowa.

- Dostałam ją po mojej promotorce z licencjatu. To ona zresztą ściągnęła mnie do tej szkoły. Na samym początku w sali była tylko zwykła tablica i kilka mebli. Z dnia na dzień pomieszczenie się zapełniało. Przyniosłam biurko, w internecie znalazłam jakąś szafkę, mamy też maszynę do bingo, na której losujemy wybrańców do odpowiedzi. Można sobie zrobić herbatę, kawę, pożyczyć piłeczkę do ściskania, żeby rozładować emocje. Jeśli ucznia nie ma na polskim, bo np. wyjechał na wycieczkę zagraniczną, to ma obowiązek przywieźć mi magnes, więc mam tych magnesów już ok. 40. Teraz w tej sali jest część każdej klasy, którą uczyłam.

Agnieszka Kopacz, Nauczycielka Roku 2025
Fot. Anita Walczewska/East News
Agnieszka Kopacz, Nauczycielka Roku 2025

To skoro mowa o atmosferze i wspomnieniach, to ma pani nauczyciela, którego wyjątkowo zapamiętała?

- Jestem bezgranicznie wdzięczna mojej wychowawczyni z podstawówki z klas 1-3, która miała niesamowitą intuicję nauczycielską i umiejętność dotarcia do dziecka. Nawet do niej napisałam po gali, że bez niej to by się nie udało. Jak poszłam do szkoły, to prawie w ogóle nie mówiłam, nie potrafiłam pisać, miałam ogromne braki, a ona odkryła, że umiem matematykę i na tej umiejętności oparła całą moją karierę szkolną. Dzięki temu miałam motywację do nauki, bo wiedziałam, że w matematyce jestem dobra i że sobie poradzę z resztą.

Wspomniała pani o uczniu, który miał dysleksję. Swoim klasom mówi pani, że sama ma pani dysleksję, ADHD, autyzm?

- Tak, szczerość pomaga mi budować przestrzeń porozumienia między nami. To jest dla nich świadectwo tego, że też mam swoje trudności, braki, ale staram się nad nimi pracować i oni to widzą.

Miejsce bezpieczne, twórcze i radosne. Chciałaby pani, żeby takie były szkoły. Mamy już takie, dopiero dążymy do tego?

- Moją inspiracją jest szkoła, którą stworzył Kuba Tylman, w której dzieci mają pracownie cukiernicze, sale terapeutyczne, kolorowe, piękne korytarze. Wierzę, że takich miejsc będzie coraz więcej i to daje nadzieję.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET