Życie z drugiej ręki. Jak Vinted stało się źródłem utrzymania. „Można wyciągnąć 10 tys. miesięcznie”
Kupione w lumpeksach bluzki czy spodnie szybko nudziły się Poli, więc zaczęła wystawiać je na Vinted. Dziś zarabia na tym 5 tys. zł miesięcznie. Adam zaczął od koszulek i po paru latach postawił wszystko na jedną kartę – o etacie nie ma mowy, zajmuje się tylko handlem na Vinted. Sprzedaż zalegających w szafie ubrań przerodziła się w wielki biznes, który wiele osób traktuje jako stałą pracę. Czy rzeczywiście można się z tego utrzymać?
Początki każdego z nich były podobne: chęć sprzedania zalegających w szafie, starych ubrań. – Wystawiało się na Vinted ciuchy, których po prostu się nie nosiło – wspomina 33-letnia Ada, która korzysta z aplikacji od ponad 5 lat. Na początku sprzedawała na Vinted swoje ubrania, gdy się przeprowadzała. Nie chciała ich nosić ze sobą od mieszkania do mieszkania. Wystawiała je za grosze. – Dwa lata temu zauważyłam, że z Vinted robi się większy biznes. Ludzie zarabiają na tym dużą kasę, więc zaczęłam myśleć, jak z tych kilku zarobionych tam stów zrobić kilka tysięcy – mówi Ada. Metodą prób i błędów doszła do tego, że najlepiej sprzedają jej się na Vinted zimowe rzeczy: kurtki, swetry z dobrym składem, wełniane spodnie. Lekką ręką udało jej się zarobić na nich 2-3 tys. zł. – Zobaczyłam, że może być z tego dobry „hajsik” – opowiada. Nie ona jedyna.
Od pomysłu przy piwie do miliardowego biznesu
Internetowa platforma handlowa Vinted została stworzona w 2008 roku przez dwoje Litwinów – Mildę Mitkute i Justasa Janauskasa. Oboje nie spodziewali się, że ze spontanicznego pomysłu przy piwie zrodzi się firma warta 5 mld euro (21,3 mld zł). Założeniem platformy była sprzedaż i wymiana używanej odzieży przez osoby prywatne – taki internetowy lumpeks.
Obecnie platforma działa w 23 krajach, głównie w Europie. W Polsce aplikacja pojawiła się w 2013 r. i od tego czasu jej popularność stale rośnie – w 2023 roku na Vinted zarejestrowanych było ok. 10 mln Polaków. Na całym świecie platforma ma ok. 105 mln użytkowników.
Vinted z czasem przerodziło się w wielkiego giganta handlowego i stało się głównym źródłem dochodu dla wielu osób. Porozmawiałam z kilkoma z nich, aby dowiedzieć się, jak to naprawdę działa i czy rzeczywiście da się utrzymać ze sprzedaży ubrań na Vinted.
Z lumpeksu na Vinted
21-letnia Pola pochodząca z Gdańska zaczęła swoją przygodę z Vinted 7 lat temu. Przez ten czas, gdy jeszcze chodziła do liceum, było to jej główne źródło utrzymania. – Na początku wystawiałam ubrania, które zalegały mi w szafie – wspomina. By ją uzupełnić, zaczęła chodzić do lumpeksów. Znalezione bluzki czy spodnie szybko jej się nudziły, więc je też sprzedawała na Vinted. Wtedy zauważyła, że niektóre rzeczy schodzą szybciej, niektóre wręcz momentalnie. – Stwierdziłam, że jeśli to działa, to spróbuję robić to na większą skalę – opowiada Pola.
W przypadku 26-letniego Adama (imię zmienione) z Warszawy wszystko zaczęło się od sprzedaży ubrań w szkole, gdy jeszcze był licealistą. – Moja przyjaciółka chodziła po lumpeksach, kupowała tam koszulki bez nadruków, a ja robiłem z nich tie-dye’ie (ręcznie farbowane ubrania w nieregularne wzory – przyp. red.). Sprzedawaliśmy je w szkole znajomym – opowiada Adam. Jednocześnie, jeszcze jako uczeń, zaczął handlować ubraniami na Vinted. – Rozwijało się to, aż w końcu uznałem, że zarabiam z tego na tyle dużo, że mogę się wyprowadzić od rodziców – mówi. Mniej więcej pięć lat temu postawił wszystko na jedną kartę. Stwierdził, że o pracy na etacie nie ma mowy, zajmie się tylko handlem na Vinted.
Śledzenie trendów i chwyty marketingowe, czyli jak zarabiać na Vinted
Osoby, które się z tego utrzymują, często poszukują niszy, śledzą trendy albo obierają konkretną strategię marketingową. Dla Ady kluczem było poszukiwanie markowych ubrań, które użytkownicy mogą kupić na Vinted w znacznie niższych cenach niż w sklepach. – Przydało mi się moje doświadczenie w marketingu, w którym pracowałam przez lata. Jeśli znasz sztuczki sprzedażowe i psychologiczne, to na takich platformach wygrywasz – stwierdza Ada. Jakie to chwyty? – Na przykład wykorzystywanie słów kluczowych, które królują na Vinted – odpowiada, dodając, że ważna jest też obsługa klienta. – Liczy się to, że jesteś miły, odpowiadasz na wiadomości i wszystkie pytania oraz wysyłasz dodatkowe zdjęcia w razie potrzeby. Wtedy dużo łatwiej podjąć kupującemu decyzję o zakupie – mówi Ada.
W przypadku Poli kluczowe było śledzenie trendów i dobre zdjęcia ubrań. – Wiedziałam, co jest aktualnie modne i idąc do lumpeksu, szukałam tylko tego. Jak modne były baggy jeansy, to skupiałam się tylko na nich i nic innego mnie nie interesowało. To działało – mówi. Pomagało jej też dodawanie hasztagów, które podbijają aktywność konta. Pola ma obecnie na Vinted 12,4 tys. obserwujących. Zdarzało się, że dodawała kilka rzeczy i po minucie wszystkie schodziły. – To był szok, bo czasem dodawałam naprawdę byle co. Widzę, ile takie zasięgi dają. Działa to tak, jak w przypadku influencerów – jak masz dużo obserwujących, to ludzie chcą od ciebie te rzeczy kupować – wyjaśnia Pola.
Strategią 27-letniego Konrada z małej miejscowości niedaleko Częstochowy było znalezienie niszy. Gdy zdecydował się handlować ubraniami na Vinted, nie miał stałej pracy, dlatego mógł się całkowicie temu poświęcić. Zdecydował się sprzedawać koszulki z koncertów z lat 80. i 90. robione sitodrukiem i piłkarskie T-shirty, które są trudno dostępne, przez co też sporo warte. Im rzecz jest rzadsza, tym większe jest na nią zapotrzebowanie. Według niego dla wielu osób liczy się nie tylko jakość ubrań, ale też ich detale, takie jak single stitch (pojedynczy szew).
Według Adama – który otwiera teraz własny vintage shop z ubraniami z lumpeksów – żeby „wybić się” na Vinted, trzeba pójść o krok dalej. – Ważniejsze od śledzenia trendów jest ich wyprzedzanie. Często ubranie, które w danym momencie nie jest popularne, może wkrótce stać się bardzo modne tylko dlatego, że ktoś to założy – wyjaśnia. Tak też było, gdy kupił w lumpeksie dwustronną, puchową, żółto-niebieską kurtkę i w tym samym czasie założył ją słynny polski raper Otsochodzi w jednym ze swoich klipów. – Nie pamiętam dokładnie, za ile poszła, ale pamiętam, że byłem w szoku, że za tak dużo. Wtedy jeszcze nie byłem świadomy trendów – opowiada Adam.
„To była jakaś masakra”, „ludzie zachowywali się jak bydło”
Niemal każdy, kto utrzymuje się z Vinted, polega głównie na ubraniach kupionych w lumpeksach. Jeżdżenie na dostawy ubrań w sklepach z używaną odzieżą – jak mówią moi rozmówcy – kosztuje ich sporo stresu. – To była jakaś masakra. Kolejka była już godzinę przed otwarciem. Ludzie szli jak tsunami przez ubrania, nie patrząc na nikogo, nawet jak kogoś uderzyli. To było straszne – opowiada Ada o swojej pierwszej dostawie w second handzie na Bałutach w Łodzi. 33-latka przeprowadziła się tu z Warszawy prawie dwa lata temu.
Konrad jeździł na dostawy do lumpeksów w Częstochowie. – Zawsze trzeba było przyjechać pół godziny przed dostawą, żeby zająć miejsce w kolejce do wejścia. Jak dochodziła godzina otwarcia, stało tam już z 60 osób. Ludzie się wyzywali, dzwonili na policję, zachowywali się jak bydło – wspomina.
W lumpeksach powoli kończy się też cenowe eldorado. – Dawniej w second handach kupowało się ubrania za grosze. 10 zł za rzecz to było naprawdę dużo. Później ludzie pracujący w lumpeksach zaczęli orientować się, że inni sprzedają te rzeczy dalej, więc podnieśli ceny – mówi Konrad. – Kiedyś można było kupić kilogram ubrań za 30 zł, teraz jest to nawet 100-150 zł za kilo – wylicza Pola.
Nie wszyscy „handlowcy” z Vinted kupują ubrania w lumpeksach. Niektórzy posuwają się do zabierania ubrań z kiermaszy odzieżowych (ich idea polega na tym, by przynieść kilka swoich ubrań w dobrym stanie i wziąć kilka innych w zamian – przyp. red.). – Często widzimy jak osoby, które przyniosły jedną rzecz, wychodzą z kilkoma torbami ciuchów. Przychodzą tu jak na polowanie – mówi Zosia, która organizuje swappingi odzieżowe. Zaobserwowała też, że dużo osób odwiedzających takie kiermasze zna się na zbieranych ubraniach i doskonale wie, jakie marki się sprzedadzą. – Niestety ci, którzy szanują naszą ideę, często przegrywają z tymi drugimi – mówi, przyznając, że ciężko jest to kontrolować. Nie jest też tajemnicą, że sporo użytkowników Vinted sprzedaje ubrania pozyskane ze zbiórek dla potrzebujących lub kupione z chińskich stron internetowych, takich jak AliExpress czy Temu.
Ile miesięcznie można zarobić na Vinted? „Nawet 10 tys. zł”
Adzie najsłabiej sprzedają się koszulki. Wystawia je za ok. 10-20 zł, a za tyle można kupić koszulkę w H&M, tylko że nową, więc ludziom się to nie opłaca. Zimą sprzedaje wełniane swetry za ok. 100 zł, a latem lniane spodnie za 50-150 zł. Według niej wszystko zależy od marki – im lepsza marka i skład, tym wyższa cena. – Najwięcej zarobiłam na swetrach i kurtkach. To jest pewniak. Wystarczy sprzedać kilka sztuk, żeby zarobić tyle, co zwykle w miesiąc. Jedną z moich rekordowych sprzedaży była markowa kurtka zimowa, która poszła za 300 zł – wspomina. Ada nie miała jeszcze miesiąca, w którym nic jej się nie sprzedało. Miesięcznie zarabia na Vinted ok. 3 tys. zł. Jeśli dołoży do tego zlecenia marketingowe, które czasem bierze, spokojnie może się za to utrzymać.
Zarobki Poli sięgają już od 4 do 5 tys. zł miesięcznie. Na początku nie proponowała wygórowanych cen, np. jeansy wystawiała za 35 zł. Z czasem, jak zbudowała sobie społeczność na Vinted, zobaczyła, że może trochę więcej na tym ugrać, więc teraz wystawia takie spodnie za 70-80 zł. – Do moich rekordowych sprzedaży na pewno mogę zaliczyć kurtkę North Face’a, którą kupiłam za grosze, dosłownie za 15 zł, a poszła za 600 zł – opowiada. – Mogłam się z tego utrzymywać, podróżować, kupować rzeczy – dodaje Pola, która od jakiegoś czasu traktuje Vinted jako dorywczy zarobek ze względu na stałą pracę w gastronomii.
Konrad, podobnie jak Ada, sprzedawał kurtki (szczególnie zimowe), które w lumpeksach można kupić bardzo tanio, a sprzedać znacznie drożej. – Jedną z droższych rzeczy, jakie sprzedałem, była kurtka zimowa z Ferrari ze znaczkiem Marlboro. Kupiłem ją za 90 zł łącznie z przesyłką, a sprzedałem za 300 dol. (1,1 tys. zł). Nieźle zarobiłem też na sprzedaży dresowej bluzy treningowej Nike drużyny piłkarskiej Arsenal Londyn z 1992 r. Sprzedała się w kilka godzin za 500 zł – wspomina Konrad. To i tak wciąż niewiele przy jego koledze, który też handlował na Vinted. – Miał miesiące, że zarabiał 10 tys. zł miesięcznie. Ze sprzedaży ubrań z lumpeksów kupił sobie samochód – mówi Konrad.
Rekordzistą pod tym względem jest tu Adam. Ubrania, które wystawia na Vinted, ma z wielu źródeł – od strychu babci, przez grupy na Facebooku, na których ludzie pozbywają się starych ubrań (tzw. śmieciarki), po zagranicznych hurtowników. – Sprzedaję zazwyczaj randomowe koszulki i bluzy w cenie od 40 do 80 zł. Obecnie miesięcznie zarabiam z tego ok. 7-8 tys. zł – wylicza.
Kiedy sprzedających na Vinted czeka kontrola skarbówki?
Skoro ze sprzedaży ubrań na Vinted wiele osób się utrzymuje, to co ze standardowymi pracowniczymi składkami i podatkami? Zgodnie z unijną dyrektywą DAC7 platformy sprzedażowe mają obowiązek przekazywania Krajowej Administracji Skarbowej informacji o sprzedażach dokonanych przez użytkowników, gdy ich liczba przekroczy 30 lub zyski ze sprzedaży przewyższają kwotę 2 tys. euro (8,5 tys. zł). Jednak samo raportowanie nie oznacza opodatkowania tych sprzedaży. O tym decyduje urząd skarbowy po wcześniejszym wywiadzie z danym użytkownikiem.
Poza tym, jeżeli ktoś sprzedaje przedmioty, które były jego własnością przez minimum pół roku, urząd skarbowy nie ma podstaw do naliczania podatku PIT. Niezależnie od tego, czy ktoś sprzedał coś drożej, niż kupił, o ile nie jest to działalność gospodarcza. Tę kwestię reguluje też sama platforma Vinted. „Jedynym przypadkiem, w którym sprzedaż na Vinted może podlegać opodatkowaniu, jest sytuacja, w której czerpiesz z niej zysk (sprzedajesz rzeczy drożej, niż je kupiłaś[-eś]), a twój całkowity roczny dochód przekracza 30 tys. zł (w co nie wlicza się sprzedaży prywatnych przedmiotów, które były twoją własnością dłużej niż 6 miesięcy)” – czytamy na platformie.
Pytanie, kiedy sprzedaż na Vinted można nazwać działalnością gospodarczą? Według przepisów gdy handel na platformie sprzedażowej staje się stałym źródłem dochodu użytkownika, a sprzedaże są regularne, użytkownik musi zarejestrować działalność i rozliczać się według właściwych temu zasad podatkowych.
Część użytkowników Vinted, z którymi rozmawiałam, rzeczywiście o to zadbała. – Ze sprzedaży na Vinted rozliczam się w PIT-cie, płacę za to podatek za cały rok z góry – mówi Ada. – W momencie gdy robiłam to na taką dużą skalę, byłam cały czas w kontakcie z księgową – wyjaśnia Pola, która od jakiegoś czasu mieszka w Danii. To właśnie tam spotkała się z sytuacją, że urząd skarbowy skontaktował się z nią w sprawie sprzedaży ubrań na Vinted. Pytali, czy jest to sprzedaż nacechowana zarobkowo, czy po prostu wyprzedaje swoją szafę. – W Polsce nigdy się ze mną nie kontaktowali – mówi Pola.
W praktyce zasady opodatkowania sprzedaży na Vinted są często nieegzekwowane. – Vinted trochę przyzwala na to, żeby prowadzić tam swój biznes, ponieważ oni też z tego zarabiają. Patrząc na to, jak to się rozwija, to oprócz zwykłych użytkowników muszą mieć też tzw. dużych graczy – komentuje Adam.
„Życie z Vinted”. Czy warto?
Ostatecznie żaden z moich rozmówców nie poleca takiego „stylu życia”. – Vinted to działalność jak każda inna – te same stresy, te same problemy i praca na pełny etat. Można siedzieć nad tym od rana do nocy i zarabiać 10 tys. zł miesięcznie, ale jest to naprawdę ciężka robota. Jak się nic nie sprzedaje, to pojawia się ogromna frustracja – ocenia Ada, która nie chce się w to angażować na 100 proc., bo kosztuje ją to dużo nerwów. Podobnie uważa Konrad, według którego „naprawdę trzeba się temu poświęcić” i mimo to niczego nie można być pewnym. Adam przyznaje, że miał kilka breakdownów i męczy go już niestabilność finansowa. – Obecnie mam zawalone dwa pokoje ubraniami i jak sobie myślę, ile pieniędzy trzeba było wydać, żeby to wszystko zgromadzić, to stopa zwrotu koniec końców nie jest ogromna. Najlepiej Vinted potraktować jako formę dodatku do pensji – podsumowuje.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET