„Największa armia najemnicza świata”. Walka o władzę i złoto

3 min. czytania
15.05.2023 18:49
Obserwuj nas na Google

To jeszcze nie jest wojna domowa i nikomu ze światowych graczy nie zależy na destabilizacji – tak o sytuacji w Sudanie mówi w podcaście „Współrzędne Świata” dr Jędrzej Czerep z PISM.

Sudan od połowy kwietnia znów znajduje się w zainteresowaniu światowej opinii publicznej. Stolica kraju Chartum i główne ośrodki stały się arenami krwawych starć armii z Siłami Szybkiego Wsparcia (RSF). Te ostatnie to paramilitarne bojówki, które nie odmówiły włączenia do regularnego wojska sudańskiego i po 4 latach od obalenia dyktatora Omara al-Baszira postanowiły same sięgnąć po władzę.

Przed miesiącem bojownicy RSF podjęli próbę przejęcia władzy w kraju, szturmując pałac prezydencki i zajmując międzynarodowe lotnisko. - RSF pretendują do tego, żeby wygrać walkę, ale nie są w stanie zarządzać krajem, co pokazali w ostatnich latach – tłumaczy dr Jędrzej Czerep z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Redakcja poleca

Konflikt w Sudanie. „Wojskowi biją się o własne interesy”

Do tej pory w walkach w Chartumie i prowincji Darfur na zachodzie kraju zginęło ponad 700 osób, a 5 tys. zostało rannych. Z Sudanu rozpoczęła się ewakuacja obcokrajowców, głównie do Portu Sudan nad Morzem Czerwonym, a obie strony walczące twierdzą, że kontrolują najważniejsze obiekty w państwie.

W ocenie eksperta taka sytuacja jest nie do utrzymania. - Wojskowi biją się o własne imperia i dalej chcą się bogacić. Sudańczycy są trzecią stroną - walki dzieją się poza ich głowami, są między młotem i kowadłem – komentuje dr Czerep.

Analityk PISM podkreśla, że przez ostatnie cztery lata społeczeństwo sudańskie podjęło próbę zbudowania demokratycznego porządku. Od 1956 r., kiedy to afrykańskie państwo otrzymało niepodległość od Wielkiej Brytanii, Sudan był świadkiem co najmniej 15 zamachów stanu i dwóch krwawych wojen domowych. Rezultatem ostatniej z nich był podział kraju i secesja Sudanu Południowego.

- Byłem w Sudanie w 2019 roku, kiedy obalono dyktaturę al-Baszira, i już wtedy wydawało się, że wtedy trzeba było poprosić wojskowych o ustabilizowanie sytuacji. Jednak oni wykorzystali ten czas, żeby się umocnić. Sudańczycy chcą, żeby wycofać armię z centrum polityki i gospodarki, a wojskowi chcą utrzymać swoje wpływy. Dbali o własne interesy, wzmacniali się i doszło w pewnym momencie do starcia.

Redakcja poleca

Wagnerowcy trzymają złoto

Ekspert PISM podkreśla, że „Siły Szybkiego Wsparcia to prawdopodobnie największa armia najemnicza świata”. Liczebność RSF szacuje się na 100 tys. partyzantów – nie tylko z Sudanu, ale także z Nigru czy Mali.

- Bojówki są bogate, płacą lepiej niż wojsko Sudanu i administracja. Dowódca RSF gen. Dagalo po obaleniu al-Baszira dał z własnej kieszeni ot tak miliard dolarów na uspokojenie sytuacji gospodarczej. Tacy ludzie nie oddają władzy, kiedy ktoś ich o to poprosi – wyjaśnia dr Czerep.

Kryzys w Sudanie, podobnie jak inne konflikty w regionie, znajduje się w zainteresowaniu światowych potęg. - Nikomu nie zależy na destabilizacji Sudanu. Dużo państw w niego zainwestowało, jak Zjednoczone Emiraty Arabskie w sektor rolnictwa. Rosjanie biorą stamtąd złoto, aby stabilizować rubla. USA i Chiny generalnie rywalizują ze sobą o wpływy w Afryce. A Unia Europejska chce uniknąć kolejnego kryzysu migracyjnego – mówi rozmówca podcastu „Współrzędne Świata”.

W Sudanie obecni są również najemnicy z rosyjskiej Grupy Wagnera. - Jest ich tam kilkuset, ale nie traktowałbym ich jako siły sprawczej. Współpracowali z obydwoma stronami. Przede wszystkim chodziło im o dostęp do diamentów i złota – komentuje.

Redakcja poleca

RadioZET.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET