Chemik chce więcej chemii, plastyk - plastyki. "Każdy ciągnie tę przykrótką kołdrę w swoją stronę"
Najpierw o więcej godzin apelowali biolodzy i geografowie. Dostali, czemu sprzeciwili się zaraz fizycy i chemicy, bo wtedy ich godzin będzie mniej. Petycję o zwiększenie wymiaru lekcji napisali w ostatnim czasie także plastycy. Oczywiście wszyscy mają na to swoje argumenty. Z czego wynika odwieczna szkolna zasada, że każdy przedmiot jest najważniejszy?
- W szkole trwa festiwal oczekiwań - niemal każdy nauczyciel chciałby, żeby jego przedmiotu było więcej.
- - To efekt podstawy programowej. Nauczyciele walczą o to, by zrealizować to, czego od nich się wymaga, a nie o to, by mieć więcej pracy - tłumaczy nauczyciel chemii.
- Niektórzy uważają też, że brakuje pracy zespołowej i myślenia globalnego, nie tylko o swoim przedmiocie. - Wyobrażamy sobie przeciętnego ucznia jako potencjalnego studenta naszego przedmiotu. Trzeba z tym skończyć - mówi Nauczyciel Roku 2007.
Gdy MEN zaproponowało, by w podstawówce połączyć przedmioty przyrodnicze w jeden – przyrodę, nauczyciele na początku roku napisali petycję, w której sprzeciwili się zmianom i zaapelowali wręcz o zwiększenie liczby godzin biologii i geografii. Według wstępnych zapowiedzi przyroda będzie, ale rzeczywiście w większym wymiarze – trzech godzin tygodniowo. Dotychczas czwartoklasiści mieli dwie godziny przyrody, a piąto- i szóstoklasiści uczyli się już rozdzielonych: biologii i geografii po jednej godzinie tygodniowo.
W siódmej klasie ma być za to mniej chemii i fizyki – o godzinę – na co od razu zareagowali nauczyciele tych przedmiotów. - Głupota, paranoja, jak uczyć przedmiotu przez jedną godzinę? – komentowali nauczyciele na edukacyjnych grupach. Nie trzeba było długo czekać na reakcję kolejnych. Swoją petycję stworzyli także np. nauczyciele plastyki. Oczekują w niej – a jakże - zwiększenia „liczby godzin twórczej aktywności uczniów w szkole”.
„Niezrozumiałą dla nas jest decyzja zakończenia edukacji artystycznej już w siódmej klasie szkoły podstawowej, by potem w szkole średniej, zależnie od decyzji dyrektora, powrócić do niej na chwilę lub nie powracać wcale" – czytamy w petycji. Każdy przedstawia rzecz jasna swoje argumenty i każdy ciągnie w swoją stronę. Plastyk zazwyczaj chce więcej plastyki, polonista chce więcej polskiego, matematyk – matematyki, a wuefista – wychowania fizycznego. Dlaczego?
Nie liczba lekcji, a podstawa programowa
Maciej Rusiecki, dyrektor V LO im. Poniatowskiego w Warszawie, do tego naturalnie dołożyłby chemii, czyli jego przedmiotu. Mówi to w formie żartu, choć problem oczywiście zauważa. - To efekt podstawy programowej – wyjaśnia. Nauczyciele nie są w stanie zrealizować tak ogromnej podstawy programowej przy takiej liczbie godzin, jaka jest w ramowych planach nauczania. - Albo więc trzeba dopasować liczbę godzin do aktualnej podstawy programowej, albo trzeba zmodyfikować podstawę - uważa.
Wiesław Włodarski, matematyk, Nauczyciel Roku 2007, by lepiej zobrazować, w czym problem, podaje przykład z początku swojej pracy, gdy przez chwilę uczył w podstawówce. Część klas szła wówczas starym programem, a część nowym - dziesięciolatki. Twierdzenie Talesa, proporcje i wszystko to, co się z tym wiąże, według starego programu przerabiał w klasie siódmej. Miał na to mniej więcej trzy miesiące. Według nowego programu ten sam materiał był w klasie szóstej i trzeba go było przerobić w trzy tygodnie.
- Pewnie część uczniów była tym po jakimś czasie znudzona, ale to już jest rola nauczyciela, żeby zachęcić do pracy. Ważne, że grupa średnich i słabszych uczniów po trzech miesiącach dobrze znała proporcje, bo nawet mimochodem musieli coś zapamiętać – tłumaczy i wraca do obecnej podstawy programowej. - Przygotowywali ją m.in. nauczycielki, które uczą bądź uczyły w bardzo dobrych szkołach, w związku z tym ta podstawa programowa razem z tym przydziałem godzin jest świetnie dobrana dla dobrych uczniów – mówi Włodarski. Pozostali mają problem, a nauczyciel niewiele może z tym zrobić.
- Ja np. już skończyłem materiał, tylko uczę w szkole, gdzie ta młodzież jest wyselekcjonowana i oni w większości łapią to szybko. Ale w innych liceach potrzebują na to dwa razy więcej czasu – zgadza się Rusiecki. Włodarski opowiada też, że zawsze, gdy widział, że siada koncentracja w klasie, to opowiadał ciekawostki matematyczne, żeby zainteresować uczniów, by młodzież polubiła ten przedmiot i pojęła jego praktyczne zastosowanie. Dlatego spytany o to, czy matematyki powinno być więcej odpowiada: - Powinno być więcej czasu na matematykę, ale to nie znaczy, że więcej godzin matematyki. Chodzi o to, żeby uczniowie mieli szansę sami odkryć pewne prawa matematyczne, bo to będzie dawało im przekonanie, że matematyka do czegoś się przydaje.
Rusiecki wraca tu do zapowiedzianego połączenia w młodszych klasach przedmiotów przyrodniczych w przyrodę. Sam wiele lat temu uczył tego przedmiotu. - To była porażka, bo jak chemik miał uczyć o zagadnieniach z biologii albo geografii? Chodzi o to, żeby nauczyciel był mentorem, wtedy uczeń będzie zainteresowany zajęciami – dodaje w podobnym tonie jak Włodarski.
Brak współpracy w pokoju nauczycielskim
Za przykład dyrektor V LO w Warszawie podaje system matury międzynarodowej, w której rzeczywiście jest jeden przedmiot - science - z tym, że moduł biologiczny prowadzi biolog, moduł fizyczny fizyk itd. Na przyrodzie w teorii też tak można robić. - Ale jak nie będzie przymusu, to tego nie będziemy robili, bo po co? Każdy ma swoją strefę komfortu, przychodzi, prowadzi lekcję, nie musi się z nikim dodatkowo konsultować – mówi Rusiecki.
Dariusz Chętkowski, polonista z Łodzi, prowadzący BelferBlog, uważa, że przyczyną walki każdego przedmiotowca o swój przedmiot może być brak pracy zespołowej w gronie pedagogicznym. - Np. na polskim kiedy omawiam III cz. „Dziadów” to nawiązuję do historii Rosji i carów. Okazuje się, że historyk już to omawiał trochę pod innym kątem. Gdyby istniała współpraca, moglibyśmy tak pokierować uczniami, żeby znali kontekst historyczny konieczny do zrozumienia represji carskich pod zaborami i żeby polonista nie musiał tego tłumaczyć, bo nie jest fachowcem, więc może coś zniekształcić – mówi Chętkowski. Zaznacza, że dotyczy to wszystkich przedmiotów, dlatego treści te należałoby przemyśleć i postawić na samodzielność uczniów, by pewne rzeczy mogli zrobić sami na zasadzie projektów, pasji, która by nimi kierowała.
Zdaniem Bożeny Będzińskiej-Wosik, dyrektorki SP nr 81 w Łodzi, można to wprowadzić tylko oddolną inicjatywą, bo praca metodą projektów to nic nowego, podstawa programowa wręcz wskazuje na taką metodę pracy. - Nauczyciele boją nieraz wyjść poza schemat, mają swoje nawyki, więc tu jest rola dyrektora, by zachęcić do tego – mówi. Jak opowiada, dwa razy w roku w jej szkole organizowane są festiwale projektów, dzieci wtedy prezentują efekty swojej pracy i siłą rzeczy te, które lubią plastykę mają więcej plastyki, te które muzykę – mają więcej muzyki, bo w projektach mogą wybrać tę część, która ich najbardziej interesuje.
Walka o etat i pensum
Marek Pleśniar z Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty wraca do badań IBE sprzed kilku lat, które jasno pokazały, że polscy nauczyciele nie lubią współpracować - większość odpowiadała, że np. woli przygotowywać swoje zajęcia samemu, bez współpracy z innymi. - Jak dzieje się źle - w małżeństwie, w pracy, wśród znajomych - to zawsze winna jest komunikacja – porównuje. Dlatego, jak mówi, reformy wymaga sama rozmowa o szkole, bo ta nawet nie została na dobre rozpoczęta. - Nie obciążałbym tylko władz oświatowych. Brakuje komunikacji wszystkich ze wszystkimi, uczciwej, szanowanej przez wszystkie strony debaty oświatowej o tym, czego chcemy od szkoły, bo na razie trwa festiwal oczekiwań nauczycieli – mówi Pleśniar.
Zaznacza, że brak komunikacji to bolączka całego społeczeństwa. - Dobrze pokazuje to chociażby głośny ostatnio serial „Dojrzewanie”. Tam też wychodzi niezrozumienie się żadnej ze strony. Nauczyciele udają sami przed sobą, że uczniowie przeżyli traumę. Uczniowie o niczym takim nie mówią, tylko ewidentnie brakuje im wychowawczego wpływu dorosłych. Rodzice nie stawiają z kolei granic, bo oczekują, że postawi je szkoła – opowiada.
Mimo zapowiedzi reformy wciąż niewiele wiadomo, co ona zmieni i zdaniem Pleśniara to potęguję przeciąganie liny w swoją stronę. - Nauczyciele obawiają się o utrzymanie etatów, dyrektorzy też martwią się o to, jak gospodarować kadrami, jak nie wiedzą, co będzie za rok. Stąd wszyscy ciągną tę przykrótką kołdrę w swoją stronę, a jednocześnie narzekają, że są przepracowani – mówi Pleśniar.
Pensum dydaktyczne (liczba godzin przy tablicy – przyp. red.) i sieć szkół – to według prof. Bogusława Śliwerskiego, pedagoga z Uniwersytetu Łódzkiego, dwa powody, które powodują walkę o przedmiotowców o swoje przedmioty. - Jeśli np. nauczyciel plastyki ma mniej godzin, to musi to pensum zrealizować w trzech szkołach. Najgorzej jest w małych miejscowościach, tam o pensum jest niesamowicie trudno i trzeba jeździć nie tylko między szkołami, ale także między miejscowościami. W Finlandii gmina takiemu nauczycielowi kupuje samochód, wyobraża sobie to pani u nas? - pyta retorycznie prof. Śliwerski.
Zgadza się z tym Anna, nauczycielka geografii w woj. świętokrzyskim, która uczy w dwóch szkołach. Zmiany w nauczaniu jej przedmiotów ją cieszą, bo jak mówi, zyska na tym. - Obecnie mam po dwie godziny w klasie piątej i szóstej, a tak będę miała po trzy. Uczę i biologii i geografii i przyrody, więc nie będę musiała się doszkalać – mówi z zadowoleniem. Dla jasności Maciej Rusiecki zaznacza, że w tej walce nie chodzi o zwiększenie pensum. - Tylko o to, że np. czwarta klasa powinna mieć siedem godzin polskiego, a nie pięć, ale pensum powinno pozostać bez zmian. Czyli dalej to będzie 18 godzin, ale nie z trzema klasami, tylko z dwoma. Nauczyciele walczą o to, by zrealizować to czego od nich chcą, a nie o to, by mieć więcej pracy – przypomina.
Ze szkoły na studia
Chętkowski nie ukrywa też, że nieraz szkolne przedmioty są pojmowane jako przybudówka akademii. - Język polski to taka mała polonistyka, a nie o to chodzi - mówi. Kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu, kiedy sporo ludzi wybierało na studiach polonistykę, nauki humanistyczne, to rzeczywiście się przydawało, stąd, jak mówi, język polski był workiem bez dna mieszącym w sobie filozofię, sztukę, gramatykę, ortografię. Polonista potrzebował więc bardzo dużo godzin, żeby to zrealizować. - Ale dzisiaj, kiedy sztuczna inteligencja przejmuje pewne czynności i jest obecna w wielu zawodach humanistycznych, powinniśmy zmienić kurs, znaleźć kompromis i nie uczyć rzeczy, które są przestarzałe i niepotrzebne – mówi. Uważa, że podstawę programową należałoby oczyścić z tych rzeczy także w porozumieniu z przedstawicielami uczniów.
Włodarski przyznaje, że rzeczywiście nieraz nauczyciele nie myślą uczniem tylko przydatnością swojego przedmiotu. - Wyobrażamy sobie przeciętnego ucznia jako potencjalnego studenta naszego przedmiotu. Trzeba pomyśleć globalnie: co on ma umieć, żeby miał czas na to, żeby się mógł nauczyć, żeby mógł odpocząć – mówi Włodarski. Przypomina, że sporo uczniów spędza dziś w szkole nawet osiem, dziewięć godzin dziennie, często do tej szkoły dojeżdżając z innych miejscowości. Potem jeszcze w domu młodzież odrabia lekcje, jak jest przemęczona, to gorzej się uczy. - Gdyby był czas na doświadczenia, ciekawostki, to dzieciaki byłyby bardziej zainteresowane, szybciej przyswajałyby wiedzę, a nauczyciele nie walczyliby tak o godziny – podsumowuje Włodarski.
Stąd Marek Pleśniar za paradoks uważa pomysł edukacji zdrowotnej, która miała w ramach ulepszenia zdrowia uczniów dołożyć im godzinę więcej w szkole. - Mamy tyle przedmiotów jak WF czy biologia, gdzie te treści z edukacji zdrowotnej mogłyby zostać wyłożone. Te tendencje do rozmnażania minut i godzin spędzonych w szkole raczej powinny się spotkać w ramach integracji przedmiotu, a nie dokładania nowego – mówi i apeluje: już więcej godzin nie wymyślajmy. - Zwiększając liczbę godzin, nie uzdrowimy oświaty, to jest nieporozumienie. To tak jakby człowiek chciał się leczyć częstszymi wizytami u lekarza. Na pewno ukoi to jego zbolałą duszę, ale dla wyleczenia nie jest to konieczne – podsumowuje Chętkowski.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET