`

Powódź. Co czeka teraz Bałtyk? "Służby wydają się tym niezainteresowane"

6 min. czytania
25.09.2024 13:54
Obserwuj nas na Google

- Stan środowiska wodnego w Polsce jest katastrofalny i paradoksalnie powódź niewiele tu zmienia. Nie można dłużej bagatelizować, że 99 proc. rzek w Polsce jest w bardzo złym stanie, bo cały ten ładunek zanieczyszczeń trafia do Morza Bałtyckiego - o tym, co czeka Bałtyk po powodzi, w rozmowie z RadioZET.pl opowiada prof. Mariusz Czop, hydrogeolog.

Morze Bałtyckie
fot. ANDRZEJ IWANCZUK/REPORTER

Aleksandra Pucułek: - Bałtyk uważa się za jedno z najbardziej zanieczyszczonych mórz świata. Plastik, metale ciężkie, węglowodory. Teraz spłynie do niego jeszcze wszystko to, co zabrała powódź, a czasem woda niosła auta, sprzęt AGD, meble. Co teraz się będzie działo z Bałtykiem?

Prof. Mariusz Czop, hydrogeolog z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, specjalista z zakresu gospodarki wodnej, hydrogeochemii i ochrony wód: - Fale powodziowe spływając po dużej powierzchni, zmywają z terenu wszystkie substancje, często powodujące zanieczyszczenie środowiska wodnego. W czasie powodzi woda wdziera się do domów, ale też do zakładów przemysłowych, na składowiska odpadów. Wymywa duże ilości ścieków komunalnych. Poza rozpuszczonymi substancjami chemicznymi niesie też zawiesinę zawierającą mikroplastik, która w formie mułu osadza się na obszarach powodziowych, a w morzu blisko ujścia rzeki.

Woda w czasie powodzi wchodzi też na tereny rolnicze poza głównym nurtem, które były uprawiane i nawożone. Z nich mogą być z kolei zmywane związki organiczne, biogenne oraz pozostałości środków ochrony roślin. Te wszystkie substancje mogą prowadzić do gnicia wody, bo tlen w niej zawarty będzie konsumowany do rozkładu tych związków. Woda powodziowa jest więc pełna bakterii, w tym również chorobotwórczych. Wszystkie te zanieczyszczenia trafią ostatecznie do głównego odbiornika, czyli Morza Bałtyckiego.

Jakie będą tego konsekwencje?

- Wszystko to stanowi zagrożenie dla ludzi, zwierząt i całego środowiska. Niektóre zwierzęta mają większą tolerancję na bakterie. Człowiek jest bardziej wrażliwy na zagrożenia bakteriologiczne. Stąd nawet wejście do takiej wody, dotknięcie jej może być groźne, nie mówiąc już o napiciu się jej. Zagrożenie nie dotyczy tylko morza. Osad po powodzi nie płynie w całości do Bałtyku, tylko zostaje tam, gdzie płynęła woda, np. na budynkach. Jest on pełen związków organicznych, bakterii, wirusów i substancji łatwo rozkładalnych, które gniją, więc ten osad będzie wydzielał odór i może stanowić poważne zagrożenie bakteriologiczne.

Woda powodziowa płynąc w dół koryta Odry, na pewno trochę się rozcieńczy i stężenie szkodliwych substancji powinno jednak maleć. Nie słyszeliśmy też, by zalane zostały zakłady przemysłowe, co byłoby dużym problemem. Rok temu, gdy w trakcie wojny w Ukrainie została wysadzona tama na Dnieprze w Nowej Kachowce, obawiano się, że osady denne ze zbiornika, gromadzone tam przez lata, zawierają substancje promieniotwórcze i z falą powodziową zostaną rozniesione z rzeką po dużym obszarze.

Mieliśmy jakiś czas temu problem ze śniętymi rybami w Odrze. Co jakiś czas wracają też hasła pod tytułem "śmierć Bałtyku", bo zanieczyszczeń jest coraz więcej, rybom trudniej w nim przetrwać. To, co za chwilę do niego spłynie, może go uśmiercić?

- Są takie miejsca w Bałtyku, gdzie życie biologiczne ma się całkiem dobrze, ale są też takie, gdzie praktycznie życia biologicznego już nie ma lub ono zamiera. Takim przypadkiem jest Zatoka Pucka, w której wskutek nieprzemyślanych działań człowieka, w tym spuszczenia ogromnych ilości solanek z ługowania podziemnych magazynów na ropę i gaz, doprowadzono do zabicia unikalnego i wrażliwego ekosystemu, który był ekosystemem przejściowym na granicy wód słodkich i słonych. Natomiast ekosystemy w głębszej części morza wydają się w lepszej kondycji.

Redakcja poleca

W wyniku powodzi są więc zagrożone?

- Trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Większość wody w Bałtyku pochodzi z rzek, które do niego dopływają. Na pewno suma tych wszystkich zanieczyszczeń nie może być obojętna i spowoduje pogorszenie kondycji ekosystemów morskich. Im więcej zanieczyszczeń, tym gorzej dla życia biologicznego, które się w morzu rozwija. Zbyt duża ilość substancji organicznych w środowisku wodnym powoduje zabieranie tlenu z wody i rozwój stref beztlenowych, zabójczych dla ryb.

Te wszystkie śmieci, zanieczyszczenia, które wpłyną prędzej czy później do Bałtyku, przyczynią się do tego?

- Powódź jest sytuacją, kiedy spada dużo wody opadowej. Nawet jeśli do rzek a potem do morza przedostaną się zanieczyszczenia, to ich stężenie będzie małe, bo w korycie płyną gigantyczne ilości wody. Większe problemy widzimy w sytuacjach, gdy jest bardzo mało wody w korycie rzeki. Wtedy dodatek substancji organicznych, np. przez zrzut ścieków, powoduje, że nie ma wystarczającego rozcieńczenia i zaczyna się proces zakwitania i gnicia wody. Może się więc paradoksalnie okazać, że w czasie powodzi - z racji tego, że jest więcej wody - jej jakość w rzece będzie lepsza niż w czasie suszy.

Z drugiej strony w wielu miastach powódź czy też opad atmosferyczny powoduje, że otwierają się klapy przelewowe w systemach kanalizacyjnych i nadmiar wody, którego nie jest w stanie przerobić oczyszczalnia, wylewany jest do rzeki. Dotychczas wodociągi przekonywały, że nie jest to problemem, ale teraz widzimy, że woda opadowa pomieszana ze ściekami rzeczywiście jest cuchnąca i stwarza fatalne warunki dla rozwoju i życia ryb.

Wszystko zależy więc od tego, jaki będzie wrzut wody powodziowej do Bałtyku i jaki ładunek zanieczyszczeń ostatecznie do niego trafi. Tego, niestety, nie wiemy. Na pewno ta sytuacja powinna być monitorowana. Takich badań się jednak nie prowadzi, albo wykonuje się je w małym zakresie i nie jest to skoordynowane. Nawet gdy zdarzyła się katastrofa ekologiczna na Odrze i masowo ginęły ryby, nikt nie mówił o tym, jak fala zanieczyszczeń rozpłynęła się w Bałtyku. Niestety, w Polsce służby ochrony środowiska wydają się tym kompletnie niezainteresowane. Mamy duże problemy, żeby ustalić przyczynę skażenia wody i uśmiercenia ryb w jednym punkcie, a co dopiero żeby sprawdzić i przewidzieć odroczone w czasie skutki powodzi dla całego ekosystemu wodnego. A środowisko wiecznie nie będzie przyjmować zanieczyszczeń.

Redakcja poleca

Jaka jest zdolność do samooczyszczania się Bałtyku?

- Jest niewielka, bo Bałtyk ma małą wymianę wody i bardzo mały dopływ wód czystych.

Są możliwości, metody zapobiegania wpłynięciu do Bałtyku tych wszystkich zanieczyszczeń?

- Niestety nie, bo gdy substancje już rozpuszczą się w wodzie, to ich usunięcie wymagałoby przefiltrowania całej objętości, która płynie w fali powodziowej. Jest to niewykonalne. Nie oczyścimy całej rzeki. Często przeszacowuje się też zdolności do samooczyszczania rzek, bo do środowiska wodnego trafiają tzw. trwałe zanieczyszczenia, które są trudne lub niemożliwe do rozkładu przez organizmy wodne i naturalne procesy biochemiczne. Jedyne co możemy zrobić, to lepiej monitorować stan jakości wód i jasno przekazywać ludziom: „nie podchodźcie tutaj”. Często pozostaje, niestety, tylko liczyć na to, że zanieczyszczenie w korycie rzeki zostanie gdzieś dalej rozcieńczone. Państwowe służby ochrony środowiska powinny to dokładnie kontrolować, ale jest jasne, że może z tym być problem, bo w opinii wielu osób one praktycznie nie działają.

Wiemy, jaki był stan Bałtyku po powodziach w 1997 roku czy w 2010?

- Nie spotkałem się z takimi badaniami. Wydaje mi się, że mechanizm jest taki, że służby nie chcą tego badać, bo wtedy musiałyby coś robić. Zresztą pamięta pani pożar w Siemianowicach Śląskich z tego roku? Spłonęło tam nielegalne składowisko chemikaliów. W wyniku akcji gaśniczej spłukano potężne ilości zanieczyszczeń do rzeki Brynicy. Potem popłynęło to rzeką Przemszą aż do Wisły. W sieci publikowano mnóstwo filmików pokazujących, że cała Przemsza, a jest to duża rzeka, jest czerwona od chemikaliów.

Zaalarmowaliśmy wtedy służby ochrony środowiska i zaapelowaliśmy, by zbadać wodę, bo mieliśmy świadomość, że trafi to zaraz do nas do Krakowa. Okazało się, że w całej dużej rzece według badań Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Krakowie poziom zanieczyszczenia substancjami organicznymi dwukrotnie przekraczał normę dla ścieków. Natomiast służby uznały, że nie jest to niepokojące, przerwały badania i obwieściły, że nic nie wykryły. Wojewoda nie wydał żadnych regulacji dotyczących ograniczenia użytkowania wody. Nawet więc w sytuacjach, gdy mamy ewidentnie skażoną chemicznie wodę, służby nie podejmują działań. Nieraz ludzie piszą do nas, czemu naukowcy się tym nie zajmują.

Czemu?

- Bo nie mają środków. Prowadzenie takich badań to są duże kwoty. Badanie jednej próbki może kosztować nawet kilka tysięcy złotych, a potrzeba ich wiele. Do tego trzeba doliczyć chociażby pracę laboratorium. Nie ma możliwości doraźnego, szybkiego zdobycia pieniędzy na badania.

A stan środowiska wodnego w Polsce jest katastrofalny i paradoksalnie powódź niewiele tu zmienia. Nie można dłużej bagatelizować, że 99 proc. rzek w Polsce jest w bardzo złym stanie, bo cały ten ładunek zanieczyszczeń trafia do Morza Bałtyckiego. Nie widać, niestety, woli ze strony rządzących, żeby zrobić coś, aby poprawić jakość rzek. Wiele się mówi ochronie przeciwpowodziowej, czy regulacjach rzek, ale mało kto mówi o tym, żeby poprawić jakość wody w rzekach, żeby w ogóle można było z nich bezpiecznie korzystać. Rzeki to nie ścieki, a tak, niestety, na razie w Polsce wyglądają.

Źródło: Radio ZET

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET