"Uczniowie nie potrafią nawet ściągać". Stare szkolne reguły gry już nie obowiązują
Nie potrafią się nudzić, pokłócić bez angażowania w to dorosłych, czy nawet ukryć braku zeszytu. Coś co kiedyś funkcjonowało w szkole jako niepisana umowa między nauczycielami a uczniami, dziś już zupełnie nie działa. - Szkolne reguły gry się zmieniły. Szkoła w zasadzie jest ich pozbawiona. Przychodzą do nas zupełnie inne dzieci - opowiadają nauczyciele.
Bartłomiej, nauczyciel polskiego z Łodzi, nigdy nie przepadał za stwierdzeniem „za moich czasów”, nielubianym zwłaszcza przez młode pokolenia. Ale porównanie do „jego czasów” aż samo cisnęło mu się na usta, gdy zobaczył, a raczej usłyszał klasę czekającą na spóźnionego nauczyciela. - Dzieci tak krzyczały, że od razu nauczyciele z innych sal, dyrekcja zareagowali i klasa szybko poszło na lekcję. Kiedyś siedziało się po cichu, najlepiej jeszcze w ustronnym miejscu korytarza, żeby nie zwracać na siebie uwagi i żeby jak najwięcej lekcji przepadło. Wtedy było wiadomo, że nauczyciel nie będzie już nikogo odpytywał albo robił kartkówki, bo nie będzie na to czasu – wspomina.
O ciszę o oczekiwaniu na nauczyciela dbał np. przewodniczący klasy. Dziś mało kto chce nim być. Nie mówiąc już o przewodniczącym szkoły. W liceum Piotrka, trzecioklasisty z woj. świętokrzyskiego, przeprowadzano ostatnio takie wybory. To znaczy próbowano przeprowadzić, bo nie było żadnego chętnego. - Ten, który był, idzie do klasy maturalnej. Nie będzie już miał więc czasu na sprawowanie tej funkcji. To jest mnóstwo spraw do załatwiania, spotkań z dyrekcją, z nauczycielami i to jeszcze za nic – stwierdza Piotrek.
Kiedyś to „nic” oznaczało cały wachlarz możliwości: dzięki spotkaniom z dyrekcją, nauczycielami przewodniczący pierwszy wiedział o zmianach w szkole, mógł przekonać kadrę do zorganizowania różnych akcji i wydarzeń, a przede wszystkim załatwić wiele dla swojej klasy. Był rozpoznawalny, najczęściej zyskiwał posłuch i szacunek u innych. - Dziś przewodniczący szkoły jest frajerem. Narobi się i nic z tego nie ma - nie zmienia zdania Piotrek.
To, że uczniowie nie robią już czegoś tylko dlatego, że nauczyciel im każe, że brakuje im koncentracji, że coraz trudniej się z nimi porozumieć, bo z trudem przychodzi im budowa dłuższych, płynnych wypowiedzi, że mają duży problem z czytaniem i zrozumieniem dłuższych tekstów, że najlepiej przemawiają do nich obrazki i bardzo krótkie formy video - wiadomo nie od dziś. Ale zmieniło się coś jeszcze. - Dzieciaki zatraciły coś takiego, co nazywam pozytywnym cwaniactwem. Zatraciły szkolne reguły gry – stwierdza Bartłomiej.
Nuda na lekcji, nuda po lekcjach
W szkole, chcąc nie chcąc, obowiązywały pewne niepisane zasady, zazwyczaj objęte milczeniem, tajemnicą, o której jednak każdy wiedział. Zacznijmy od tych banalnych. Gdy uczeń zapomniał zeszytu, zazwyczaj starał się to ukryć. Wkładał kartkę w inny zeszyt, notował w brudnopisie, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Można tego nie pochwalać, można mieć różny stosunek do takich zachowań, ale zabawa w policjantów i złodziei tak działała. - Dziś nie potrafią ukryć, że nie mają zeszytu, że są nieprzygotowani - opowiada polonista. Niektórzy po prostu odpuszczają i siedzą wpatrzeni w tablicę.
Odwieczna szkolna zasada gry w policjantów i złodziei obowiązywała też na klasówkach i kartkówkach. Chodzi konkretnie o ściąganie. - Dziś dzieci wciąż ściągają tylko z taką różnicą, że nie potrafią tego robić - mówi Małgorzata, matematyczka z Łodzi. Tu od razu przychodzi jej na myśl sytuacja z ostatniej poprawy, kiedy to uczeń siedząc naprzeciwko niej w sali – na poprawie był tylko on – wyjął po prostu książkę, położył na plecaku przy ławce i co chwila na nią zerkał. - Nie dało się udawać, że tego nie widzę. Musiałam mu zabrać sprawdzian – mówi matematyczka.
O telefonach położonych na ławce, które co chwila rozświetlają się w trakcie klasówek, nawet nie chce wspominać. Niemal takie same doświadczenia ma Bartek. - Jak się nudzą na lekcji, to zaczynają tak szaleć, że trzeba im coś wymyślić, z góry narzucić, co mają robić. Dawniej działała umowa: macie luźną godzinę, wolną lekcję, ale ma być cicho i każdy się czymś zajmował – wspomina kolejną szkolną, niepisaną zasadę. - Dzisiaj nie da się tego zrobić, dzieciaki nie potrafią się nudzić – stwierdza.
Zresztą nawet gdy na lekcji, na której normalnie powinny pracować, się nudzą, nie potrafią tego ukryć. - Rozwiązujemy przykłady, tłumaczę zadania, a tu nagle uczennica wyjmuje lusterko, szczotkę, przegląda się i zaczyna się czesać – opowiada sytuację z jednej z lekcji Małgorzata. Zresztą z nudzeniem się i organizacją czasu bez narzuconych, zaplanowanych przez kogoś zadań, także po lekcjach nie jest lepiej. - Niedawno do mojej córki, przyszły dwie koleżanki. Niecałe pół godziny się pobawiły, pooglądały zabawki, potem przyszły do mnie, bo nie wiedziały, co mają dalej robić, w co się bawić - opowiada Katarzyna, mama siedmioletniej Hani z Wrocławia.
Tu od razu przypominają jej się wielogodzinne spotkania z jej koleżankami przerywane telefonami rodziców, by już wracać do domów, bo późno. - Córce podrzuciłam teraz parę pomysłów na zabawy. Gdy zajrzałam potem do pokoju, jedna siedziała z telefonem, pozostałe wokół niej, wpatrzone w ekran – opowiada.
Kłótnia między uczniami, kłótnia w całej szkole
Uczniowie potrzebują nie tylko stałego animatora, ale i mediatora. - Kiedyś dużo rzeczy było pewną tajemnicą. Gdy ktoś się z kimś posprzeczał, pokłócił, nawet poprzepychał, to nie wychodziło na światło dzienne. Mówimy oczywiście o drobnych sprzeczkach. Starano się nie angażować w to rodziców, szkolnej kadry. Dzieciaki załatwiały to między sobą. Jednego dnia się pokłóciły, następnego już o tym zapominały. Dzisiaj nie ma takiej opcji – zauważa Bartłomiej. Natychmiast przychodzą pisma, maile i rodzice do szkoły.
Magdalena, nauczycielka klas 1-3 z Krakowa, bez dłuższego szukania w pamięci może podać kilka takich przykładów. - Dwóch chłopców w klasie wyjątkowo nie mogło się dogadać. Poszło im o to, w której ławce będą siedzieć. Omówiliśmy to, wydawało się, że sprawa jest jasna, ale na następny dzień jeden przyszedł z mamą, od której dostało się jeszcze pozostałym dzieciom i mnie – wspomina nauczycielka. U Piotra, nauczyciela matematyki z Częstochowy, na jednej z lekcji uczeń nazwał drugiego debilem. - Zwróciłem mu uwagę i przeszedłem do tematu lekcji. Ledwie zadzwonił dzwonek na przerwę, uczniowie się pakowali, a do mnie już szła mama obrażonego ucznia. Wcześniej zdążyła już pójść do dyrektorki – opowiada matematyk. Okazało się, że syn napisał jej wiadomość przez smartwatcha o tym, jak potraktował go kolega, stąd wiedziała o wszystkim.
- Kiedyś rodzic przychodził do szkoły tylko jak naprawdę z dzieckiem były spore problemy, albo jak coś zmalowało. Ukrywało się, że moja mama, czy mój tata są w szkole – wspomina Piotr. Z tym zmalowaniem czegoś i dziś jest problem. - Nawet jak idą palić do łazienki, to tak trzaskają drzwiami, że nie da się tam nie pójść – zauważa Bartłomiej z ironią. Oczywiście, jak zaznacza, nie pochwala palenia, czy ściągania, nie o to tu chodzi. - Te szkolne sytuacje np. z brakiem zeszytu pokazują, że dzieci nie potrafią sobie same radzić w trudnych sytuacjach i nie uczą się tego. Żal na nich patrzeć czasem – stwierdza.
Rodzic u nauczyciela
- Do systemu edukacji można mieć wiele uwag, zastrzeżeń, ale w szkole dzieci uczą się nie tylko konkretnych przedmiotów. Powinny uczyć się funkcjonowania w grupie, rozwiązywania konfliktów, samodzielności, tego, że muszą się dogadać, nawet jeśli im coś nie pasuje, że czasem trzeba pokombinować, żeby uzyskać coś, czego się chce, bo nie wszystko jest podane na tacy. – dodaje Piotr. Temu służyły właśnie szkolne niepisane reguły gry. Dzieci wychodziły dzięki z nim z pod domowego klosza, musiały nauczyć się funkcjonować w innej grupie. - Te umiejętności przydają się potem, w pracy, w społeczeństwie – podkreśla matematyk. Teraz tego brak.
Małgorzata, nauczycielka matematyki, zastanawia się, co było pierwsze w tym temacie: przysłowiowe jajko czy kura. Czy dzieciom przestało zależeć, więc rodzice przejęli pałeczkę w wielu kwestiach, czy może właśnie z powodu zachowania rodziców, tak zachowują się dzieci? Bo ci pierwsi potrafią interweniować nie tylko w wypadku uczniowskich konfliktów, ale także w sprawie ocen, tego, kto będzie uczył jego syna czy córkę, albo planu lekcji – nieraz chcą zmiany, żeby dziecko zdążyło na zajęcia pozalekcyjne albo żeby zgrywało się z ich grafikiem w pracy lub planem starszego rodzeństwa.
Skoro dzieci są wyręczane we wszystkim, to potem w szkole odpuszczają, od razu się poddają. Być może stąd też brak nawet chęci ukrywania różnych niedociągnięć, przewinięć, czy nieprzygotowania. - Na ostatniej wywiadówce jedna z mam spytała mnie też, co mam zamiar zrobić, żeby jej córka poprawiła się z matematyki i zainteresowała przedmiotem. Starałam się jej wytłumaczyć, że najpierw powinna zadać takie pytanie córce – opowiada Małgorzata.
Po co chodzić do szkoły?
Gdy szkolne reguły gry zanikają, a niektórzy rodzice dodatkowo utwierdzają dzieci w przekonaniu, że „jak nie chcą czegoś robić, to nie muszą”, uczniowie coraz częściej nie wiedzą już sami, po co przychodzą do szkoły. Obserwuje to codziennie Magdalena, nauczycielka biologii z Łodzi, która uczy w klasach biologiczno-chemicznych. - Ale tak naprawdę większość młodzieży nie interesuje się tymi przedmiotami. Wisi im to i potrafią powiedzieć o tym wprost – mówi.
Niedawno na lekcji pokazywała film o ośmiornicy, jak fantastycznie zmienia kolor, jaka jest inteligenta, że potrafi otworzyć nawet słoik. - Uczniowie z zaciekawieniem oglądali. Jeśli zainteresuje się ich czymś, to słuchają. Ale na tym się kończy – zauważa. Sprawdziła to, pytając uczniów, kim jest David Attenborough. - Patrzyli na mnie jak na przybysza z innej planety. O tym, kim są Kardashianki, wszyscy wiedzieli - wspomina. Zamiast bezmyślnego przerzucania filmików w internecie, zaproponowała więc im obejrzenie filmu przyrodniczego, skoro ten o ośmiornicy, tak im się spodobał. Rzadko ktoś kontynuował temat, a przetestowała to w kilku klasach.
- Wiedza traci wartość, to, że ktoś coś wie, staje się coraz mniej istotne – podsumowuje ze smutkiem Bartek. Kiedyś jeśli ktoś naukowo nie błyszczał, przynajmniej inną aktywnością mógł zaplusować. Dziś i to zostało zgubione. W liceum Piotrka wybory na przewodniczącego ogłaszano dwukrotnie. Za trzecim razem nauczycielka opiekująca się szkolnym samorządem niemal zmusiła jednego z uczniów, żeby „się zgłosił”. Konkurencji nie miał, został wybrany jednogłośnie.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET