Sąd nad "aferą stanikową" w prestiżowym liceum. "Dyrektor dostaje zielone światło na przemoc"
- Dla władz, dla urzędu najważniejszy jest zawsze dyrektor szkoły, który dostaje zielone światło na przemoc. Dyskryminację i nierówne traktowanie mam obszernie udokumentowane. Oczekuję zadośćuczynienia - mówi RadioZET.pl Ewa Leonowicz, była nauczycielka II LO w Lublinie. Właśnie ruszył proces, który jest pokłosiem głośnej "afery stanikowej".
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego Ewa Leonowicz pozwała II LO w Lublinie za dyskryminację.
- Co było przyczyną protestów działaczy anty-LGBT przed szkołą.
- O co chodziło w "aferze stanikowej" w lubelskim liceum.
- Jak przebiega proces sądowy w sprawie dyskryminacji.
- Mój proces ma również wymiar symboliczny. W świetle szeregu ujawnionych w ostatnim czasie nieprawidłowości w lubelskiej oświacie, które odbiły się szerokim echem w całym kraju, nabiera szczególnego znaczenia. Co ciekawe, znakomita większość dotyczyła właśnie patologicznych działań dyrektorów szkół i niedającej się wytłumaczyć inaczej niż protekcjonizmem reakcji urzędu miasta, kuratorium i prezydenta. Dla nich racja jest zawsze po stronie dyrektora szkoły - komentuje w rozmowie z RadioZET.pl Ewa Leonowicz.
Była już nauczycielka języka angielskiego w prestiżowym II LO w Lublinie pozwała szkołę za dyskryminację i nierówne traktowanie. Jej historię opisywały lokalne i ogólnopolskie media. Sprawą zajmowała się rada miasta, w obronę nauczycielkę (mimo gróźb urzędników) wzięli przedstawiciele młodzieżowej rady, a przed szkołą pojawili się działacze anty- LGBT z fundacji Kai Godek, którzy protestowali przeciwko "genderowaniu" uczniów.
Ewa Leonowicz oczekuje 35 tys. zł zadośćuczynienia, a także domaga się przeprosin od dyrektorki II LO w Lublinie Małgorzaty Klimczak, które miałyby się pojawić na stronie internetowej szkoły. Klimczak miałaby pokajać się m.in. za to, że nie podjęła wymaganych prawem działań, co stanowiło rażące naruszenie dóbr osobistych nauczycielki. A działania były dyskryminujące ze względu na płeć i światopogląd. Dyrektorka miałaby też przyznać, dopuściła się nierównego traktowania poprzez uprzywilejowanie nauczyciela, który zaatakował słownie nauczycielkę. I że więcej do podobnych naruszeń nie dopuści.
Ewa Leonowicz przed Sądem Pracy w Lublinie
Prawnicy ratusza w obronie pozwanego nauczyciela
Proces w tej sprawie ruszył w czwartek, 30 października, przed lubelskim Sądem Pracy. Podczas rozprawy sędzia Dorota Stańczyk zauważyła, że ranga sprawy jest poważna, więc warto doprowadzić do ugody, bo sprawa może ciągnąć się latami. Zapytała też, jak przebiegły mediacje. Okazało się, że jedyną propozycją ze strony miejskich prawników reprezentujących szkołę, było wycofanie pozwu przez Ewę Leonowicz. Dyrektorka nie spotkała się ani razu z byłą nauczycielką, mediacje odbywały się za pomocą prawników. Sędzia Stańczyk stwierdziła, że takie podejście oznacza zmarnowanie pieniędzy skarbu państwa, z których wynagradzani są mediatorzy.
Pełnomocnicy szkoły oczekiwali zawieszenia sprawy ze względu na toczący się inny proces. Ewa Leonowicz pozwała też nauczyciela, który pozwolił sobie na niewybredne komentarze w gabinecie. Jeden z prawników miasta przyznał na sali sądowej, że kontynuowanie sprawy przed Sądem Pracy i przyznanie racji anglistce zaszkodziłoby pozwanemu nauczycielowi. Natomiast doprowadzenie do ugody byłoby de facto przyznaniem racji nauczycielce.
Sędzia na razie nie zdecydowała się na zawieszenie postępowania. Wyznaczyła kolejny termin. Podczas rozprawy 18 grudnia ma być przesłuchana dyrektorka i część nauczycieli, którzy uczestniczyli w rozmowie w jej gabinecie.
- Minął blisko rok od pierwszego spotkania przed sądem. To długo, jednak biorąc pod uwagę afery, które w tym czasie zostały ujawnione opinii publicznej, wraz z tendencyjnym mechanizmem zamiatania ich pod dywan przez władze oświatowe Lublina, liczę na refleksję tych, którzy nadal nie widzą problemu w tym, że zwykły nauczyciel, który staje się przedmiotem dyskryminacji czy mobbingu jest dla urzędników, radnych miejskich i prezydenta nikim - podsumowuje Ewa Leonowicz.
Reprezentująca szkołę, ale także zaangażowana w konflikt dyrektorka Małgorzata Klimczak nie zgadza się z zarzutami. Nadal chce, by sąd odrzucił pozew w całości.
Nauczyciele pytali, dlaczego uczennice nie noszą staników
Cała sprawa zaczęła się w czerwcu 2022. Wówczas jedna z pierwszych klas wróciła z trzydniowej wycieczki do Krakowa i Zakopanego. I poskarżyła się Ewie Leonowicz na zachowanie opiekunów, którzy mieli pytać m.in. dlaczego uczennice nie noszą staników, tym samym prowokując kolegów, którzy przechodzą burzę hormonalną. Jeden z nauczycieli miał wchodzić do pokojów uczennic bez pytania o godzinie 2 w nocy.
Nauczycielka wysłuchała uwag i porozmawiała z uczniami. Sytuacja wyglądała na opanowaną. Leonowicz wróciła do domu i do całej sytuacji odniosła się na profilu w portalu społecznościowym. Napisała m.in. że decyzja o noszeniu lub nie stanika należy wyłącznie do dziewczyny/kobiety, a wymuszanie czegokolwiek w tej sprawie jest działaniem opresyjnym i przekraczającym granice ludzkiej prywatności i intymności.
I choć we wpisie nie padły żadne nazwiska, ani odniesienie do konkretnej sytuacji nauczycielki ze szkoły poczuły się urażone. Wpis uznały za hejterski. Opiekunów i Leonowicz do gabinetu wezwała dyrektorka. Ci pierwsi twierdzili, że młodzież kłamie. Anglistka odpowiadała, że może publikować, co chce, a kwestii noszenia bielizny nie reguluje statut szkoły. Uwagi opiekunów były więc nie na miejscu.
Wtedy jeden z nauczycieli miał powiedzieć: "To może i ty przestań nosić biustonosz". Gdy Leonowicz odarła, że go nie ma pod ubraniem, nauczyciel dorzucił: "Świetnie! Może jutro przyjdziesz do pracy bez majtek?". Dla anglistki to było przekroczenie granic. Dyrektorka, która była świadkiem tej sytuacji, nie zareagowała.
Akcje anty-LGBT, straszenie uczniów i brak bezstronności prezydenta
Sprawa na nowo ożyła jesienią 2022, gdy przed szkołą przeciwko "genderowaniu" dzieci zaczęli protestować działacze fundacji Kai Godek. Pojawili się z transparentami anty-LGBT. Przerażona dyrektorka na radzie pedagogicznej winę za tę sytuację zrzuciła na nauczycieli, którzy podczas audycji w radiu TOK FM powiedzieli, że szanują transpłciowych uczniów i będą się do nich zwracać zaimkami, jakich ci sobie życzą. Jedną z tych nauczycielek była Ewa Leonowicz. Natomiast na kolejnej radzie dyrektorka opowiedziała o konflikcie, który miał początek w czerwcu w jej gabinecie. Wiele osób nie zdawało sobie nawet z tego sprawy. Dyrektorka przypuściła atak na Leonowicz, mimo próśb, by przestała. Nie pozwoliła też wypowiedzieć się anglistce.
Leonowicz poszła na długotrwałe zwolnienie lekarskie i do szkoły już nie wróciła. Zanim doszło do procesu, nauczycielka szukała pomocy u władz Lublina. Zwróciła się do Mariusza Banacha, wiceprezydenta miasta odpowiedzialnego za oświatę. Bez skutku. Kolejnym krokiem była skarga na dyrektorkę do rady miasta. W lubelskim ratuszu wspierało ją kilkadziesiąt osób - uczniów, rodziców, nauczycieli ze szkoły. Jednak radni skargę odrzucili. A wiceprezydent Banach przyznał dziennikarzom, że władze miasta nie były bezstronne, bo przyjęły, że "skarga na pracownika pana prezydenta jest skargą na niego samego".
Za Ewą Leonowicz wstawiła się za to młodzieżowa rada miasta. Uczniowie przyjęli stanowisko, w którym wsparli nauczycielkę, chociaż Grzegorz Kuchno, jeden z prawników miasta, podczas obrad oznajmił, że rada "naraża się na zarzuty przekroczenia kompetencji". Do dyrektorki list w obronie Ewy Leonowicz napisali także nauczyciele. Również bez efektu.
Dlatego sprawa znalazła finał w sądzie. Pierwsza rozprawa odbyła się 7 listopada ubiegłego roku. Sąd zaproponował stronom mediacje. Te, jak wspomnieliśmy, nie przyniosły efektów. Mimo że ani dyrektorka, ani nauczyciele, którzy byli podczas czerwcowej rozmowy w jej gabinecie, nie podważają słów, które padły.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET