Dyrektor szkoły: Mogę nie lubić ministra Czarnka, ale czasami się z nim zgadzałem
- Świat, w którym młodzi niczego nie muszą, tylko mogą, nie jest zdrowy. Poziom obciążenia nauczycieli odpowiedzialnością za efekty pracy ucznia osiągnął poziom absurdu. Ok, nie chcesz, to nie rób, ale ponoś tego konsekwencje - o oczekiwaniach nauczycieli i o tym, co nas czeka po wakacjach mówi Jarosław Pytlak, dyrektor szkoły STO w Warszawie.
Pod koniec czerwca uczniowie skupieni w Akcji Uczniowskiej przedstawili swoje postulaty do MEN na nowy roku szkolny. Jarosław Pytlak, dyrektor szkoły STO w Warszawie, uważa, że część z nich może służyć szkole i nauczycielom. A z którymi szkolna kadra się nie zgadza i jakie oczekiwania na kolejny rok szkolny mają nauczyciele? W rozmowie z RadioZET.pl dyrektor warszawskiej szkoły komentuje opinie uczniów, przedstawia swoje postulaty i mówi o największych bolączkach edukacji i MEN.
Aleksandra Pucułek: Przez przypadek natrafiłam na swój tekst z początku roku szkolnego. Nauczyciele mówili, że będzie to rok przełomowy, że będą chcieli usłyszeć o kierunkach, w których ma się rozwijać szkoła, ich zawód, że złapali trochę oddechu i wiatru w żagle. Bardzo odmienne nastroje mamy teraz, już po tym roku szkolnym.
Jarosław Pytlak, dyrektor szkoły STO w Warszawie, prowadzący blog „Wokół szkoły”: - Nastrój pod koniec roku szkolnego jest zawsze gorszy. Taka jest natura człowieka. Daje o sobie znać zmęczenie. W czerwcu wszyscy pragną już wakacji, choć niektórzy nauczyciele i uczniowie w sierpniu będą tęsknić za szkołą. Naprawdę, jeszcze tacy będą!
W świetle doświadczeń tego roku, czego wyczekują więc nauczyciele po wakacjach?
- Po tym roku wiemy, że wyrównano nam inflację. W przyszłym, zgodnie z zapowiedzią, mamy obiecane 3 proc. podwyżki. To prawdopodobnie oznacza, że inflacja będzie górą. Czasem mam wrażenie, że władze biorą nauczycieli na przeczekanie. Liczą na to, że niż demograficzny sam rozwiąże część problemów. W przedszkolach np. jest on już bardzo widoczny, dzięki czemu deficyt nauczycieli przedszkolnych maleje.
Braki kadrowe w dużych miastach to tylko jeden z problemów edukacji.
- Jak się odpowiednio długo poczeka, to niż rozwiąże więcej problemów.
Jakie jeszcze? Przeładowane klasy?
- Na przykład. W małych miejscowościach mniej liczne klasy są już standardem, ale w Warszawie i pewnie w większości dużych miast klasy w liceach czy technikach liczą ponad 30 osób, co przy dzisiejszym zapotrzebowaniu na indywidualizację zajęć, jest absurdem. Tam można tylko udawać, że nauczyciel zajmuje się każdym dzieckiem. I tu niż może też pomóc władzom.
Pojawiło się słowo „udawać”. Ostatnio uczniowie mówili mi wprost o „szkole udawania”.
- Bo szkoła musi się legitymować realizacją podstawy programowej. Oczywiście są różne sposoby jej realizowania, ale wymagań jest zbyt wiele na możliwości szkoły. Zwłaszcza, że coraz mniejszy odsetek uczniów, szczególnie starszych, sumiennie chodzi do szkoły. Teraz spotkać klasę w komplecie jest niezwykle trudne. I każdy argument jest dobry, np. „dzisiaj tylko dwie lekcje, reszta zastępstwa, to nie pójdę.”
Albo „dziś siedem lekcji to za dużo.”
- I miotamy się. Możemy zrobić np. cztery lekcje w ciągu dnia, tylko że potem młodzież pójdzie do domu, weźmie telefony do ręki i co dalej? Tu nie ma mądrego. Ta dyskusja jest niezwykle bogata, sam w niej biorę udział, ale też jest niezwykle jałowa. Nie powstają w niej żadne dobre pomysły, bo nie bardzo mają jak.
Spróbujmy mimo wszystko. Stwórzmy takie pomysły, nauczycielskie postulaty na przyszły rok szkolny. Uczniowie skupieni w Akcji uczniowskiej niedawno przedstawili swoje. Co na to szkolna kadra?
- Widziałem te postulaty. Czytałem je z mieszanymi uczuciami. Z częścią się zgadzam, z częścią nie, niektóre wydają mi się wzięte z księżyca.
Z którymi się pan zgadza?
- Zajęcia obowiązkowe maksymalnie do godz. 16. Absolutnie tak. Ten postulat słusznie jest kierowany do MEN. Plany lekcji tak wyglądają, bo niektórzy nauczyciele pracują w dwóch szkołach, na dwóch etatach, bo nie ma kto ich zastąpić.
To w tym też może pomóc niż.
- Tak mniej więcej za 5-10 lat. Popieram też zwiększenie kompetencji samorządów uczniowskich, szczególnie w zakresie gospodarowania częścią szkolnego budżetu. To jest mój postulat od lat, bo bez pieniędzy nie ma władzy. W naszej szkole uczniowie mają przewidzianą pewną z pulę z budżetu i widzę, jak poziom ich samoświadomości i aktywności rośnie w miarę posiadanych środków.
Jak wykorzystują te pieniądze?
- Ostatnio kupili nową zabawkę na plac zabaw i MacBooka dla pana od muzyki, bo montuje im klipy, filmy. Zgadzam się również z tym, że młodzież powinna współtworzyć i opiniować statuty szkoły. Natomiast pamiętajmy, że jest to coś innego niż decydowanie o statucie. Budżet partycypacyjny? Tak, u mnie też od lat funkcjonuje. Różowa skrzyneczka? Tak, oczywiście powinna być. Szybszy dostęp do pomocy specjalistów jak psychiatra? Zgadzam się. Nowelizacja ustawy Kamilka, by ułatwić kontakt nauczyciel-uczeń? Pół roku przed wejściem w życie tych przepisów mówiłem o jej negatywnych skutkach.
Jakich?
- Że będzie strach wpuścić kogokolwiek do szkoły, że stracimy współpracę rodziców, bo uznamy ich za potencjalnie niebezpiecznych, że nauczyciel oficjalnie stanie się źródłem niebezpieczeństwa dla ucznia, a nie osobą zaufaną. Niestety, spełniło się to wszystko. Młodzi napisali też, że edukacja obywatelska budzi ich uzasadnione obawy. Ja mam same obawy w związku z tym przedmiotem. Oczywiście zrobimy go, będziemy udawać, że ona będzie realizowana, a wszystkim uczniom, którzy będą chcieli dowiedzieć się czegoś o świecie, zaproponujemy zajęcia rozszerzone z WOSu.
Znowu markowanie, udawanie. Akcja uczniowska postuluje również szkołę neutralną światopoglądowo, co pan na to?
- Ale religia, o której piszą, nie jest jedynym przejawem światopoglądu. Nie oszukujmy się, autorzy tych postulatów to grupa liberalnych uczniów. Super, że zabierają głos, ale nie udawajmy, że jest to wielki ruch społeczny. Wielkim ruchem społecznym są też grupy oazowe i one na pewno nie wystosują apelu o to, żeby wykorzenić religię.
A które pomysły według pana to te z kosmosu, czyli jak rozumiem trudne do zrealizowania?
- Np. młodzi ludzie słusznie napisali, że edukacja zdrowotna powinna być obowiązkowa, bo jako nieobowiązkowa będzie martwa. Ale obowiązek ten nie wejdzie, dlatego że szefowa MEN wycofując się z obligatoryjności edukacji zdrowotnej, postanowiła wyjść z drzwiami z futryną. Przez nieliczenie się z tym, że jednak połowa społeczeństwa jest konserwatywna, położyła sprawę. Pamiętam te teksty typu: „każdy wykształcony człowiek musi się zgodzić, że…” Albo „jak można być przeciw podstawie programowej opartej o osiągnięcia nauki”. W dzisiejszym świecie można. Żyjemy w czasach, kiedy szkoła nie kształtuje ludzi, tylko otoczenie szkoły próbuje kształtować ją.
I to martwi. Mamy ewidentny kryzys wartości wiedzy. Uczniowie sami przyznają, że gdy mają się czegoś nauczyć, pytają, a po co to, na co. Nie można się już czegoś nauczyć, żeby po prostu wiedzieć. Możemy jeszcze do czegoś takiego wrócić?
- Nie sądzę. Dzisiaj w szkole nic nie jest obietnicą przeżycia intelektualnego. W świecie, w którym wszyscy się spieszą, także nauczyciele z realizacją podstawy programowej, nie ma czasu na przeżycie intelektualne. Ludziom nie podobają się oceny, stres, nieatrakcyjność tego, co w szkole uczymy. A w dużej mierze wszystko to jest skutkiem braku czasu, odebraniem nauczycielom poczucia sprawczości. Ktoś powie „bo nauczyciele nie potrafią”. W tej chwili rzeczywiście nie potrafią, bo przez 25 lat oduczamy ich samodzielności, w latach 90. potrafili więcej. A teraz jeszcze kroi się reforma programowa, która będzie czystej wody algorytmem. Dla jego realizacji nie będzie istotne, czy nauczyciel myśli, ale czy posłusznie realizuje to, co zapisano w tabelkach. W myśleniu zastąpili go twórcy tej reformy.
Mówi pan o reformie podstaw programowych, które mają wejść w życie od 2026 roku.
- Tak. Podstawa programowa powinna mieścić się na kilku stronach. Reszta należy do twórców programów nauczania i samych nauczycieli. Oczywiście część potrzebowałaby wsparcia, ale nie w postaci sążnistych instrukcji. Sporo mówi się o potrzebie szkolenia nauczycieli i słusznie. Jednak wyszkolenie nauczycieli do zrealizowania 106 wymagań opisanych jako osiągnięcia ucznia - każdego! - na 100 lekcjach, jakie złożą się np. na przedmiot edukacja obywatelska w liceum, jest po prostu niemożliwe.
Uczniowie postulowali realne zmiany w podstawie programowej, konkretnie jej okrojenie.
- Proponuję by poczekali na tę, która powstaje teraz. Podejrzewam, że będzie sporo grubsza od obowiązującej.
Czyli jak rozumiem postulat słuszny, ale nie do zrealizowania.
- Tak jak np. ciepły darmowy posiłek dla każdego ucznia. Nawet gdyby wszystkie szkoły miały bazę do tego, a nie wszystkie mają, to jest to jest postulat piękny, ale z gatunku fantazji. Podobnie jak pielęgniarka w szkole na stałe. Ochrona zdrowia płaci na tyle dobrze, że do szkoły pójdą pracować jedynie nieliczni. W wypadku psychologów mamy podobną sytuację. Słusznie młodzież porusza też temat darmowych podręczników w szkołach podstawowych, ale nie jestem pewien, czy w licach i technikach naprawdę aż tak korzystają z papierowych wersji.
Zgadzam się z tym, że szkoła to nie tylko książki i wskazane są zajęcia poza murami szkoły. Tylko co z tego, skoro właśnie zawieszono program dopłaty do wycieczek. Trzeba było precedensowego wyroku sądu, by ktoś na górze dowiedział się, że podczas wyjazdu nauczyciel pracuje wiele godzin, za które należy się zapłata. Ważna w tym kontekście jest kwestia odpowiedzialności. Dziś nawet 17-latek nie może wrócić sam z klasowego wyjścia do kina, jeśli nie ma pisemnej zgody rodziców. Nauczyciel musi go dowieźć pod szkołę, spod której dopiero go wypuści.
Młodzi piszą o większej samodzielności pełnoletnich uczniów, ale póki prawo oświatowe nie rozwiąże problemu wychodzenia do toalety w czasie lekcji, nie będzie żadnej realnej zmiany. To jest przykład tego, że totalna odpowiedzialność dorosłych za uczniów i ich bezpieczeństwo zapędza nas w ślepy zaułek. Dziecko z jednej strony ma współdecydować o sprawach ważnych w szkole, z drugiej nawet do toalety nie może pójść na własną odpowiedzialność. Prawo oświatowe nie stanowi spójnej całości. Do tego tzw. świadomość prawna się spatologizowała.
To znaczy?
- Np. młodzież postuluje, by decyzje wspólnie podejmował nauczyciel, rodzic, uczeń. Jak to wygląda w praktyce? W dniu zakończenia roku szkolnego przychodzi uczeń do wychowawczyni i mówi: „ale ja nie byłem skutecznie poinformowany o tym, że mam dobre zachowane”. Był, bo miał wpisane to do dziennika, ale tego już nie przeczytał. A to tylko prosty problem, można łatwo udowodnić. Wiele jest znacznie trudniejszych, bo w relacji nauczyciel-uczeń nie jesteśmy w stanie protokołować każdego słowa, by się w razie potrzeby na nie potem powołać. Relacje zaczęły przypominać pole minowe. Jako dyrektor nie usiądę już z uczniem sam na sam, żeby porozmawiać i wyjaśnić jakąś sprawę, bo nie wiem, co ten młody człowiek powie potem w domu. Na wszelki wypadek dbam, by ktoś był świadkiem tej rozmowy.
A z czym się pan zupełnie nie zgadza?
- By niczego nie zakazywać, tylko uczyć odpowiedzialnego korzystania z technologii. Mówię nie, bo nie ma czegoś takiego, jak odpowiedzialne korzystanie z technologii przez młodych ludzi. Wiele lat próbowałem ich do tego w szkole zachęcić, ale nieustanne obcowanie z internetem, mediami społecznościowymi prowadzi do uzależnienia. Nikt nie wytłumaczy osobie uzależnionej od narkotyku, że powinna go brać odpowiedzialnie. Ludzie dorośli muszą sobie z tym radzić, młodych powinniśmy jednak chronić, także za pomocą ograniczeń.
Nie podoba mi się też postulat przesunięcia godziny rozpoczęcia zajęć. U nas rozpoczynamy lekcje 8.15 i wielokrotnie musiałem dawać odpór uczniom, którzy chcieli wcześniej. Wielu młodych ludzi, którzy nie mogą wstać na 8, odsypia nocne sesje z telefonem, więc nie widzę powodu, żeby wszystkim przedłużać dzień i zabierać popołudnie. Na przeciwdziałanie hejtowi też odpowiem: odłączcie się od mediów społecznościowych, to nie będziecie mieli hejtu.
Pierwszy położę się Rejtanem na wprowadzenie ocen opisowych. Szkoda czasu nauczycieli, zwłaszcza jak mają 300 uczniów pod opieką. Próbowaliśmy robić opisowe oceny zachowania, ale przestaliśmy, bo żaden rodzic, dziecko tego nie czytało. To jest piękna teoria, która nijak się ma do życia. Mówię też nie dla swobody ubioru w szkole. Tak samo jak nie ma swobody ubioru w szpitalu, tak samo szkoła ma pewne ramy. Pomyśli ktoś, że przemawia przeze mnie dziaders, ale nawet młodsi nauczyciele są tego samego zdania. Nie chodzi mi o szczegółowe zakazy, ale jednak konkretne ograniczenia. To, że nie wolno po szkole chodzić w szpilkach, to nie kwestia estetyki tylko bezpieczeństwa.
A co pan powie na koniec prac domowych w szkołach średnich?
- Proponuję w ogóle koniec obowiązku nauki. Wtedy wszyscy będą szczęśliwi. Postulat osobnej nauki o emocjach? W ogóle powinniśmy przewartościować listę zajęć szkolnych i wprowadzić well-being zamiast tej nielubianej matematyki.
A na języku polskim nową odświeżoną listę lektur.
- Wiem, że to utopia, ale wciąż uważam, że szkoła nie jest po to, żeby uczniowie czytali tylko to, co chcą, ale także po to, żeby zapoznali się z czymś, z czym nigdy więcej się nie zapoznają. Mogę nie lubić ministra Czarnka, ale mój problem polegał na tym, że czasami się z nim zgadzałem.
W jakich kwestiach?
- Nie zgadzałem się z nim co do sposobu działania, politycznej otoczki, ale uważam, że szkoła jest jednak instytucją, która służy kształtowaniu młodego pokolenia. Nie powinniśmy do niej iść jak do zakładu usługowego, w którym kupuje się to, co się chce. Popierałem zrobienie kroku wstecz przed wdrażaniem wszystkich modnych nowinek. Uważam, że szkoła powinna być trochę konserwatywna.
Postulaty, które uznał pan za słuszne, możemy też nazwać postulatami nauczycieli?
- One są korzystne dla szkoły, nauczycieli. Ale niewiele się zmieni na lepsze, jeśli uczeń nie zostanie obarczony chociaż częścią odpowiedzialności za swoje postępowanie, wyniki w nauce, bezpieczeństwo. Wtedy łatwiej mi będzie zaakceptować pomysły zwiększające jego autonomię. Nie mówię, że uczeń ma być odpowiedzialny w 100 proc., natomiast w tej chwili poziom obciążenia nauczycieli odpowiedzialnością za efekty pracy ucznia osiągnął poziom absurdu, a duży odsetek rodziców przejął ten sposób myślenia. Jednocześnie autorytet nauczyciela szoruje po dnie i jeżeli powiem: „moim zdaniem nie wykorzystujesz swoich możliwości”, to już będę opresyjnym belfrem. Już mamy kłopot, a będziemy mieli jeszcze większy. Świat, w którym młodzi niczego nie muszą, ale mogą, nie jest zdrowy. Nawet jeśli poprzedni - niczego nie mogą, wszystko muszą - był też zły. Ok, nie chcesz, to nie rób, ale ponoś tego konsekwencje.
Czyli to jest pana główny postulat?
- Mój postulat, niezmienny od kilku lat, jest pragmatyczny. Dwa lata spokoju, bez kolejnej zmiany. Reformowanie oświaty nie może odbywać się na podstawie czyjegoś widzimisię uzasadnianego udawaniem, że coś jest konsultowane społecznie. Dostrzegli to zresztą nawet uczniowie, bo o tym też pisali.
Skoro oczekujemy spokoju, to z drugiej strony skąd głosy zawodu, że tyle w tym roku szkolnym miało się zmienić, że tyle niespełnionych obietnic?
- Nie spełniono nawet obietnic, które niczego by nie zmieniały w szkole, a byłyby drobnymi gestami w stronę nauczycieli, typu nagroda jubileuszowa. Próbujemy to wszystko analizować racjonalnie, natomiast w tym jest mnóstwo emocji. Ludzie chcieliby zmian, ale chcą się też czuć spokojnie i bezpiecznie. Nie pomaga to, że wprowadzane zmiany nie są w żaden sposób ustrukturyzowane. Nawet ja, który siedzę w tym i jako dyrektor, i jako publicysta, więc wiem dużo więcej niż przeciętny odbiorca, gubię się nieraz, o co w tym wszystkim chodzi.
Uważa pan, że zmiana w ministerstwie edukacji przydałaby się, czy już zostawmy jak jest?
- Zmiana polegająca nie tylko na brzmieniu personalnym, ale na zmianie sposobu myślenia i podejścia bardzo by się przydała. Nie jest przypadkiem, że pani Nowacka ma najwyższy odsetek negatywnych opinii wśród ministrów. Na pewno życzyłbym sobie, żeby władze MEN składały się nie z polityków, tylko z fachowców. Ale trzeba też przyznać, że edukacja jest niezwykle trudną dziedziną. Pewnie gdybym był na miejscu szefowej MEN, też zbierałbym cięgi. Cokolwiek bym zrobił, natychmiast znajdowałaby się grupa ludzi, która powiedziałaby, że to co robię, jest bez sensu.
W edukacji jest niezwykle trudny odbiorca, bo z jednej strony mamy nauczycieli, którzy z natury wiedzą najlepiej, z drugiej strony rzesze rodziców śmiertelnie zalęknionych o swoje dzieci. Czasem mówię, że nie mam ani jednego kłopotliwego ucznia w szkole, natomiast mam cały tłum kłopotliwych rodziców, przez których z niektórymi uczniami mam kłopoty. Irracjonalne zachowania rodziców biorą się w 90 proc. z nadmiaru dobrych chęci lub z zalęknienia.
Czego się więc pan spodziewa po roku szkolnym 2025/2026?
- Szczerze? Niczego specjalnego, bo i tak wpływ na to mam niewielki. W szkole będę starał się po prostu robić swoje. To metoda zachowania równowagi psychicznej, ale na pewno nie obietnica jakościowej zmiany w przyszłości. Jeśli się czegoś naprawdę obawiam, to realizacji pojawiających się w kręgach decyzyjnych pomysłów na „udoskonalenie” szkół niepublicznych, które podetną nam możliwość sensownego działania.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET