Policja nie chciała wydać 6 tysięcy złotych na badania DNA. Seryjny morderca mógł zabijać dalej
- Tadeusz Grzesik brał udział w 14 czy 15 zabójstwach. Łatwo można przeliczyć, ile żyć kosztowało te sześć tysięcy złotych, których poskąpiono na badania DNA - opowiada Maciej Kuciel, autor książki “Morderca w gumiakach. Historia największego polskiego seryjnego mordercy”. Brutalny przywódca gangu kantorowców mógł wpaść w ręce policji już po jednej z pierwszych zbrodni. Dlaczego policja go zbagatelizowała?
Lata 90. w Polsce to czas, gdy na ulicach postrach siały zorganizowane grupy przestępcze. Policja walczyła z brutalnymi gangami, jak pruszkowski czy wołomiński. Na okładkach gazet niczym aktorzy i politycy lądowali ich liderzy “Słowik”, “Pershing” czy “Dziad” lub “Wariat”. Maciej Kuciel, autor książki “Morderca w gumiakach” przekonuje, że to nie członkowie tych gangów byli największymi i najbardziej brutalnymi przestępcami w wolnej Polsce. Jego zdaniem na miano największego seryjnego zabójcy zasłużył sobie plantator truskawek spod Kielc Tadeusz Grzesik.
Mateusz Kapera: Morderca w gumiakach? Brzmi jak scenariusz kolejnego serialu czy filmu kryminalnego na jednej z platform streamingowych.
Maciej Kuciel: - Uważam, że to jest temat na serial, nawet nie na film. Tego się nie da opowiedzieć w półtorej czy nawet w dwie godziny.
Określenie morderca w gumiakach wziąłem od policjantów. Chcieli w ten sposób wyróżnić zorganizowaną grupę wokół Tadeusza Grzesika. Ci ludzie byli bezwzględni. Nie mieli żadnych skrupułów, a jednocześnie różnili się od zorganizowanych grup, które wtedy funkcjonowały. Takie określenie świadczy też o pewnym braku szacunku wobec członków tej grupy, bo traktowano ich jak “chłopków”, rolników. Policja przez długi czas lekceważyła ich: dokonują jakiś tam napadów, ale nikt się nie spodziewał, że to jest tak doskonale zorganizowana struktura. Jak to powiedział jeden z mecenasów, była to wręcz konspiracyjno-partyzancka struktura zaczerpnięta z tradycji Kielecczyzny.
Tam nie było wciągania “kresek” i gangsterskiego blichtru, którym dziennikarze epatują, pokazując gangsterski świat. U Grzesika jak już pili to wódkę, zapijając ją sokiem. A jak trzeba było sobie z kimś poradzić, to brali pistolet, drewniany kij albo stylisko od łopaty czy siekiery i tłukli ludzi. Tam nie było wymuskanych gangsterskich zwyczajów. Była prosta, wiejska siła i chłopski rozum. Jak najprościej uciszyć świadka? Po prostu go zabić. Tak ta grupa działała, a jej organizatorem był Tadeusz Grzesik.
Ilu ludzi mają na sumieniu?
- Jeśli mówimy o ofiarach, które dowodowo udało się przypisać grupie, to jest to 17 osób. Policja jednak podejrzewa, że ofiar mogło być nawet 40.
Nie zawsze zabijał Tadeusz Grzesik. On raczej stał z tyłu, rozdawał broń, dopingował. “Na co jeszcze czekasz?! Wal!”. Takie hasła padały przez krótkofalówkę. Pilnował, żeby nikt nie przeżył. Gdy postrzelili kobietę, która następnie dawała jeszcze oznaki życia, to Tadeusz Grzesik wziął breszkę, którą zawsze ze sobą nosił, przyłożył pustą saszetkę do głowy kobiety i ją zatłukł. Żeby już nic nie powiedziała.
Powiedziałeś, że Grzesikowi udowodniono 17 zabójstw, ale być może było ich nawet 40. Dlaczego nie udało się w tak wielu sprawach znaleźć dowodów na winę Grzesika i jego grupy?
- Bo się nie wyróżniał. Podstawową zasadą w śledztwie policyjnym jest szukanie zabójcy wśród najbliższych ofiary. Najtrudniejsze są sprawy, w których nie ma żadnych powiązań. Jaki związek może zachodzić pomiędzy sprawcami napadu rabunkowego a właścicielem hurtowni czy nocnym stróżem? Nie ma takiego związku. Chyba że ktoś wypatrzył Tadeusza Grzesika, który godzinami leżał w trawie, obserwował, zapisywał w swojej pamięci, bo nie robił notatek, o której ktoś przyjeżdża oraz wyjeżdża.
Taką strategię wykorzystywał przy planowaniu morderstw. W jednym przypadku było kilkadziesiąt wyjazdów obserwacyjnych. Najpierw uczestniczył w nich Tadeusz Grzesik, potem dołączał do niego kompan. W końcu już uzbrojeni czekali na dogodny moment. Mieli wszystko ustalone: harmonogram dnia ofiary, miejsce zamieszkania, sposób powrotu do domu. Sprawdzali dogodne miejsca do ataku. W większości przypadków najbezpieczniejszym miejscem był dom lub droga do domu, bo wtedy ludzie czują się bezpiecznie.
Jak pracujemy w kantorze, to przez cały dzień pracy możemy się bać, że zaraz wpadnie ktoś z rewolwerem i zażąda od nas pieniędzy. Natomiast jak już wracamy do domu, zwłaszcza jak jesteśmy już za bramą, to wtedy czujemy się bezpieczni. Tymczasem nagle zza rogu, zza drewnianego płotu wyskakują zamaskowani mężczyźni i strzelają. Nikt nie ma szans, nawet jak ma broń. Nie zdąży jej wyciągnąć. Na tym to polega atak z zaskoczenia: zabić, zabrać pieniądze i uciec.
W latach 90. czy na początku lat 2000. mało kto miał monitoring w domu.
- Nie było kamer. To nie był nawet czas telefonów komórkowych. One dopiero się pojawiały i w końcu spowodowały upadek doskonale działającej maszyny śmierci Grzesika. Mimo że Grzesik potrafił się odnaleźć w obecnej wówczas technologii. Wiedział, że telefon komórkowy można namierzyć nie tylko przez kartę SIM. Dzisiaj już wszyscy wiemy, że telefon ma podwójną identyfikację: karty oraz samego aparatu telefonicznego. Na początku lat 2000. nie było wiadomo, że to tak działa, ale Tadeusz Grzesik wiedział. Telefony były wygodniejsze niż krótkofalówki. Grzesik mógł stać pod kantorem, a zaczajeni zabójcy na podwórku właścicieli kantoru mogli otrzymywać od niego informacje.
Grzesik zakazywał swoim ludziom używania komórek w życiu prywatnym. Po każdej akcji aparaty były niszczone, więc nie było dowodów na udział w zbrodni. Aż do momentu, gdy jeden z członków grupy, który później poszedł na współpracę z policją, wyrzucił telefon po podwójnym zabójstwie w Myślenicach, ale wcześniej zadzwonił z niego, używając własnej karty. I tak wpadli.
Tworzysz bardzo ciekawy obraz Tadeusza Grzesika. Z jednej strony nazywasz go prostym rolnikiem, a z drugiej strony pokazujesz, że ma umiejętności w prowadzeniu obserwacji, w planowaniu akcji i zna nowinki technologiczne.
- Mówię o nim “prosty chłop”, bo tak go wtedy postrzegano. W latach 90. był typowany jako sprawca potrójnego zabójstwa i gwałtu w Cedzynie, ale uznano, że wiejscy bandyci nie są niezdolni do zorganizowania takiej akcji. Może gdyby nie pojawiło się kolejne zabójstwo, to śledczy bardziej by się nim zainteresowali. Ale w tym samym czasie doszło do czwartego zabójstwa z tej samej broni w Stalowej Woli. Uznano, że mieszkańcy wsi Woli Jachowej, Bliżyna, Górna nie są w stanie zorganizować i przeprowadzić tak skomplikowanej akcji. Napad rabunkowy połączony z zabójstwem właściciela kantoru w 1991 roku to naprawdę skomplikowana akcja.
Wyśledź najpierw, kiedy ten facet wraca, czy jest sam, gdzie mieszka? Sprawdź to wszystko i to w ten sposób, żeby cię nie zobaczył. Potem zaplanuj zbrodnię. Znajdź jeszcze osoby, które bezwzględnie wykonają coś takiego. No i kogoś, kto pociągnie za spust, zabijając człowieka. Człowieka nie zabija się łatwo. Mamy w sobie taki wewnętrzny imperatyw - nie zabijaj. Oczywiście w wojsku czy w policji przechodzi się szkolenia, które pozwalają później na używanie uzasadnionej przemocy. Poza służbami te szkolenia przechodzi się w życiu: bójki na dyskotekach, gwałty czy napady rabunkowe. Ktoś ma pieniądze, to można dać mu po łbie.
Od tego dania „po łbie” do śmiertelnego pobicia już jest całkiem niedaleko. I tak powoli traci się wewnętrzny imperatyw, który większość społeczeństwa ma w sobie. Nagle zabójstwo staje się proste. Potem dochodzi broń palna, która jeszcze bardziej ułatwia dokonanie zbrodni. Nóż, pięść, czy cegła wymagają bezpośredniego kontaktu z ofiarą. A pistolet? Wyciągasz rękę i pociągasz za spust.
Skąd grupa Grzesika miała broń?
- Region, w którym działała, jest zmilitaryzowany. Po pierwsze, były spore zapasy powojenne. Tam przecież była partyzantka, były walki. Po drugie, w regionie były i są nadal zakłady zbrojeniowe. Pracowali w nich ludzie ze świętokrzyskich wsi. Sporo z nich znało się na broni, potrafiło strzelać, ale także wiedziało, jak ją wytwarzać. Miało dostęp do części, do wybrakowanych egzemplarzy, które nie są ewidencjonowane i teoretycznie powinny zostać zniszczone. Można było wynieść je z zakładu i potem złożyć, może nie w doskonałą, ale nadal działającą broń.
Ważniejsze było to, że nieoznakowana broń nie ma numeru seryjnego, jest “czysta”. A jeżeli mamy rusznikarza, który pracuje w zakładach zbrojeniowych, to on nam po każdym napadzie rabunkowym zmieni jej tożsamość.
Z tego co pamiętam, to tylko raz broń użyta przez ludzi Tadeusza Grzesika, czy jego samego, była taka sama. W 1991 roku zginęły trzy osoby w Cedzynie pod Kielcami. Niedługo później zastrzelony został właściciel kantoru w Stalowej Woli. Wszyscy zginęli z tej samej broni. Później pojawił się genialny rusznikarz. Szacunek wyrażali do niego nawet biegli sądowi podczas procesu, bo faktycznie znał się na swoim fachu. Od lat 90. przerabiał broń grupie Grzesika. Później już nikt nigdy nie potrafił połączyć tych napadów z jednostką użytej broni.
Gdzie Tadeusz Grzesik nabył bandyckich umiejętności? Wzorował się na kimś?
- Być może nauczyło go środowisko, w którym się wychował. Jak opowiadał mi obecnie emerytowany inspektor policji Zdzisław Marek Szczekota, okolice, w których Grzesik mieszkał, są naznaczone tradycją bandytyzmu. O sposobie planowania zbrodni, że nie idziemy, „na rympał”, czyli, że gdy widzimy, że ktoś jest bogaty, to od razu nie wyciągamy rury i nie tłuczemy go po głowie, żeby zabrać pieniądze, tylko czekamy na odpowiedni moment, rozmawiało w ściśle zamkniętym środowisku, w tym rodzinnym.
To były przestępcze klany, które zawodowo zajmowały się bandytyzmem. Nawzajem się uczyły. Ich członkowie szli do więzienia i tam dalej pobierali “edukację”. Wracali na wolność i przekazywali te informacje następcom. Tadeusz Grzesik był pod tym kątem wyjątkowy. Nie zachwycam się jego osobą, ale potrafił się uczyć bandyterki, nie trafiając do zakładu karnego z prawomocnym wyrokiem. Oczywiście miał momenty, w których był zatrzymywany, a nawet siedział za kratkami, ale krótko. Do pewnego momentu nic mu nie udowodniono, więc uczył się od innych.
„Kariera” przestępcza Tadeusza Grzesiak trwała około 20 lat, zanim został zatrzymany. W tym czasie pozbawił życia przynajmniej 17 osób. Dało się zapobiec tym zbrodniom?
- Dla wszystkich w województwie świętokrzyskim, a już na pewno dla tamtejszych oficerów policji kryminalnej, stanowi to sporą zagwozdkę. Była możliwość, żeby powstrzymać Grzesiak i to już na początku jego kariery - po czterech zabójstwach, przy czym trzy zostały mu udowodnione.
Była historia, w której obywatele wówczas Związku Radzieckiego z Chersonia, dziś to Ukraina, przyjechali do Polski na handel. Oszczędzali na noclegach, śpiąc w samochodzie na leśnym parkingu. Nie wiadomo, czy Tadeusz Grzesik wypatrzył ich na targowisku w Kielcach, gdzie coś sprzedawali, czy może zobaczył, jak wymieniali pieniądze na dolary i to zwróciło jego uwagę. Być może zainteresowała go uroda kobiety, która była w towarzystwie dwóch mężczyzn. A może chodziło o coś jeszcze innego, bo świadkowie, którzy poszli na współpracę z prokuraturą, mówili, że Grzesik chciał przetestować broń.
Wraz ze swoimi ludźmi zakradł się do nocujących Ukraińców. Najpierw zabili mężczyzn, a później kobietę, po tym, jak ją zgwałcili. Zostawili jednak na miejscu zbrodni materiał biologiczny. Nie użyli prezerwatyw. Nasienie zostało zabezpieczone. Dziś to prosta droga do zatrzymania. Błyskawicznie wykonano by badania genetyczne. Ale wówczas tego nie zrobiono, dlatego że kosztowało to sześć tysięcy złotych. Wtedy były to koszmarnie duże pieniądze dla policji, dla ludzi już niekoniecznie, bo żona ofiary napadu w Stalowej Woli miała przy sobie sześć tysięcy złotych w kieszeni.
Tyle kosztowało życie wielu ofiar Tadeusza Grzesika.
- Tym bardziej, że jeden z oficerów policji kryminalnej, Zdzisław Marek Szczekota, napisał notatkę, w której wytypował jako sprawców morderstwa w Cedzynie cztery czy pięć osób. 18 lat później dwie z nich zostały skazane w procesie za to zabójstwo. Jedną z nich był Tadeusz Grzesik, a drugą Stanisław, zwany “Szangalą”. To oni zgwałcili kobietę, a ich materiał genetyczny był na miejscu zbrodni, więc mieliśmy trafną notatkę oficera policji wskazującą na czterech, pięciu potencjalnych sprawców już w 1991 roku.
Była też druga notatka zrobiona przez prokuratora. Napisał, że skontaktował się z biegłym, który przeprowadzał badania DNA. Tylko że jedna notatka była w aktach operacyjnych policji, czyli tajnych, a druga w aktach podręcznych w Prokuraturze Okręgowej w Kielcach.
Spotkały się dopiero po 18 latach. W tym czasie Grzesik brał udział w 14 czy 15 zabójstwach. Łatwo można przeliczyć, ile żyć kosztowało te sześć tysięcy złotych, których poskąpiono na badania DNA. Były podstawy do tego, żeby przeprowadzić te kosztowne badania. Przecież sprawdzono grupę krwi sprawców na podstawie zostawionych przez nich śladów, więc można było uprawdopodobnić sens tego kosztu. Nikt tego nie chciał zrobić, bo lepsza grupa pasowała do dokonania tej i innych zbrodni.
Pominięto Grzesika. Wracamy do początku rozmowy: jakże tacy wieśniacy mogliby dokonać trzech zabójstw i jeszcze w Stalowej Woli do kogoś strzelać? Niemożliwe. Po dziesięciu latach stwierdzono, że lepszy byłby gangster “Krakowiak” To jest przecież prawdziwy mafiozo, który kazał się całować w pierścień. Dookoła niego była cała otoczka mafioza: rabunki i zabójstwa. Było wszystko, co potrzebne dla policji.
Tadeusz Grzesik został zatrzymany w 2007 roku. Co dziś się z nim dzieje?
- Odbywa karę dożywocia. Usłyszał 25 lat za trzy zabójstwa w Cedzynie, bez gwałtu, bo on się przedawnił. Ma wyrok dożywocia z obostrzeniem, czyli minimum 35 lat musi odsiedzieć za zabójstwa właścicieli kantorów. Jest jeszcze dożywocie, też z obostrzeniem, za morderstwa popełnione na terenie Podkarpacia. Cztery osoby zginęły, jedna cudem przeżyła, bo użyto niesprawnej broni i pociski nie wbiły się w ciało.
Do tego wszystkiego dochodzą zabójstwa na terenie województwa świętokrzyskiego, czyli morderstwo księgowej, nocnego stróża, członka grupy i jego towarzysza oraz mężczyzny, którego pobili na śmierć i zostawili na polu, bo miał obrazić narzeczoną jednego z ludzi Grzesika. Ofiarą był też człowiek, który był dłużny grupie pieniądze. Zniknął, nie żyje, ale jego ciała nigdy nie znaleziono. Jest zeznanie, że zakopali je na polu i przysypali wapnem, żeby się szybciej rozeszło w ziemi.
Potrójne dożywocie. Nie ma co liczyć na wyjście na wolność.
- Nie, nikt go nie wypuści. Tadeusz Grzesik spędzi resztę życia w zakładzie karnym.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET