"Zawsze miał nieschematyczne rozwiązania." Polska szkoła jest gotowa na takich uczniów jak Sławosz?

7 min. czytania
15.07.2025 06:02
Obserwuj nas na Google

- Uczeń z trudnościami jest inaczej oceniany, dostaje inne polecenia, dodatkowe wsparcie. A uczeń zdolny? Na pracę z nim nie ma pieniędzy, a młode pokolenie nauczycieli nie chce pracować z darmo. Ci starsi też coraz częściej mówią dość - o pracy z najzdolniejszą młodzieżą w rozmowie z RadioZET.pl opowiada Anna Panek, dyrektorka VIII LO w Łodzi, w którym uczył się Sławosz Uznański-Wiśniewski.

Sławosz Uznański-Wiśniewski
fot. Pawel Wodzynski/East News

Sławosz Uznański-Wiśniewski, absolwent VIII LO w Łodzi, kończy swoją misję kosmiczną. Dyrektorka jego szkoły wspomina, jak uczniowie z entuzjazmem przygotowywali się do śledzenia startu Sławosza, organizując wydarzenia i specjalne atrakcje w liceum. Zainspirowani historią starszego kolegi po wakacjach mają zamiar je kontynuować.

Czy pokolenie Z przebije sukcesy Sławosza, jak pracuje się z najzdolniejszą młodzieżą i dlaczego młodzież coraz częściej woli minimalizm niż ambitne dążenia? Opowiada Anna Panek, dyrektorka VIII LO w Łodzi.

Aleksandra Pucułek: Sławosz Uznański-Wiśniewski kończy misję i wraca na ziemię, ale wróćmy jeszcze na chwilę do początku tej historii. Gdy dowiedziała się pani, że dawny uczeń waszego liceum leci w kosmos, to co pani pomyślała?

Anna Panek, dyrektorka VIII LO im. Adama Asnyka w Łodzi: - Już wcześniej, jak Sławosz Uznański-Wiśniewski dostał się do ścisłej czołówki astronautów, którzy mogliby polecieć w kosmos, to było wielkie wow i duma. Przy tematach o locie w kosmos w mediach przewijało się polskie nazwisko, później wyszło, że to łodzianin, ale o tym, że jest naszym absolwentem, dowiedzieliśmy się w zasadzie od niego. Gdy odwiedzał różne miejsca w Łodzi, m.in. Politechnikę Łódzką, zadzwonili do nas z jego ekipy, że chciałby odwiedzić VIII LO jako absolwent tej szkoły. Był istny szał wśród młodzieży. Przygotowaliśmy na sali gimnastycznej uroczystość, przeprowadziliśmy z nim wywiad. To był styczeń 2023 roku.

Dwa lata później oglądaliście w szkole wylot Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego. Jak to uczniowie odbierali, przeżywali?

- Gdy potwierdzono, że to na pewno będzie Sławosz, to przybiegli do mnie uczniowie z samorządu, że chcą coś z tej okazji zorganizować. Jeszcze widzę ich tutaj w drzwiach całych podekscytowanych. Nie chcieli żadnej pomocy. Powiedzieli, że następnego dnia przyjdą z pomysłami. Zaprosili wykładowcę z Politechniki Łódzkiej, żeby opowiedział o promieniowaniu w kosmosie. Ktoś przygotował prezentację o życiorysie Sławosza, ktoś o jego karierze. Jeden z rodziców ma cukiernię, więc młodzież zamówiła też kosmiczne pączki w kształcie planet.

Gdy za pierwszym razem przełożono wylot astronautów, zdążyliśmy jeszcze odwołać zamówienie. Za drugim razem 150 pączków już było gotowych, więc zrobiliśmy odsłonięcie tablicy z życiorysem Sławosza. Ostatecznie wylot przełożono na ostatni tydzień wakacji, ale młodzież mimo to przyszła do szkoły. Oglądaliśmy razem w sali transmisję. Było wspólne odliczanie, mnóstwo emocji.

Ktoś z kadry go jeszcze pamięta?

- Sławosz kończył liceum ponad 20 lat temu, więc z kadry, która go uczyła, tylko matematyczka jeszcze pracuje. Skojarzyła go, jak zobaczyła w arkuszu jego zdjęcie ze świadectwa ukończenia szkoły. Opowiadała, że był cichym, spokojnym, ale nad wyrazem inteligentnym uczniem. Zawsze miał nieschematyczne rozwiązania na matematyce, inne niż wszyscy. Był kreatywny, ale jeśli się wyróżniał to bardziej inteligencją, mądrością niż zachowaniem.

Szkoła lubi takich uczniów? Bo jednak zadają trudne pytania, dociekają. Szkoła nieraz wrzuca w schemat, uczniowie sami mówią, że dobrze jest być pośrodku tego nawiasu: „nie wyróżniać się ani w jedną, ani w drugą stronę.”

- My lubimy, chociaż czasami jest trudno. Np. nasz tegoroczny laureat olimpiady historycznej godzinami mógłby opowiadać o historii, ma ogromną wiedzę, ale z matematyki został „przepchnięty”. Uważał, że jeżeli jest świetny z jednego przedmiotu, to innych nie musi się uczyć, więc pod koniec roku szkolnego sama prosiłam go: „idź do pani, zalicz coś”. Odpowiadał, że jest przecież laureatem olimpiady. Ale ostatecznie zaliczył i zdał maturę.

Z drugiej strony przybywa opinii i zaświadczeń o różnych trudnościach. Nauczyciele wprost mówią, że wszystkie siły rzucono na dzieci z orzeczeniami i opiniami i najgorzej będą miały te najzdolniejsze, bo będziemy mierzyć do dołu zamiast do góry.

- Według zaleceń MEN mamy indywidualizować zajęcia, do każdego oddzielnie docierać. Żeby jedni, drudzy i trzeci byli zadowoleni i żeby skorzystali z lekcji, to naprawdę trzeba się nagimnastykować. W klasie większość to jest ten środek, mało jest wybitnie zdolnych i rzeczywiście przybywa tych z trudnościami. Poradnie wystawiają zaświadczenia już nie w kilogramach, ale w tonach. Taki uczeń ma pomoc pedagoga, psychologa, wydłużony czas na maturze, nauczyciel musi przygotowywać mu mniej rozbudowane polecenia, albo inaczej oceniać. A uczeń zdolny? Na pracę z nim nie ma pieniędzy, a młode pokolenie nauczycieli nie chce pracować z darmo.

Redakcja poleca

Niektórzy przychodzą 8.12, zaczynają lekcje 8.15, kończą 14.40 i 14.42 są w drzwiach wyjściowych. I nie mogę tego zmienić, bo mają przecież do tego prawo. Ci starsi też już coraz częściej mówią dość. Mam wspaniałą historyczkę, czy chemiczkę, które dają uczniom dodatkowe zadania, pchają ich na konkursy. Nauczycielka historii miała w tym roku pięcioro olimpijczyków, pracowała z nimi po lekcjach, jeden na jeden, żeby ich przygotować z sukcesem, ale to jest dodatkowa praca wykonywana za darmo, w imię pasji.

Zresztą zmienia się nie tylko pokolenie nauczycieli, ale i uczniów. Sławosz jest z pokolenia, któremu się jeszcze chciało. Ta młodzież dążyła do czegoś, widziała ścieżki rozwoju. Zetki najczęściej chcą wszystko zaliczyć na najniższym poziomie. Mało jest ambitnych osób, które chciałyby czegoś więcej.

Sławosz Uznański wielokrotnie podkreślał rolę szkoły, nauczycieli, edukacji w swojej karierze. Mówił o konieczności zdobycia podstaw, przejścia przez nielubianą przez uczniów teorię.

- Uczę chemii i co chwila słyszę: „do czego mi się to przyda”, „po co się tego uczymy”. Muszę skrupulatnie odpowiadać na te pytania, bo inaczej uczniowie nie siądą do tego. Jednocześnie uważają, że są najlepsi. Zdarzyło się np. że matematyczka zwróciła uwagę uczennicy, że ma błąd w zadaniu i ta zaczęła płakać.

O co chodzi? Z czego to się bierze?

- Na pewno działa tu wychowanie. Dzisiejsi uczniowie wszystko mają podane na tacy, o nic nie muszą walczyć. Widać to chociażby przy nauce matematyki. Od podstawówki panuje przekonanie, że ten przedmiot jest trudny, a przecież matematykę trzeba po prostu zrozumieć i dalej tylko ćwiczyć, tylko młodzież chciałaby już wszystko zaraz, natychmiast. Rodzice z kolei uważają, że to są ich skarby. Ok, rozumiem, ale nie do końca widzą, że ten ich skarb może sobie z czymś nie radzić. Od razu winna jest szkoła. W klasach biologiczno-chemicznych często się z tym spotykamy. Mama jest lekarzem, to dziecko też ma być lekarzem, chociaż ewidentnie sobie nie radzi i nie nadaje się do tego. Nauczyciele próbują pokazywać alternatywy, ale zderzają się ze ścianą.

Zaryzykuję w takim razie tezę: osoby z pokolenia Z nigdy nie osiągną takiego sukcesu jak np. Sławosz Uznański?

- Z tym się nie zgodzę, bo na szczęście wciąż zdarzają się perełki. Pół godziny temu wyszła ode mnie nasza tegoroczna absolwentka. W trzeciej klasie brała udział w pięciu olimpiadach, była laureatką, finalistką. W czwartej klasie znów startowała w czterech, wciąż było jej mało. W życiu miała pod górkę, pochodzi z rodziny z problemami, od drugiej klasy liceum musiała pracować. Nie wszystko dostawała na tacy, musiała sama do tego dochodzić, zdobywać, więc to docenia.

Redakcja poleca

Sama siedziałam po godzinach i wyszukiwałam dla niej stypendia, żeby popchnąć ją dalej. Tylko w tym roku dostała cztery stypendia z różnych organizacji. Spytałam ją niedawno, na co to wszystko przeznaczy. Odpowiedziała, że zbiera na studia, bo dostała się na uczelnię w Niemczech. Mamy klasy dwujęzyczne niemieckie, stąd jej wybór. To był miód na moje serce. Ale takich perełek jest mało.

Z drugiej strony rozmawiałam z uczniem, który twierdził, że to szkoła zabiera im czas na pasję. Chcieliby się rozwijać, ale nie mają kiedy.

- Programy rzeczywiście są przeładowane, dlatego np. wprowadziliśmy zasadę, że uczniowie na rozszerzeniu humanistycznym głównie poświęcają czas humanistyce, a inne przedmioty realizują, ale bardziej jako ciekawostki. Ale i tak w szkole spędzają 37 godzin tygodniowo. Kiedy dziecko chce rozwijać pasję, to jest to zabijane, bo w pewnym momencie na szali kładzie naukę, maturę i np. taniec, sport, czy muzykę.

Jeśli są to pasje niezwiązane z przedmiotami, to jest jeszcze trudniej.

- Tak, nasza uczennica była np. w pływackiej kadrze polski. O piątej rano jeździła na treningi, żeby potem zdążyć na lekcje. Inna, która również dostała się do kadry, przeniosła się do Szkoły w Chmurze. Była w najtrudniejszej, dwujęzycznej klasie i po prostu nie dała rady pogodzić sportu z nauką. Ale mamy też takich uczniów, którzy mówią: przychodzę do tej szkoły i się cieszę. I to nas cieszy.

Można by więc stworzyć „przepis” na takich uczniów jak Sławosz?

- Na pewno powinien się zmienić system edukacji, żeby wydobywać te perełki. Trzeba by znaleźć pieniądze dla nauczycieli i zatrudniać takich z pasją, którzy pokierują ucznia na jego tory. I dać dzieciom się rozwijać, dać im możliwość działania.

I szkoła to dzisiaj daje?

- My dajemy. Jest to czasami trudne, ale przynajmniej pokazujemy różne ścieżki.

A rodzice dają?

- Różnie. Dla rodzica często wciąż najważniejsza jest ocena.

Teraz może będzie łatwiej odpowiadać na pytania: „a po co to, a na co”?

- Mam nadzieję, że Sławosz, ich starszy kolega, będzie inspiracją. Młodzi ludzie mają wzór do naśladowania, widzą, że ten młody człowiek marzył i to się spełniło. Młodzież czuje to. Np. nie mamy klasy aktorskiej, ale uczniowie w małych gronach wystawiali spektakle patriotyczne. Zachęcałam: „słuchajcie, próbujmy dalej, zobaczcie na przykładzie Sławosza, to ma sens”. Uczniowie sami napisali więc scenariusz, zgłosili się do konkursu do Muzeum Powstania Warszawskiego i wygrali z prawdziwymi aktorami i profesjonalnymi spektaklami. Jak wrócili, to jedna uczennica stwierdziła: „udało się, wygraliśmy. To tak jak Sławosz”.

Jak już wróci, będzie kolejne spotkanie z nim w szkole?

- Mamy nadzieję, że we wrześniu nas odwiedzi. Samorząd szkolny już w czerwcu zaproponował zorganizowanie festiwalu kosmosu. Chce w to zaangażować inne łódzkie szkoły, także cieszę się, że dzieciaki mają chęć działać społecznie. W szkole nie mamy zapalonych fizyków, bo nie prowadzimy klas z rozszerzoną fizyką, ale uczniowie traktują Sławosza jak starszego kolegę, z którym dobrze jest porozmawiać, bo może dzięki temu coś zyskam, wpadnę na nowy pomysł. Podczas styczniowego spotkania Sławosz rozmawiał z nimi po kumpelsku, bez dystansu i to ich kupiło.

Pod wpływem spotkania z nim zaprosili zresztą do szkoły Stanisława Bęzę, który napisał podręczniki do gramatyki niemieckiego, na których cały czas pracujemy. Zorganizowali całe spotkanie, robili sobie zdjęcia z książkami, więc myślę, że historia Sławosza zmotywowała ich do działania.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET