Wyprawka szkolna nie musi być droga. Małopolska Kurator Oświaty: "Rodzice nawzajem się nakręcają"
- Z jednej strony leczymy kompleksy, z drugiej strony reklamy mocno na nas oddziałują. Rodzice są wpędzani w poczucie winy, ale też nieraz mają ambicje, żeby dziecko miało piękne, nowe, firmowe rzeczy. Sami nawzajem się nakręcają - o tym, czy wyprawka szkolna musi tyle kosztować, w rozmowie z RadioZET.pl opowiada Gabriela Olszowska, Małopolska Kurator Oświaty.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Które artykuły szkolne można ponownie wykorzystać, a które nie są niezbędne.
- Co można zrobić, aby ograniczać zakupy szkolnych przyborów.
- Czego mogą nauczyć się dzieci, kupując z rodzicami wyprawkę szkolną.
"Za dwa tygodnie początek roku szkolnego. Rodzice kupują ogromne ilości rzeczy, które według mnie nie są zawsze potrzebne. Piórnik z roku ubiegłego jest nadal dobrym piórnikiem. Okładki na zeszyty można przełożyć - to żaden wstyd.Dziecko niech się uczy gospodarowania i oszczędności, niech uczestniczy w czyszczeniu plecaka itp. (...) Z sympatii i szacunku dla cudzych pieniędzy, które można wydać na wycieczkę." - tak rok temu przed początkiem roku szkolnego apelowała do rodziców Gabriela Olszowska, Małopolska Kuratorka Oświaty.
Apel wydaje się aktualny także w tym roku. Reklamy i promocje atakują rodziców i uczniów z każdej strony. Czego dziecko może nauczyć się, kompletując przybory szkolne, czy naprawdę trzeba tyle kupować i czy wyprawka musi być droga?
Aleksandra Pucułek: Widziała pani gazetkę reklamową, np. z Biedronki?
Gabriela Olszowska, Małopolska Kurator Oświaty: - Nie widziałam, ale przechodziłam pomiędzy regałami w jednym z marketów. Aż oczy się śmieją. Zwłaszcza, że rozmawia pani z dzieckiem PRL-u. W młodości cieszyliśmy się każdą zdobytą chińską pachnącą gumką do ścierania, czy ołówkiem, by nie marzyć o piórach. Pamiętam kolejki do sklepów papierniczych. A co jest w tej gazetce?
Gazetka to chyba nawet złe określenie, bo jest tak gruba, że bardziej przypomina książkę. Większość stron to kolorowe obrazki tornistrów, piórników, kredek...
- I kusi, prawda?
Oj kusi. Kolega opowiadał, że jego córka po przejrzeniu tej książko-gazetki stwierdziła, że chyba jednak będzie potrzebować nowego tornistra, chociaż nie był on na liście zakupów, bo dopiero co jej kupowali.
- Nie jestem specjalistką od marketingu, ale jako polonistka przypatrywałam się pewnym mechanizmom. Takie reklamy są skierowane nie tylko do dziecka, które potem oddziałuje na mamę czy tatę, ale także do samego rodzica. Apelują one do poczucia braku spełnienia, ale również do tego, żeby być dobrym rodzicem.
Od jednej z mam przy okazji rozmów o wyprawce usłyszałam: „ja tego nie miałam, to moja córka niech ma”.
- To jest właśnie wpędzanie w poczucie winy. Nie dziwię się tej mamie, absolutnie ją rozumiem, ale ponieważ ona sobie to uświadomiła, to dla dobra dziecka warto się powstrzymać, nie kupować wszystkiego.
Jak przekonać, że „piórnik z roku ubiegłego jest nadal dobrym piórnikiem”. Że okładki można przełożyć - to żaden wstyd. Niedokończony zeszyt można zużyć, składając kartkę w środku.” Tak zalecała pani w ubiegłoroczne wakacje, przed początkiem roku szkolnego na Facebooku. Apel jest wciąż aktualny. Jak przekonać do niego rodziców i dzieci?
- Warto z dzieckiem porozmawiać i uczciwie powiedzieć, np. "nie możemy w tym roku tego i tego kupić", bo są takie rodziny. Albo powiedzmy: "możemy kupić te rzeczy, tylko czy musimy, czy ich potrzebujemy? Będziesz kiedyś w dorosłym życiu sama albo sam rządzić pieniędzmi w swoim domu, w związku z tym sprawdźmy wszystko". To może być kapitalna lekcja wychowawcza, lekcja odpowiedzialności za domowy budżet. Jestem za tym, żeby dziecko wprowadzić w finanse, pokazać rachunek, ceny. Jak syn czy córka jest w piątej, siódmej klasie, świetnie się o tym rozmawia.
Teraz dużo się mówi o potrzebie sprawczości. Nie do końca lubię to słowo, ale właśnie na tym to polega: mam wpływ, decyduję i kupuję, to czego rzeczywiście potrzebuję, a nie to, co oferują i wciskają mi sklepy. Ten sam mechanizm działa zresztą w innych branżach. Mamy nadprodukcje ubrań. Kiedyś były sukienki czy spodnie przechodnie.
Gdy się coś podarło – cerowało się. Gdy się zepsuło, naprawiało się.
- To kolejna lekcja: odpowiadaj za rzeczy, które masz. Pamiętam stosy przedmiotów na ławkach, które wykładałam, gdy rodzice przychodzili na wywiadówkę. Mamy odnajdywały tam dresy, buty, które ktoś „ukradł” dziecku. Zdarzało się, że na dnie plecaka, w tzw. czarnej strefie, jak zwykłam o tym mówić, rodzice odnajdywali nożyczki, kleje, gumki, które rzekomo dzieci zgubiły.
Mój mąż, który też pracuje w szkole, opowiadał, że dziś liczba pozostawionych koszulek, sportowych butów, po które nikt się nie zgłasza, poraża. Nagminnie dzień w dzień znajdują po pięć bidonów na wodę. Wszystkie te przedmioty stają się przedmiotami jednorazowego użytku.
Dziecko zgubi, nie musi się przejmować, bo rodzic za chwilę kupi nowe. Tak samo dzieje się z zabawkami. Po chwili zabawy są zniszczone. Dzieci nie są nauczone szanowania rzeczy, bo mają ich mnóstwo.
- To jest też dowód na to, że się bogacimy. I świetnie, że tak się dzieje, ale zawsze powtarzałam: oszczędzają bogaci, nam się też opłaci. Rozsądne zaplanowanie zakupów to nie tylko szacunek do rodzinnego budżetu, ale też nasz wyraz tego, że nie zgadzamy się na nadprodukcję rzeczy. Jeżeli coś nie będzie schodziło, czyli nie będzie popytu, to będziemy ograniczać podaż.
Ten nadmiar nas zamęcza. Mamy złe nawyki. Z jednej strony leczymy kompleksy, z drugiej strony reklamy mocno na nas oddziałują. Sama się na to nabieram, ale rodzice też nawzajem się nakręcają. Są wpędzani w poczucie winy, ale też nieraz mają ambicje, żeby dziecko miało piękne, nowe, firmowe rzeczy, żeby się pokazać. A wystarczyłoby całe i czyste ubranie. Albo spójrzmy na komplety kredek: 50 sztuk, pięć odcieni niebieskiego. 10 sztuk kredek z dwoma odcieniami niebieskiego są równie świetnie.
Gabriela Olszowska, Małopolska Kurator Oświaty
Jakie ciekawe lekcje wychowawcze mogłyby powstać o tym, jak zgromadzić, jak przygotować warsztat pracy ucznia. Dobrze byłoby też gdyby rodzice ze sobą porozmawiali na zebraniu, żeby się nawzajem nie nakręcać, bo te pieniądze można wydać na coś innego. Jeśli jedna mama się uprze, co się często zdarza, to trzeba jej zdanie uszanować, ale warto porozmawiać.
To co w takim razie trzeba kupić, a czego nie warto? Kredki mamy już na tej drugiej liście.
- Na pewno radziłabym rodzicom, by nie kupowali rzeczy za wcześnie, w sierpniu. Warto porozmawiać z nauczycielem na początku roku szkolnego, co będzie naprawdę potrzebne, czy np. można kontynuować zeszyt. Nieraz sama ogłaszałam: :składamy kartkę w strzałkę, piszemy np. „V klasa” i nie potrzebujemy nowego zeszytu". Nie warto kupować też stukartkowego, bo potem to trzeba dźwigać. A propos kartek, zawsze prosiłam też uczniów, żeby powycinali czyste kartki z zeszytów i schowali u mnie w szufladzie. Gdy klasa potrzebowała ich, bo na brudno coś robiliśmy albo jako podkładki, to otwierałam szufladę i wykładałam cały stos. Sama zresztą do tej pory wycinam strony z kalendarza.
Nieraz prosiłam też dzieci, żeby przyniosły stare kredki nie od kompletu. Wkładały je do specjalnego pudełka i jak mieliśmy rysowanie, to stawiałam na środku. Nie wykorzystaliśmy wszystkich ich przez pięć lat. Na biurku stała też filiżanka pełna długopisów z odzysku. Jeśli ktoś zgubił, mógł skorzystać.
Wiem, że książki w podstawówkach są dziś darmowe. Dostaje się je z biblioteki szkolnej, ale one mogą służyć trzem, czterem kolejnym osobom, więc warto o nie zadbać, obłożyć. Ale okładki z poprzedniego roku najczęściej są dobre. Wystarczy, żeby dziecko je umyło.
To niesamowite jak nieraz influencerzy, blogerzy zakręceni na punkcie eko opisują takie zachowania jako coś wow, nowego, jakby sami to odkryli. A kiedyś takie metody, sposoby były naturalne i powszechne.
- Mam to w nawyku, zanim coś wyrzucę, to się zastanowię. Bardzo imponują mi też Skandynawowie, jeżeli chodzi o minimalizm. Mam tak samo.
Na pewno, jak dziecko nalega i o coś prosi, to trzeba z nim porozmawiać, spytać, dlaczego mu na tym tak zależy. Z kompletowania wyprawki możemy zrobić lekcję gospodarności, szacunku do rzeczy, do pieniądza i do tego, który tym pieniądzem gospodaruje, czyli do rodzica. Dziecko w ten sposób przejmuje kawałek odpowiedzialności za rodzinny budżet.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET