Dziennik elektroniczny zbawieniem czy zmorą? "Prawdziwa smycz dla rodzica i dziecka"
Paweł do dziennika elektronicznego zagląda zawsze, jak przychodzi powiadomienie. Czyli nawet kilka razy dziennie. Uważa, że syn dzięki temu jest bezpieczniejszy. Dla Jagody e-dziennik jest wręcz zbawieniem, bo od córki niczego by się nie dowiedziała. - To największa zmora dzieci - odpowiada polonista i wylicza: uczniowie nie potrafią już rozmawiać z rodzicami, ci wyręczają ich w szkolnych obowiązkach i wszystko kręci się wokół ocen.
- Bez e-dziennika nauczycielom trudno już sobie wyobrazić pracę. Jak przyznają, porządkuje on komunikację w szkole i ułatwia przepływ informacji z rodzicami.
- Ci sprawdzają powiadomienia nawet kilka razy dziennie. - E dziennik stał się smyczą - przyznają.
- Jakie są wady, a jakie zalety korzystania z dziennika elektronicznego w szkołach?
- Ania dostała właśnie piątkę z wychowania fizycznego – Patryk, tata piątoklasistki z Lublina, przerywa na chwilę pracę, odrywa wzrok od laptopa i zerka na telefon. - Na początku to było wręcz uzależniające. Jak przychodziło powiadomienie, od razu biegłem do telefonu, sprawdzałem i zwracałem uwagę córce, jak było coś nie tak. E-dziennik stał się smyczą – przyznaje. W pewnym momencie powiadomienia pojawiały się tak często, że chciał je wyłączyć. - Ale nie mogę tego zrobić, bo dostajemy tu też wiadomości od nauczycieli w sprawie wycieczek, zebrań czy zastępstw – mówi.
Dziennik elektroniczny nie jest obowiązkowy, ale stał się już pewną oczywistością. Ministerstwo Edukacji Narodowej zezwoliło szkołom na prowadzenie takiej formy dokumentacji w 2009 roku, ale na początku z takiego rozwiązania korzystał niewielki odsetek podstawówek czy liceów. Większość przestawiła się na e-dziennik ok. 10 lat temu – przez jeden rok pracując w systemie podwójnym, z papierowym i cyfrowym dziennikiem. Przez ostatnie lata zmienił się sposób jego używania, zmieniła się szkoła, a także dzieci i rodzice. Dziś e-dziennik to dla nich zmora czy wybawienie?
E-dziennik nie tylko z ocenami
Jacek Kaczor, dyrektor I LO w Krakowie, pamięta, jak na początku panowało przekonanie, że będzie to pewnego rodzaju gadżet, zabawka komputerowa pozwalająca rodzicom na sprawdzenie oceny dziecka. Dyrektor już wtedy zaznaczał, że jest to ważna funkcja dziennika, ale tylko poboczna. - Dzisiaj e-dzienniki to całe systemy komputerowe, które porządkują pracę szkoły, zwłaszcza jeśli są to duże placówki. U nas np. jest 850 uczniów – mówi.
Za pierwszy przykład z brzegu podaje analizowanie danych. W dzienniku papierowym wychowawca zliczał i uzupełniał ręcznie średnie ocen w pionie, w poziomie, procenty nieobecności. Potem dyrektor musiał sprawdzić dziennik każdej klasy kartka po kartce. - Po kilku godzinach pracy mogliśmy dopiero odkryć, że w dzienniku danej klasy gdzieś jest nieuzupełniony temat, obecność, że gdzieś coś trzeba poprawić. Dzisiaj w kilkanaście sekund możemy to zrobić dla całej szkoły, a wszelkie zestawienia mamy jednym kliknięciem – mówi.
Choć oczywiście, jak zaznacza, napotyka nieraz na problem hiperpoprawności, tzn. więcej czasu poświęca za to na poprawianie rzeczy, które papier by przyjął. Np. gdy część uczniów z grupy międzyoddziałowej jedzie na wycieczkę klasową, to dziennik elektroniczny natychmiast wyrzuca problem nieobecności, w papierowym niczego takiego by nie było. - Ale e-dziennik jest bardzo potrzebny – nie ma wątpliwości Bogumiła Cichacz, dyrektorka SP nr 70 w Łodzi. Jak mówi, dzięki temu szkoły idą z duchem czasu, a wręcz go wyprzedziły. Ma tu na myśli pandemię i lekcje zdalne. Nie wyobraża sobie, jak wtedy wyglądałaby i tak trudna praca, gdyby nie było dziennika elektronicznego.
W tym narzędziu dyrektorka ceni sobie przede wszystkim szybkość wymiany informacji z rodzicami. - Nauczyciel jeśli chciałby błyskawicznie przekazać komunikat rodzicowi, to może to zrobić, ma do tego narzędzie. To nie znaczy, że komunikaty są zawsze odczytywane, ale jednak jest większe prawdopodobieństwo, że rodzic zareaguje na informację, która jest mu wysłana Librusem – mówi Cichacz.
"Zbawienie! Inaczej dzieci nic nie mówią"
Jagodę, nauczycielkę matematyki z Łodzi, oprócz lepszego przepływu informacji i dostępu do nich w dowolnym czasie, cieszy też to, że dzięki kontaktowi przez e-dziennik rodzice rzadziej przychodzą do szkoły, co ułatwia pracę. - W ważnych sprawach umawiamy się na spotkanie na żywo, ale nieraz rodzic chce zapytać, co można zrobić, żeby dziecko np. poprawiło sprawdzian. To nie jest sytuacja wymagająca wizyty w szkole. Łatwiej mi jest w wolnej chwili odpisać na taką wiadomość, opisać problem, niż umówić się z rodzicem na konkretny termin. Nieraz nagle może mi coś wypaść i niestety nie mogę poświęcić tyle czasu rodzicowi, ile bym chciała - opowiada.
Przez e-dziennik zresztą rodzice mogą się też zapisywać na konsultacje. - Mamy sporo uczniów spoza Krakowa, więc to też duży plus dla rodziców, którzy mają daleko do szkoły dziecka. Przez dziennik elektroniczny mogą ustalić termin spotkania, a potem połączyć się online z nauczycielem – dodaje Jacek Kaczor. Uczniowie z kolei widzą, kiedy mają sprawdzian albo poprawę, a nauczyciel - kiedy są sprawdziany z innych przedmiotów. - Kiedy w weekend sprawdzam klasówki i wpisuję oceny, to w poniedziałek wiadomo już, o co mnie zapytać. Młodzież jest przygotowana na to, że coś będzie musiała poprawić – wyjaśnia matematyczka. - Komunikacja z rodzicami, zapisy na konsultacje, terminarz sprawdzianów, ale też zastępstwa, informacje o wycieczkach - to wszystko bardzo ważne informacje, które są w e-dzienniku – podsumowuje Jacek Kaczor.
Jagoda patrzy też pozytywnie na dziennik elektroniczny z perspektywy rodzica. - To jest dla nas zbawienie, inaczej od córki niczego bym się nie dowiedziała. Dzieciaki bardzo mało informacji przekazują rodzicom, a tym bardziej rzetelnych informacji – stwierdza i podaje przykład: - Córka, czwartoklasistka, mówi, że pani od historii zapowiedziała kartkówkę. Pytam, na kiedy trzeba się przygotować i słyszę odpowiedź: „nie wiem, nie pamiętam, mam nadzieję, że pani wpisze do librusa.”
To dzięki e-dziennikowi Jagoda wie, jaki materiał córka ma powtórzyć i jest na bieżąco ze wszystkim. - Oczywiście pani mogłaby poprosić o zanotowanie informacji o sprawdzianie w zeszytach, ale to nie działa – stwierdza od razu Jagoda. Gdy swoje klasy prosi o zanotowanie czy zapamiętanie czegoś, najczęściej słyszy: „a mogłaby pani wpisać to do librusa?” - Poziom koncentracji i uwagi u dzieci jest bardzo niski – stwierdza. Można by więc powiedzieć, że e-dziennik jeszcze bardziej rozleniwia uczniów, choć Jagoda woli używać sformułowania, że daje im więcej swobody.
E-dziennik. Bezpieczeństwo czy nadopiekuńczość?
Paweł, tata 10-letniego Kuby spod Gdańska, przyznaje, że trochę współczuje dzieciom kontroli wynikającej z e-dziennika, ale jego zdaniem bezwzględnie poprawia to bezpieczeństwo. - Wszystkie informację dostajemy na bieżąco. Dzięki powiadomieniom wiem o każdej ocenie, dowiedziałbym się też, gdyby Kuba poszedł na wagary. No i dzięki Librusowi mogę pogratulować synkowi dobrej oceny, wysyłając mu wiadomość na zegarek – wylicza. Do dziennika elektronicznego zagląda zawsze, jak przychodzi powiadomienie. Czyli nawet kilka razy dziennie.
Wszystko to, co wymieniła Jagoda i Paweł jako plusy e-dziennika, Bartłomiej, polonista z Łodzi, zapisałby po stronie minusów. O dzienniku elektronicznym mówi wręcz: „największa zmora dzieci, jaką mogliśmy im stworzyć.” Po pierwsze sprawia on, że szkoła jest pogrążona w ocenozie. - Dzieci są nieustannie kontrolowane pod względem ocen. Wszystko kręci się wokół tego. Na wywiadówce też przekazywaliśmy informację o ocenach, ale były one od razu omawiane. Można było porozmawiać z nauczycielem, z wychowawcą, z czego one wynikają, pokazać szerszy kontekst – wyjaśnia polonista.
Jego zdaniem system, który wprowadzono wraz z dziennikiem elektronicznym sprawił, że dzieci są coraz mniej inteligentne emocjonalnie, nie potrafią radzić sobie w trudnych sytuacjach, z komunikowaniem się w sprawie ocen. - Dzieci zatraciły coś takiego, co nazywam pozytywnym cwaniactwem. Kiedyś gdy dostało się jedynkę, można było odpowiednio przygotować na to rodzica. Można było ułożyć całą narrację do tego, poczekać, aż się dostanie piątkę i przykryć tym samym złą ocenę albo chociaż posprzątać w domu i w ten sposób zaplusować. Przede wszystkim jednak to dziecko informowało mamę czy tatę o ocenie. Musiało więc umieć rozmawiać ze swoimi rodzicami. Dzisiaj tego nie ma. Dzisiaj to rodzic informuje ucznia: „dostałeś dwóję, czwórkę”. I najczęściej pojawia się od razu pytanie: „a dlaczego nie czwórkę, piątkę?” - opowiada polonista.
Patryk przyznaje, że rzeczywiście nieraz czy o dobrej, czy o złej ocenie córki wie pierwszy. - Dziś np. z polskiego pani sprawdzała kartkówki na lekcji. Od razu wpisywała oceny i pokazywała je klasie, więc Ania widziała ocenę, a ja dostałem powiadomienie na Librusie. Ale np. z matematyki nauczyciel czasem sprawdza w niedzielę wieczorem klasówki i wtedy wpisuje oceny, czyli ja wiem przed Anią – opowiada. Ostatnio nawet wkręcał córkę, że słabo poszedł jej sprawdzian z matematyki, bo Patryk widział już w Librusie, że Ania dostała piątkę, a nauczyciel jeszcze nie rozdał kartkówek klasie. - Z tą niedzielą to jednak wkurzające, bo już nie chcę w niedzielne popołudnie tego wiedzieć – dodaje Patryk.
Jagoda od razu tu wyjaśnia, że gdy nauczyciel wstawia ocenę, to z automatu widzi to i uczeń, i rodzic – każdy ma swoje konto, tylko z nieco innymi funkcjami (rodzic ma np. uprawienia do usprawiedliwiania nieobecności). - Ale np. córka w ogóle nie korzysta ze swojego konta. Dla większości moich uczniów obsługa wiadomości w e-dzienniku również nie jest czymś naturalnym – przyznaje matematyczka.
E-dziennik. Smycz dla rodziców
Z e-dziennika korzystają więc głównie rodzice. I to czasem - pod pretekstem dbania o bezpieczeństwo i komunikację ze szkołą – nadmiernie. Nadopiekuńczość, z którą ostatnie pokolenia rodziców mają ewidentny problem, w e-dzienniku widać jak nigdzie indziej.
Gabriela Olszowska, Małopolska Kurator Oświaty, pamięta, jak kiedyś sprawdzając obecność, pomyliła się w e-dzienniku i zaznaczyła jednemu chłopcu nieobecność. - Jeszcze nie przeszłam do kolejnego nazwiska, a już chłopiec zgłasza się i mówi: „proszę mi poprawić obecność, bo mama się pyta, gdzie jestem” – wspominała kuratorka w rozmowie z RadioZET.pl. Nie jest to czymś odosobnionym, bo także Bogumiła Cichacz w swojej szkole nieraz miała takie przypadki. - Ale gratulujemy czujności rodzicom i cieszymy się, że zaglądają do dziennika – komentuje.
Jacek Kaczor przyznaje, że i w liceum takie telefony od mamy czy taty się zdarzają, głównie jednak w pierwszych klasach, kiedy rodzice mają jeszcze nieodciętą pępowinę. - Wiele kobiet opowiada, jak pracuje przy komputerze w biurze, a obok cały czas otworzony ma dziennik elektroniczny i dziecko na podglądzie. To prawdziwa smycz dla mamy i jej dziecka. Ona nie chce źle, ale nie potrafi się rozdzielić, rozłączyć – stwierdza kuratorka oświaty.
Anna, mama licealistki ze świętokrzyskiego, widzi codziennie takie obrazki w pracy. Koleżanki z pokoju, gdy tylko zadzwoni telefon, od razu po niego sięgają, sprawdzają oceny, komentują je między sobą i nieraz od razu piszą do nauczyciela pytanie o możliwość poprawy. Sama, jak mówi, jest starej daty, na wywiadówki chodzi, ale z dziennika elektronicznego nie korzysta. - Nie zainstalowałam aplikacji w telefonie, bo wiem, że i tak bym z niej nie korzystała. Nie mam tego nawyku. Tak samo jak nie uczestniczę w rodzicielskich grupach na portalach społecznościowych, a słyszę od znajomych, że tam to dopiero rodzice komentują oceny, pytają za dzieci, co zrobić itd. - opowiada.
Rodzic prosi o ocenę
To też zresztą znak czasów. Pytania o możliwość poprawy oceny piszą rodzice, a nie uczniowie. W podstawówce często to oni wychodzą z taką inicjatywą, w liceach – głównie w pierwszych klasach. Jeśli uczniowie chcą coś poprawić, to rozmawiają o tym jednak na żywo z nauczycielem. - Dlatego, szczególnie po pandemii, zaczęliśmy mocno kierować do rodziców taki komunikat: „dziecko musi stać się samodzielne, nie załatwiajmy wszystkiego za własne dziecko, bo za cztery lata wyjdzie z tej szkoły jako osoba, która w metryce ma pełnoletność i która powinna samodzielnie funkcjonować w życiu” – opowiada dyrektor I LO w Krakowie.
Nie ukrywa jednak, że rodzice nieraz nadużywają kontaktu przez e-dziennik. - Czasami ktoś z rodziców nie zauważa, że dziennik elektroniczny to nie są media społecznościowe i że nauczyciel przede wszystkim w ciągu dnia prowadzi lekcje. Nie ma czasu sprawdzać wiadomości. Nawet jak je otworzy i przeczyta, to nie ma czasu odpisać - zaznacza. Sam jako dyrektor ma lekcje tylko dwa razy w tygodniu. Zdarza się więc, że do e-dziennika przez kilka dni nie zagląda. Jako dyrektor musi jeszcze obsługiwać w szkole e-doręczenia, e-pułap, mail. Wciąż uczy tego rodziców. - To jest tak jak z posiadaniem numeru telefonu do wychowawcy. Można go mieć i trzymać na wszelki wypadek, ale niektórzy nie potrafią wyczuć tej granicy i dzwonią bez poważnej przyczyny – porównuje.
Również w SP nr 70 cały czas dyrektorka uświadamia rodziców, że szkolna kadra nie pracuje przez całą dobę i prosi, by nie wysyłali oni wiadomości późnym wieczorem czy w weekendy. Wciąż niektórzy o tym zapominają. W I LO na spotkaniach z rodzicami nauczyciele podkreślają też, że dziennik jest dokumentem urzędowym, więc trzeba się pilnować, co tam jest napisane. Zarówno pod kątem treści, jak i formy. Niektórzy bowiem pozwalają sobie na mało kulturalne określenia typu: „nauczyciel jest intelektualnie zaburzony”, albo „nadaje się do leczenia psychiatrycznego”. Jolanta Gajęcka, dyrektorka SP nr 2 w Krakowie, widziała takie wiadomości od rodziców w dzienniku elektronicznym.
- Zatraciliśmy zdolność zastanowienia się nad tym, co robimy, nie dajemy sobie chwili na ochłonięcie. Od razu wielu ludzi chwyta za telefon i opisuje, co go spotkało, nie przebierając przy tym w słowach – komentuje. Przed dziennikami elektronicznymi gdy rodzicowi coś się nie spodobało, albo miał jakieś uwagi do pracy nauczyciela, zanim przyszedł do szkoły, by o tym porozmawiać, pierwsze nerwy już mijały.
Uwolnić się od e-dziennika
Inaczej też wygląda komunikacja twarzą w twarz. Przekaz w formie pisanej łatwo zgubić. - Zatracamy umiejętność precyzyjnego wysławiania się w piśmie, jak z interpretacją wiersza na maturze – stwierdza Jacek Kaczor. Przyznaje, że nieraz dopiero na żywo nauczyciele dowiadują się, co rodzic chciał im przekazać.
- Dlatego bardzo cenimy sobie kontakt osobisty. Jeśli sprawa jest trudniejsza, to zdecydowanie prosimy, żeby rodzic przyszedł do szkoły, mamy wtedy zarówno przekaz werbalny jak i pozawerbalny – podkreśla. Niektóre systemy odpowiadają w pewnym sensie na te problemy. Tzn. aplikacja na telefonie nie ma wszystkich funkcji, albo są one płatne. Żeby więc np. napisać do nauczyciela, trzeba się zalogować przez stronę.
Patryk stara się do powiadomień podchodzić już na spokojnie. Nie zwraca aż tak uwagi na oceny, uznał, że nie są one najważniejsze. Wciąż trudno jednak nie odczytać mu powiadomienia z Librusa, dlatego wolałby, żeby powiadomienia z ocenami przychodziły np. raz w tygodniu czy raz na dwa tygodnie. Na to receptę ma Anna. - Mąż raz w miesiącu, jak płaci rachunki, loguje się też do e-dziennika na komputerze i przegląda oceny córki. Jeśli coś jest nie tak, rozmawiamy o tym – opowiada.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET