`

Zmiany w szkołach. Odeszli od 45-minutowych lekcji i ocen cyfrowych. Efekt?

9 min. czytania
21.07.2025 10:08
Obserwuj nas na Google

- Zależało nam na tym, żeby pokazać uczniowi, że ma wpływ na to, w jaki sposób i czego się uczy, że ocena o niczym nie świadczy, że nauka może być świetną przygodą. I to się udaje. Choć niestety niektóre pomysły musieliśmy wyhamować. Brutalnie zmusiła nas do tego rzeczywistość - o rewolucyjnych zmianach w szkołach w Wodzisławiu Śląskim w rozmowie z RadioZET.pl opowiada Izabela Kalinowska, wiceprezydentka miasta.

Szkoła
fot. Pawel Wodzynski/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego zdecydowano się na ocenianie kształtujące zamiast cyfrowego.
  • Co sprawiło, że niektóre plany musiały zostać ograniczone.
  • Które zmiany w edukacji cieszą się poparciem rodziców i uczniów.

Wodzisław Śląski w 2022 roku przyjął strategię zmian w edukacji. Od tego momentu pracowano nad tym, by odejść od ocen cyfrowych na rzecz oceniania kształtującego. Starano się także zrezygnować z 45-minutowych lekcji i w zamian wprowadzić zajęcia blokowe, a jeden dzień w tygodniu poświęcić na wyjazdy i naukę poza szkołą. Sprawdziliśmy, jak zmiany w szkołach wpłynęły na uczniów, rodziców i nauczycieli i czy zostaną z nimi na dłużej.

Aleksandra Pucułek: Rewolucja w szkołach, krótki eksperyment, czy zmiana, która zostanie z nami na dłużej?

Izabela Kalinowska, zastępczyni prezydenta miasta Wodzisławia Śląskiego: - Zmiana na lata. Mimo że musieliśmy ją lekko wyhamować, bo niestety sytuacja finansowa w oświacie nie na wszystko nam pozwala, ale strategia, którą radni przyjęli w 2022 roku, ma być początkiem zmian w naszej oświacie.

Zanim przejdziemy do bieżącej sytuacji, to jeszcze chciałam się cofnąć do 2022 roku. W ramach wspomnianej strategii oświaty zapowiadaliście w Wodzisławiu Śląskim m.in. odejście od 45-minutowych lekcji, ocen cyfrowych, czterodniowy tydzień nauki plus dzień poświęcony na działania projektowe, nacisk na nauki ścisłe, ograniczenie testów kartkówek. Kto wyszedł z taką inicjatywą? Jak to się zaczęło?

- Wiedzieliśmy, że dzieci postrzegają szkołę jako miejsce, gdzie muszą przyjść i uczyć się czegoś, co – ich zdaniem - niekoniecznie przyda im się w życiu. Chcieliśmy więc im pokazać, w jaki sposób można się uczyć i tę wiedzę wykorzystywać. Chodziło nam też o to, by przekształcić szkołę tradycyjną, opartą o tzw. model pruski, w szkołę nowoczesną. Do tego badania pokazały, że mamy duży procent dzieci z depresją. Trzeba było więc szybko zadziałać, żeby szkoła nie była dla nich traumatycznym przeżyciem. Poza tym wcześniej w Wodzisławiu mieliśmy już strategię, która mocno kładła nacisk na kreatywność, kompetencje miękkie uczniów.

W jaki sposób się to odbywało?

- M.in. wprowadziliśmy obligatoryjną naukę gry w szachy. Uczniowie brali też udział w konkursie kreatywności Destination Imagination. Wygrali w polskiej edycji i wyjechali potem na tego typu konkurs do Chin. Ta pierwsza strategia została bardzo dobrze przyjęta.

Kolejna strategia idzie dalej.

- Tak, zdecydowaliśmy się na kolejny duży krok. W ramach nowej strategii udało nam się m.in. przekonać dyrektorów do oceniania kształtującego. Zresztą oni sami wiedzieli, że oceny opisujące umiejętności dziecka lepiej się sprawdzają niż cyferki i konkurs, kto ma lepszą ocenę, świadectwo. Jednostkowa ocena – trójka, czwórka - nie pokazuje wprost, na ile się nauczyłeś, co umiesz, czego nie umiesz. Uczeń się cieszył, że ma zaliczone i biegł dalej. Nam nie tylko zależało na tym, żeby się uczył, zaliczył, ale chcieliśmy, żeby widział wartość uczenia się. A ocenianie kształtujące pokazuje dzieciom, ale też rodzicom, że np. świetnie uczeń opanował dany materiał, tę umiejętność, ale jeszcze musi popracować nad czymś innym. Czegoś nie lubi, nie potrafi opanować w stopniu perfekcyjnym? To wcale nie jest złe, nie musi mieć piątek ze wszystkiego. Może mieć wpływ na to, co robi.

Założenia piękne, ale nie wierzę, że poszło tak gładko i nie było obaw, sprzeciwów.

- Nie ukrywam, że to była trudna praca, bo trzeba było przekonać zarówno nauczycieli, jak i rodziców. Wiadomo, że u szkolnej kadry działało przyzwyczajenie do tradycyjnego oceniania. Zdecydowanie łatwiej jest postawić trójkę czy czwórkę niż przygotować opis umiejętności ucznia. Inaczej też wtedy prowadzi się lekcje, bo na początku zajęć pokazuje się uczniowi, czego się będziemy uczyć, co po tej lekcji powinien wiedzieć itd.

Redakcja poleca

Dlatego w każdej szkole robiliśmy szkolenia dla nauczycieli, i w dalszym ciągu robimy, jeżeli chodzi o ocenianie kształtujące. Z rodzicami odbyliśmy masę spotkań, żeby pokazać im wartość dodaną tego pomysłu, żeby im wytłumaczyć, że nie jest potrzebna piętnasta ocena z kartkówki czy z odpytania, bo to niczego nie zmienia. Akurat w tym aspekcie wspiera nas teraz polityka rządowa, która idzie w kierunku zastępowania stopni chęcią zdobywania wiedzy i samooceniania się ucznia.

Od szkół, które starały się wprowadzić taki system, słyszałam, że największy opór był ze strony rodziców. Bo z jednej strony powtarzają dziecku: „uczysz się dla siebie, nie dla oceny”, ale potem koniec końców pytają o ocenę z klasówki.

- To prawda, w rozmowach z rodzicami zawsze padało na końcu zdanie: „no dobrze, pani opisze wszystko, ale na ile syn czy córka tak naprawdę to umie?”. Jednak w tej chwili już po kilku latach działania takiego systemu rodzice, którzy mają dziecko od pierwszej klasy prowadzone tą metodą, już nie chcieliby normalnych ocen. Znają tylko ten sposób i widzą jego pozytywy.

Te zmiany weszły do szkół od września 2023 roku w Wodzisławiu Śląskim. W jakich klasach i szkołach?

- Przyjęliśmy założenie, że strategia idzie w jednakowym tempie we wszystkich prowadzonych przez nas szkołach od początku cyklu kształcenia. Dlatego zaczęliśmy od klas pierwszych w 13 naszych podstawówkach. Do tej pory dzieci idą tym trybem, także w starszych klasach. Pilotażowo w 2023 roku wprowadziliśmy w jednej szkole ocenianie kształtujące w klasie czwartej i piątej, bo tam nauczyciele pracowali tą metodą już wcześniej, więc ją znali.

Jednocześnie zaznaczyliśmy, że tak długo jak dyrektor z radą pedagogiczną nie uznają, że są przygotowani do nowego sposobu oceniania, tak długo nie będzie ono stosowane, bo zamiast pomóc by zaszkodziło. Poza tym nie mogliśmy zupełnie zafundować dzieciom czegoś, co wyrwie ich z systemu, który funkcjonuje w całej Polsce. Dlatego z najważniejszych części materiału nauczyciel ma prawo postawić dwie, trzy oceny cyfrowe w ciągu roku. Dzięki temu uczeń, który przychodzi do nas z innego miasta, albo przenosi się do innego miasta, nie przeżywa szoku kulturowego. Zgodnie z przepisami na świadectwach uczniowie też mają oceny w formie cyfr.

Zaproponowali też państwo odejście od 45-minutowych lekcji, dzień projektowy, ograniczenie testów i kartkówek. Jak to udało się zrealizować?

- Ograniczenie testów i kartkówek to było ogólne zalecenie dla dyrektorów i w to nie ingerujemy. Ale regularnie spotykam się z uczniami na tzw. forum uczniowskim i nie słyszę od nich skarg, że jest za dużo testów. W jeden dzień w tygodniu, niekoniecznie musiał to być piątek, nauczyciele prowadzili zajęcia blokowo, nie w ramach 45-minutowych lekcji. Dzieci wtedy wyjeżdżały poza szkołę, nieraz poza miasto do różnych jednostek naukowych, przyrodniczych i tam się uczyły. Np. w naszym Centrum Nauki Techniki i Sztuki uczniowie mogą realizować blok matematyczno-przyrodniczy, są tam świetnie wyposażone pracownie mechatroniki, chemiczne.

Redakcja poleca

Uczniowie często nazywali to wycieczką, więc musieliśmy tłumaczyć im, rodzicom, że to nie są wycieczki, tylko normalne zajęcia, ale zblokowane, poza szkołą. Tam dzieci mogły pracować metodą projektu, bo miały odpowiednie pracowanie do tego. Przeprowadziliśmy też dosyć dużo szkoleń dla nauczycieli, jeżeli chodzi o taką metodę pracy. To wszystko kontynuujemy, choć niestety niektóre pomysły, zmiany musieliśmy wyhamować. Brutalnie zmusiła nas do tego rzeczywistość. Natomiast na pewno nie robimy kroku wstecz i cały czas tę strategię realizujemy.

Jakie zmiany trzeba było ograniczyć?

- Te, w których są potrzebne duże pieniądze. Np. transformacja cyfrowa, którą również zakładaliśmy, bo chcieliśmy wyposażyć wszystkie szkoły w nowoczesny sprzęt, okazała się zbyt kosztowna. Musieliśmy zrezygnować z autobusu oświatowego, którym uczniowie wyjeżdżali na zajęcia tak zwanego piątego dnia. Ale jeżeli są to wyjazdy bliższe na terenie miasta albo naszego powiatu, to pieniądze na to mamy i takie wyjazdy wciąż mogą być organizowane. Ze względu na to, że mamy coraz mniej dzieci w szkołach - i u nas to jest naprawdę dosyć duży spadek - to wyjazd i robienie lekcji blokowych jest jednak coraz trudniejszy.

Czyli nie tylko pieniądze, ale także niż demograficzny ma tutaj spore znaczenie.

- Tak, wyjazdy, zajęcia blokowe są możliwe tylko wtedy, kiedy dyrektor jest w stanie tak ułożyć plan lekcji, żeby uczniowie pod opieką dwóch, trzech nauczycieli mogli wyjechać na cały dzień. W momencie, kiedy mamy dosyć dużą sieć szkół w mieście ze zmniejszającą się liczbą uczniów, zaczynają nam się tworzyć pojedyncze klasy w poziomie, czyli mamy np. jedną klasę pierwszą w całej szkole. Wtedy rzeczywiście mamy trudności w zastępowaniu nauczycieli, bo jest ich mniej i pracują zazwyczaj w kilku szkołach, żeby uzbierać etat. Dopominamy się o to, żeby rząd dał samorządom możliwość łączenia szkół tego samego rodzaju, bo sieć szkół, jak widać, ma przełożenie na organizację życia szkolnego.

Ale przez to, że jest coraz mniej uczniów, to klasy też są mniej liczne.

- Rzeczywiście są klasy, które liczą po 12-16 osób.

Czyli siłą rzeczy robi nam się pożądana dziś indywidualizacja zajęć.

- Trochę tak, ale wielu nauczycieli twierdzi, że optimum to około 20-22 uczniów w klasie, bo wtedy można najlepiej prowadzić zajęcia w grupach, zajęcia projektowe. Stajemy się zakładnikami rzeczywistości, ale musimy sobie radzić. Od września będziemy mimo wszystko zachęcali dyrektorów, żeby jak najwięcej - tam, gdzie są jeszcze dwie klasy w roczniku - wyjeżdżać na całodzienne zajęcia pozaszkolne, żeby nie rezygnować z zajęć blokowych.

Te wszystkie zmiany przyniosły efekt? Coś panią zaskoczyło?

- Mamy teraz bardzo dobry kontakt z rodzicami, regularnie się z nimi spotykamy na forach rodziców i tam od nich słyszymy, że dzieci nie są zestresowane. Nauczyciele też zauważyli, że uczniowie nie narzekają, że są przemęczeni, że nie lubią chodzić do szkoły, bo wcześniej mówili o tym wprost. Rezygnacja z ocen cyfrowych powoduje to, że dzieci pomiędzy sobą nie rywalizują, bo nie ma tego pytania: „a co dostałeś z klasówki?”. Zależało nam na tym, żeby pokazać uczniowi, że ma wpływ na to, w jaki sposób i czego się uczy, że może być kowalem swojego losu, że czwórka czy piątka o niczym nie świadczy, że nauka może być świetną przygodą. I to się udaje.

Redakcja poleca

Strategia oświatowa ma potrwać do 2026 roku, ale zapowiadali państwo, że projekt będzie kontynuowany, być może z modyfikacjami. Co dalej po tym 2026 roku?

- Uczniowie, których od początku przeprowadzamy przez proces strategii, na razie są w klasach czwartych, więc jeszcze nie doszliśmy z nimi do klasy ósmej. Wtedy przyjdzie czas na konkretne podsumowania. Na pewno jednak inwestycja w nowoczesny sprzęt, który umożliwiłby jeszcze lepszą pracę, wyhamowała. Poza tym na razie w grę wchodzą tylko drobne modyfikacje. Początkowo chcieliśmy wprowadzać kluby dyskusyjne budowane na wzorcach amerykańskich, ale przekształciliśmy to założenie i organizujemy debaty oxfordzkie. Okazało się, że dzieciaki uwielbiają taką formę dyskusji. Organizujemy je w soboty, a chętnych nie brakuje. Świetnie to wypada.

Może właśnie taki jest sposób na system edukacji: oddolna reforma?

- Wielu nauczycieli w Polsce mówi na głos o tym, co powinno się zmienić, w wielu miastach dzieją się fantastyczne rzeczy. Zanim wprowadzaliśmy zmiany, trochę pojeździliśmy po Polsce. W ramach konferencji, którą organizujemy od dwóch lat, przyjeżdżają też do nas nauczyciele, dyrektorzy szkół. Słuchanie praktyków to jest najlepsza metoda i moim zdaniem tak powinno to wyglądać: praktycy wprowadzają zmiany od dołu, a potem tylko się je sankcjonuje przepisem. Na pewno system finansowania musi się jednak zmienić.

Czyli jednak od pieniędzy w edukacji nawet przy najlepszych pomysłach nie uciekniemy.

- Niestety. Uczeń ze szkoły ma wyjść dobrze przygotowany do życia, wykształcony, ale też ciekawy świata. Żeby to zrobić, to trzeba mu zaproponować świetnego nauczyciela, dobrze zmotywowanego i nagrodzonego z dobrymi pomysłami i w ciekawych przestrzeniach. Pieniądze są więc potrzebne nie tylko na ogrzanie czy ocieplenie szkoły. Ona musi być ocieplona, oświetlona, ogrzana. Natomiast dobrze byłoby te pieniądze jeszcze wydawać wprost na edukację, na wyjazdy, sprzęt.

A jeśli jeszcze na niedofinansowanie nałożą się ograniczenia ustawowe, dotyczące chociażby reorganizacji sieci szkół, to pieniędzy, które moglibyśmy przeznaczać wprost na edukację, zostaje tyle co kot napłakał, bo utrzymujemy np. niepotrzebną liczbę budynków.

To pozostaje wierzyć, że nawet te mniejsze, drobniejsze zmiany wpłyną na uczniów.

- Mam nadzieję, że to będą już trochę inni uczniowie, bo mimo że te środki są coraz szczuplejsze, to staramy się cały czas w szkołach utrzymać zmiany i widzimy postęp. Mamy duże wsparcie ze strony rodziców zarówno pod względem organizacyjnym, jak i finansowym. Jak widzą zadowolone dziecko w szkole, to też automatycznie przyjaźniejszym okiem patrzą na edukację i na współpracę z tą szkołą. To jest bezcenne. Uczeń z kolei widzi, jakie ma mocne, strony, jakie słabsze. Ma wyjść ze szkoły maksymalnie przygotowany do dorosłego życia i to się udaje.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET