`

Uczniowie na liście obecności, ale nie na lekcjach. Konsekwencji brak. "Żyjemy w oparach absurdu"

5 min. czytania
02.03.2026 06:02
Obserwuj nas na Google

Do listy szkolnych absurdów nauczyciele i dyrektorzy dopisują kolejny, związany z edukacją zdrowotną. Jak opowiadają, nie brakuje uczniów, którzy nie wypisali się z nowego przedmiotu, ale na niego nie chodzą. Dla szkoły to kolejne obowiązki, a dla uczniów? Konsekwencji żadnych.

Lekcja w szkole
fot. Wojciech Olkusnik/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jakie konsekwencje niskiej frekwencji ponoszą uczniowie.
  • Jak na nieobecności dzieci reagują rodzice.
  • Jak MEN planuje rozwiązać problem z edukacją zdrowotną.

Tzw. ustawa Kamilka, ograniczenie prac domowych, czy łacina jako drugi język obcy. Szkolnych absurdów, przepisów oderwanych od rzeczywistości i edukacyjnych fikcji, które utrudniają na co dzień życie, jest cała lista. Można by tu je długo wymieniać. W ostatnim roku doszła jeszcze jedna zmiana, na którą nauczyciele i dyrektorzy mogą zareagować jedynie rozkładaniem rąk.

Od 1 września 2025 roku do szkół weszła edukacja zdrowotna. Zastąpiła ona nieobowiązkowe wychowanie do życia w rodzinie. MEN długo utrzymywało, że nowy przedmiot będzie obligatoryjny tak, żeby wszyscy młodzi ludzie mogli z niego skorzystać. Kampania prezydencka, strach przed konserwatywną grupą wyborców i nagonka prawicowych środowisk spowodował, że resort edukacji wycofał się ze swoich planów i przedmiot pozostał nieobowiązkowy.

Dokładnie z automatu wszyscy, którzy mają w programie edukację zdrowotną, są na nią zapisani. Jeśli rodzice lub pełnoletni uczniowie nie zgadzali się na uczestnictwo w niej, trzeba było złożyć w szkole stosowną deklarację we wrześniu. Frekwencja zgodnie z przewidywaniami ekspertów jest niska. Według ministerialnych danych około 30 proc. uczniów mających w planach lekcji edukację zdrowotną chodzi na te lekcje. A w zasadzie jest na listach, bo jak się okazuje, to nie to samo.

Uczeń jest, ale go nie ma

- Mamy mnóstwo uczniów, którzy nie wypisali się z przedmiotu, ale na lekcjach się nie zjawiają – mówi Maciej Rusiecki, dyrektor V LO w Warszawie i podaje przykład: - Z klas pierwszych powinno chodzić 15 osób. Na lekcji są zazwyczaj cztery te same osoby. Pozostałym albo nie chce się wstać, albo nie chce się im zostać, bo edukacja zdrowotna jest na końcu albo początku dnia.

W związku z tym, że przedmiot jest nieobowiązkowy, nie ma z niego ocen, nie widnieje on też na świadectwie. - Owszem takiemu uczniowi nieobecności liczą się do frekwencji ogólnej, ale jest to tylko parę godzin. Z edukacji zdrowotnej nie ma klasyfikacji, bo nie ma z niej zaliczenia. Żyjemy w oparach absurdu – stwierdza Rusiecki.

Redakcja poleca

W Zespole Szkół Rzemiosła w Łodzi w sumie uczy się prawie 500 uczniów. Na edukację zdrowotną zapisanych jest 13 osób, podzielono więc je na dwie grupy. Z tego dwóch uczniów, chociaż widnieje na listach, nie chodzi. - Na półrocze przeprowadziliśmy rozmowy wychowawcze z rodzicami, ale ci doskonale wiedzieli, że dzieci nie chodzą, mimo że są zapisane. Co więcej rodzice zapowiedzieli wprost, że dzieci już nie będą chodzić na ten przedmiot – mówi Milena Cybulska-Rakoczy, dyrektorka ZSR w Łodzi.

Najłatwiej byłoby ich wypisać z przedmiotu, ale termin ten zgodnie z odgórnymi przepisami minął we wrześniu. W trakcie roku szkolnego w dowolnym momencie takiej możliwości nie przewidziano. Zdarza się więc, że nauczyciel przyjdzie, dwie osoby nigdy nie chodzą, więc ich nie ma, trzy zachorują i klasa jest pusta. - Uczniowie żadnych konsekwencji nie ponoszą. Są na liście, bo muszą być, ale nic więcej nie możemy zrobić. Ani wyegzekwować tego, żeby chodzili, ani tego, żeby ich z tej listy zdjąć – rozkłada ręce Cybulska-Rakoczy.

Frekwencja na edukacji zdrowotnej zerowa, ale usprawiedliwiona

W VI LO w Lublinie na edukacji zdrowotnej początkowo zostały pojedyncze osoby w klasach. Ponieważ był to jeszcze wrzesień, to dyrekcja poinformowała wprost tych uczniów, że np. będą jedyni z całej klasy albo w ogóle z rocznika na nowym przedmiocie. - Zaznaczyliśmy, że zajęcia oczywiście będą zorganizowane, ale woleliśmy uprzedzić uczniów o sytuacji – mówi Marzena Kamińska, dyrektorka VI LO w Lublinie. Jak chętne osoby usłyszały, że będą same na lekcjach, to wypisały się, albo po rozmowach z kolegami, koleżankami z klasy same przychodziły do nauczyciela i mówiły, że planowały chodzić na edukację zdrowotną, ale w związku z tym, że chętnych nie ma, to rezygnują.

Redakcja poleca

Szkoła więc problemu z nieobecnościami uniknęła, ale z drugiej strony z przedmiotu nikt nie korzysta. Gdyby sytuacja była inna, dyrektorka, jak mówi, pewnie próbowałaby przekonać uczniów do chodzenia na edukację zdrowotną oceną z zachowania. - Bierze ona pod uwagę wywiązywanie się z zadań określonych w statucie szkoły, a obecność i uczestniczenie w lekcjach, na których się powinno być, do takich zadań należy – mówi Marzena Kamińska.

Tylko o ile ocena z zachowania jest ważna dla uczniów szkół podstawowych, bo brana jest pod uwagę przy rekrutacji do liceów czy techników, o tyle młodzież w szkołach ponadpodstawowych w ogóle do niej nie przywiązuje wagi, bo nigdzie się nie liczy. - Owszem moglibyśmy zmienić regulamin oceniania zachowania, żeby frekwencja wpływała na oceny z zachowania, ale rodzice usprawiedliwiają te nieobecności, więc to kolejny absurd – mówi Cybulska-Rakoczy. - Rodzic jednym kliknięciem usprawiedliwia taką nieobecność. I co można zrobić? Nic, oceny z zachowania też nie możemy więc zmienić – zgadza się Rusiecki.

Co zrobi MEN?

Przypomina, że chociaż uczniowie nie chodzą i nie ponoszą za to żadnych konsekwencji, to szkoła musi prowadzić dokumentację i wypełniać szereg dokumentów, bo oficjalnie lekcja i przedmiot jest. Przedstawiliśmy szkolną rzeczywistość ministerstwu edukacji i w ubiegłym tygodniu spytaliśmy, czy MEN widzi możliwość rozwiązania tego problemu. Byliśmy ciekawi, czy dyrektorzy, nauczyciele mają jakieś narzędzia - które jest im w stanie zaproponować resort edukacji - żeby zmienić tę sytuację. Do czasu publikacji tekstu nie otrzymaliśmy odpowiedzi ani komentarza z MEN.

- Skoro przedmiot jest nieobowiązkowy, zróbmy lekcję otwartą i kto chce, niech przychodzi. Wprowadzanie jakiejkolwiek lekcji nieobowiązkowej nie ma sensu. Jeśli coś jest nieobowiązkowe, to tego nie ma. To tak jakby pracodawca nałożył na nas dodatkowy obowiązek, ale zaznaczył, że jak nie zrobimy tego, to się nic nie stanie – porównuje Rusiecki. Cybulska-Rakoczy widzi jedną korzyść. - Nauczyciel ma godziny, dostaje za to pieniądze, bo przychodzi do pracy mimo wszystko, nawet jak uczniów nie ma, to może być skierowany do innych zadań – mówi dyrektorka ZSR w Łodzi.

Zgodnie z zapowiedziami MEN do końca marca ma być podjęta decyzja w sprawie wprowadzenia obowiązkowej edukacji zdrowotnej. Barbara Nowacka, szefowa ministerstwa, zaznaczyła, że jest otwarta na różne rozwiązania i prowadzi rozmowy z rodzicami, nauczycielami, młodzieżą oraz środowiskami medycznymi. Jeśli przedmiot byłby obowiązkowy, to problem z zapisami i nieobecnościami zostałby rozwiązany.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET