„12 lat temu ostatni raz zatrudniłem kogoś przed trzydziestką”. Szykuje się szkoła bez nauczycieli?
- Teraz 40-letni nauczyciel to młody nauczyciel - stwierdzają dyrektorzy szkół, patrząc na swoją kadrę. Tacy tuż po studiach, przed trzydziestką, to zazwyczaj jedna, dwie osoby. O wiele więcej jest emerytów, którzy ratują zwłaszcza technika i branżówki. - Ale za 5-8 lat nie będzie miał kto uczyć zawodów. Nasi uczniowie, którzy dorabiają w weekendy, zarabiają więcej niż ich nauczyciele - mówi jeden z dyrektorów techników w Krakowie.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jaka jest średnia wieku nauczycieli w Polsce według badania TALIS 2024.
- Dlaczego młodzi nauczyciele nie wybierają kariery w szkolnictwie.
- Jakie wyzwania stoją przed szkołami z powodu starzejącej się kadry nauczycielskiej.
- Mam jedną nauczycielkę zaraz po studiach. Uczy polskiego, jest przecudowna – cieszy się Aneta Tołoczko-Hordyj, dyrektorka SP nr 28 w Warszawie. Ale na polonistce lista nauczycieli przed 30. rokiem życia się kończy. Na drugiej szali jest też polonistka, 80-letnia, która prowadzi w podstawówce nauczanie indywidualne. - Średnia wieku u nas to 40 plus, z naciskiem na tego plusa – stwierdza dyrektorka.
- 10 proc. kadry to emeryci. Najstarszy nauczyciel ma 69 lat. Osoby 20 plus? Jedna, może dwie – tak najkrócej opisałaby rozkład wieku rady pedagogicznej Dorota Kuchta, dyrektora Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 2 w Legionowie. - Teraz 40 plus to młody nauczyciel – dodaje w podobnym tonie Grzegorz Lech, dyrektor III LO im. Unii Lubelskiej w Lublinie. A stwierdza to, patrząc m.in. na swój zespół.
W III LO kilka godzin matematyki i koło olimpijskie prowadzi 75-letni nauczyciel. Dyrektor od razu zapowiada: dopóki chce pracować, niech pracuje i oby pracował. Następców ze świecą szukać. - 12 lat temu zatrudniłem polonistę zaraz po studiach. Robił doktorat, przyszedł na parę godzin do nas i szkoła go pochłonęła. Dokładnie pamiętam, ile lat temu to było, bo to był ostatni raz, kiedy udało mi się zatrudnić kogoś przed 30. rokiem życia – wspomina Grzegorz Lech.
Im szkoła wyżej w systemie edukacji, tym średnia wieku kadry rośnie. O ile więc w podstawówkach zazwyczaj najwięcej osób ma ok. 40 lat, o tyle w liceach, technikach i branżówkach średnia nieraz przekracza już 50 lat. Np. w Zespole Szkół Łączności w Krakowie pracują tylko dwie osoby ok. 30. roku życia. Paweł Kucharczyk, dyrektor szkoły, i tak mówi o szczęściu, że udało się je zatrudnić. Najwięcej nauczycieli jest między 50. a 60. rokiem życia. Nie brakuje takich po 70-tce. - W ciągu ostatnich 10 lat nikogo nie przyjęliśmy bezpośrednio po studiach – mówi Kucharczyk.
Nauczyciele w Polsce jedni z najstarszych
Wszystkie te opowieści potwierdza Międzynarodowe Badanie Nauczania i Uczenia TALIS 2024. Wynika z niego, że polska kadra nauczycielska jest jedną z najstarszych w UE. Tylko 4 proc. stanowią u nas nauczyciele do 30. roku życia i co niepokoi, co trzecia taka osoba deklaruje, że nie planuje pracować w zawodzie dłużej niż pięć lat. Gorzej pod tym względem wypadają tylko Włochy i Portugalia. 52 proc. polskiej szkolnej kadry ma między 30 a 49 lat, a aż 45 proc. ma 50 lat i więcej. W Polsce średni wiek nauczyciela klas V-VIII wynosi 48 lat, średnia w UE to 46 lat. Z badania wynika też, że w Polsce średni staż pracy w zawodzie jeśli chodzi o szkołę, to 22 lata, tylko 8 proc. uczy 5 lat lub krócej.
Nietrudno się domyślić, że głównym powodem braku młodej kadry są słabe zarobki w szkolnictwie. - Nie stanowimy absolutnie żadnej konkurencji na rynku pracy. Nasi uczniowie, którzy dorabiają w piątki, soboty, niedziele w niektórych firmach zarabiają więcej niż ich nauczyciele. Tak wygląda rzeczywistość w szkole – mówi Paweł Kucharczyk. Nie chodzi tylko o wysokość zarobków, ale także o system ich rozdzielania, który w rozmowie z RadioZET.pl krytykowała Agnieszka Kopacz, Nauczycielka Roku 2025. - Nie mogę pójść do dyrekcji jak standardowy pracownik i powiedzieć: mam sukcesy, poproszę podwyżkę. Muszę pracować siedem lat, żeby ją dostać, bo zarobki nauczycieli są uzależnione od stopnia awansu zawodowego. Dlatego też brakuje młodych nauczycieli – stwierdziła.
Oczywiście do tego dochodzi papierologia, trudne kontakty z rodzicami, brak wsparcia od dyrekcji, czy starszej kadry, która nieraz blokuje pomysły nowego nauczyciela, przez co ten szybko zaczyna się frustrować i odchodzi. Niemal wszystko to przerobiła Ewa, polonistka z Łodzi, która przez cztery lata uczyła w publicznej podstawówce. Została tam po studenckich praktykach. - Od razu dostałam trzy klasy siódme i wychowawstwo z najtrudniejszą klasą w szkole. Byłam jej czwartym wychowawcą. Rodzicom nie spodobało się, że jestem dopiero po studiach. To, że byłam specjalistą, nie wystarczyło. Musiałam jeszcze ciągle udowadniać, że nim jestem – wspomina.
Sama też wychodziła z założenia, że powinna wszystko wiedzieć, nie chciała o nic prosić, pytać. Gdy się przełamała, wcale nie było łatwiej. - Studia przygotowały mnie do uczenia, ale nie do bycia terapeutą, psychologiem, a uczniowie przychodzili do mnie z przeróżnymi sprawami. Trudniejsze sytuacje zgłaszałam dyrekcji, ale usłyszałam, że mam sobie radzić – wspomina. Ogrom odpowiedzialności ją przytłoczył. Teraz Ewa udziela jedynie korepetycji.
Nauczyciel na emeryturę, ale kolejnego nie ma
Skoro młodzi nie garną się do zawodu nauczyciela, uczelnie ograniczają liczbę miejsc na specjalizacjach pedagogicznych albo w ogóle je zamykają. Młodych nauczycieli nie ma więc skąd brać. - Od siedmiu lat instytut fizyki nie prowadzi już specjalizacji pedagogicznej. Instytut matematyki jeszcze taki kurs ma, ale cieszy się on niewielkim zainteresowaniem. Co roku ustawia się tam kolejka dyrektorów po potencjalnych nauczycieli matematyki – opowiada Grzegorz Lech, dyrektor III LO w Lublinie.
Nawet jeśli już ktoś ma uprawnienia i wyśle CV, to - jak opowiada Aneta Tołoczko-Hordyj – najczęściej na rozmowę o pracę nie przychodzi. - Nawet jak jest umówiony. Dlatego przestałyśmy się już przywiązywać do tego, że mamy CV, czy umówione spotkanie z jakąś młodą osobą – przyznaje dyrektorka. Znak pokolenia Z.
A szkoda, bo, jak mówi Tołoczko-Hordyj, młodsze osoby albo takie z innej branży, które wracają do edukacji, mają świeże spojrzenie i mogą dużo wnieść do szkoły. Poza tym według pedagogów najlepiej gdy nauczyciele są zbliżeni wiekiem do rodziców uczniów, zwłaszcza gdy mowa o najmłodszych dzieciach. Chociaż Wiesław Włodarski, Nauczyciel Roku 2007, który pracuje w szkole 45 lat, uważa, że najlepszy kontakt z uczniami miał, gdy był jeszcze młodszy, konkretnie w wieku starszego rodzeństwa uczniów.
- Zaczynałem pracę w liceum, jeszcze będąc studentem ostatniego roku. Nauczyciel matematyki nagle odszedł na początku roku szkolnego i potrzebowali kogoś pilnie na zastępstwo. Wychowawczyni jednej z klas spytała mnie potem, co takiego robię uczniom, że uważają, że nie mogą się nie nauczyć matematyki, bo sprawiliby mi przykrość, że byłoby to nie fair, gdyby się nie nauczyli. To był chyba największy sukces pedagogiczny, jaki miałem. To było coś niesamowitego – wspominał w rozmowie z RadioZET.pl.
Ze szkoły chciał już odejść kilkakrotnie, mimo emerytury wciąż jednak uczy, bo nie ma kto go zastąpić. - Uwielbiam kontakt z młodzieżą, ale ostatnio, nie oszukujmy się, jest on raczej iluzoryczny. Dzieli nas zbyt duża różnica pokoleniowa. Traktują mnie raczej jak obiekt muzealny. Raczej wolą rozmawiać z pedagożką, z którą mają grupę na WhatsAppie – opowiadał i dodawał: - Młody nauczyciel każdą zmianę traktuje jak wyzwanie. Starsi popadają w ukochaną rutynę. Trzeba powiedzieć o tym wprost. Nie chcą kolejnych zmian, bo to wymaga wysiłku. Dlatego potrzeba nam też młodych nauczycieli.
Kto będzie uczył w szkole?
Ich brak szkoły prędzej czy później odczują. Aneta Tołoczko-Hordyj chociaż jest chemiczką, w tym roku szkolnym uczy też biologii. Wicedyrektor wziął z kolei godziny ponadwymiarowe z matematyki. - Nie ma komu już dawać tych godzin, jest dramat – opowiada dyrektorka SP nr 28 w Warszawie. W ZSP nr 2 w Legionowie dyrektorka po latach przerwy wróciła pod tablicę i uczy polskiego, ale i tak ma trzy wakaty z tego przedmiotu. - Na razie wszyscy pracują na 1,5 etatu, ale są maksymalnie przeciążeni – opowiada.
W Zespole Szkół Łączności w Krakowie nieskompletowana kadra to stan od dobrych kilku lat. Szczególnie jeśli chodzi o przedmioty informatyczne i elektroniczne. - To jest dramat. Permanentnie szukam nauczyciela na kierunku technik programista i podejrzewam, że za te pieniądze, które mogę zaoferować, programisty nigdy nie znajdę. Pozostaje mi liczyć na cud – stwierdza Kucharczyk.
Zajęcia się odbywają, ale tylko dlatego, że pozostali nauczyciele mają tygodniowo po 30-35 godzin przy tablicy. To rodzi z kolei problemy organizacyjne. Połowa nauczycieli przedmiotów zawodowych pracuje w firmach w swojej branży. - Najczęściej są to nasi absolwenci, robią mi przysługę, przyjeżdżając tu uczyć, ale nikt z nich nie przyjedzie na godz. 9 czy 10 do szkoły, bo wtedy są w swojej głównej pracy. Pod nich więc musimy układać plan lekcji, co nie jest proste przy takiej liczbie godzin – opowiada Kucharczyk.
Druga połowa kadry od przedmiotów zawodowych to emeryci. To i tak niezła statystyka, bo dyrektor zna szkoły, w których 100 proc. kadry od warsztatów mogłaby już odpoczywać na emeryturze. - Za 5-8 lat w technikach, szkołach branżowych nie będzie miał kto uczyć zawodów. Znikną takie przedmioty jak elektronika, teleinformatyka. Już w niektórych szkołach ograniczają liczby przyjęć i otwierają tylko np. jedną klasę, bo nie ma kto prowadzić zajęć – mówi Kucharczyk.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET