Zamknij

Sejm nie zgodził się na podwyżki dla nauczycieli. Będzie strajk? "Protest już się zaczął"

05.08.2022 14:48
Pusta klasa w szkole
fot. Karol Makurat/REPORTER

Sejm odrzucił przyjęte przez Senat poprawki gwarantujące nauczycielom 20 proc. podwyżki. Wśród szkolnej kadry zawrzało. Czy w nowym roku szkolnym w edukacji znów możemy spodziewać się strajku?

Jeszcze przed wakacjami Związek Nauczycielstwa Polskiego wystąpił do premiera o pilne podjęcie rozmów na temat sytuacji w oświacie. Zwrócił się też do prezydenta o wsparcie dialogu między stroną rządową a społeczną. Jednocześnie ZNP w ankietach spytało nauczycieli, jaką ewentualną formę protestu preferowaliby.

Powód? Związki domagają się dwóch rzeczy: poprawy warunków pracy, a przede wszystkim wyższych wynagrodzeń dla wszystkich nauczycieli o co najmniej 20 proc., biorąc pod uwagę 15 proc. inflację. Tymczasem rządzący zaplanowali 4,4 proc. podwyżki w oświacie. Na więcej mogą liczyć tylko początkujący nauczyciele. Inaczej zresztą młody pedagog zarabiałby mniej niż ustawowa płaca minimalna, do podobnej absurdalnej sytuacji doszło w styczniu 2022.

Sejm przeciw podwyżkom dla nauczycieli

Senat poparł związkowców i zagłosował za zgłoszonymi przez nich poprawkami. Na ostatnim wakacyjnym posiedzeniu Sejmu w piątek, 5 sierpnia, posłowie – w większości głosami PiS – odrzucili jednak senackie poprawki. Tym samym 20 proc. podwyżek dla wszystkich nauczycieli od września nie będzie.

Od tego głosowania ZNP uzależniało dalsze kroki. Teraz ostatnią deską ratunku zostają rozmowy z premierem i prezydentem. - Nie mamy żadnej odpowiedzi. Milczący premier, milczący prezydent – stwierdza w rozmowie z portalem radiozet.pl Krzysztof Baszczyński, wiceprezes ZNP. - Czekamy na jakąkolwiek reakcję do 31 sierpnia – dodaje. A co jeśli jej nie będzie i do rozmów nie dojdzie? Tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego 2022/2023 ma się zebrać prezydium związku i podjąć decyzję w sprawie dalszych działań.

I tu trzeba wrócić do wyników ankiet z czerwca. Głosy rozdzieliły się po połowie. 50 proc. opowiedziało się za dużą manifestacją w Warszawie i akcją informacyjną na temat złych warunków pracy w szkole. I ta forma wydaje się bardziej realna i z pewnością mniejszych lub większych manifestacji w nowym roku szkolnym możemy się spodziewać. Tylko takie formy protestu - zwłaszcza dotyczące edukacji - niestety mało poruszają społeczeństwo.

Druga połowa szkolnej kadry w ankietach była bardziej radykalna i poparła uruchomienie procedur sporu zbiorowego, a to pierwszy etap do legalizacji strajku – takiego jak w 2019 roku. W tym wypadku ZNP również wystąpiło o nowelizację ustawy. Tzn. teraz drugą stroną w sporze zbiorowym jest pracodawca w osobie dyrektora szkoły, a ten praktycznie nie ma wpływu na to, jak wyglądają zarobki nauczycieli. - Do sensownego przeprowadzenia sporu zbiorowego potrzeba zmian przepisów. Drugą stroną powinna być rada ministrów lub minister edukacji - tłumaczy Baszczyński.

Powtórki z 2019 roku nie będzie

Mimo wszystko do powtórki z 2019 roku jest bardzo daleko. Po pierwsze procedury podjęcia oficjalnego strajku są bardzo długie i mogą zająć nawet kilka miesięcy. Po drugie nauczyciele wciąż odchorowują protest sprzed trzech lat i mówią wprost: taka sytuacja się nie powtórzy. Oficjalnie tamta akcja protestacyjna została tylko zawieszona, w praktyce związki przegrały wtedy z kretesem.

Rząd w czasie protestu w 2019 roku był cały czas o dwa korki do przodu, wydawało się, że każde możliwe posunięcie związkowców miał rozpisane w różnych wariantach, np. gdy strajk przedłużał się na czas matur, przegłosowano ustawę o tym, że zdających na salach może pilnować każdy, kto ma uprawnienia pedagogiczne. Na koniec nauczyciele nie dostali podwyżek (zamiast tego za dni, kiedy strajkowali, mieli potrącane pensje), podstawy programowe są wciąż przeładowane, a uczniowie coraz bardziej dociążani – bo z tym też pedagodzy chcieli walczyć.

Teraz boją się powtórki z rozrywki. Zwłaszcza, że mają więcej do stracenia. Większość już pracuje na 1,5 etatu, ma nadgodziny, za które dostaje całkiem niezłe wynagrodzenie. Jeśli się na tych lekcjach nie pojawi, nie zarobi, a przy obecnych cenach i wysokich ratach kredytów, może to być już bardzo bolesne.

Nauczyciele sami zaczęli strajk

- Już samo wejście w spór zbiorowy daje tytuł do tzw. strajku ostrzegawczego i wymusza rozmowę o warunkach pracy – zaznacza Krzysztof Baszczyński. Przypomina też: - Naszym celem nie jest strajk, tylko rozmowy i porozumienie się w sprawie wzrostu wynagrodzeń. A te rozmowy zostały zerwane przez ministra Przemysława Czarnka 7 grudnia.

Wydaje się, że najbardziej odczuwalny protest nauczyciele zaczęli sami przed wakacjami, a w zasadzie już parę lat temu, tzn. zaczęli odchodzi z zawodu i zmieniać branżę. W pewnym momencie w kuratoryjnych bankach pracy wisiało 20 tys. ofert zatrudnienia dla nauczycieli. Niektóre szkoły poszukują po kilkanaście osób, chętnych brak.

- Ostatnio pytano mnie o to, czy nauczyciele będą we wrześniu strajkować. Myślę, że strajkować to będą rodzice, jak zobaczą wakaty w szkołach swoich dzieci i liczbę lekcji, która się nie odbywa zgodnie z planem – tak podsumował sytuację polonista, Nauczyciel Roku 2021 Dariusz Martynowicz w rozmowie z radiozet.pl. Sam w maju złożył wypowiedzenie w liceum, w którym uczył.

RadioZET.pl

C