`

Zakaz krótkich spodenek, hybryd, bród w szkołach. "Zaczynamy być krajem, o którym marzył Hitler"

12 min. czytania
04.11.2021 08:49
Obserwuj nas na Google

- Jeśli prawem zaczynamy regulować to, że dziewczynki nie mogą nosić spodni, to zaczynamy być krajem, o którym marzył Hitler. Wychowawcy i wychowawczynie młodzieży przeczytajcie sobie konstytucję do cholery - mówi Alina Czyżewska z Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska.

Dzieci w szkole ubrane w strój galowy
fot. JACEK DOMINSKI/REPORTER

Aleksandra Pucułek: - Ubierałaś się schludnie i porządnie do szkoły?
Alina Czyżewska*: - Ubierałam się tak, jak chciałam i nigdy z tym nie było problemu. Gdy chodziłam do szkoły, bywało się metalówą, hippie i nikt się tego nie czepiał.

Myślałam, że kiedyś był większy rygor pod tym względem niż teraz.
- Też tak myślałam, dopóki nie zaczęłam interesować się szkołami pod kątem prawnym. Mam wrażenie, że nauczycieli, dyrektorów coś opętało. Jakby chcieli uleczyć problemy młodzieży przez ujednolicenie jej, kontrolowanie i narzucanie swojej woli. Gdy byłam uczennicą, nie obniżano zachowania za „nieodpowiedni” ubiór, nie zapisywano w szkolnych statutach, ile centymetrów może mieć spódnica, jaki możesz mieć kolor paznokci. Dzisiaj powstają akty prawne - bo tym są przecież statuty szkolne - w których regulowana jest wolność osobista ludzi. I nie jest to wina ministra edukacji Przemysława Czarnka.

Posłuchaj podcastu

A czyja?

- Jeszcze nie wyszliśmy jako społeczeństwo z mentalności komunistycznej. Nie umiemy inaczej rozwiązywać problemów, podchodzić do wyzwań niż przez zaciskanie pętli na szyi, kontrolę i nadużywanie władzy.

Powiedziałaś o kolorze paznokci, długości spódnicy. Ostatnio głośno było o szkołach z Pomorza, które zabroniły dziewczynkom przychodzić w bluzkach na ramiączkach, krótkich spodenkach, żeby „nie prowokować” chłopców. Jakie sytuacje jeszcze do ciebie są zgłaszane?
- Są statuty, które zakazują noszenia dredów i – uwaga – bród. W wypadku kolczyków są różne warianty. Niektóre szkoły zaznaczają, że nie wolno nosić kolczyków w innych miejscach niż uszy, inne pozwalają nosić tę biżuterię tylko dziewczynkom, albo w ogóle zakazuje się kolczyków. Kolejne wymogi dotyczą włosów, np. niektóre szkoły dekretują, że nie można w ogóle ich farbować. Dochodzi do tak absurdalnych sytuacji, że przychodzi osoba z kolorowymi włosami i nauczyciel, nauczycielka każe odfarbować jej włosy na naturalny. Czyli każe przeprowadzić bardzo niszczący zabieg na włosach, bo trzeba zdjąć poprzednią farbę i nałożyć kolejną, która będzie udawała naturalną, czyli de facto pofarbować włosy, czego właśnie w statucie zakazano. To głupota. Kolejną obsesją są paznokcie i tu znów cały wachlarz obostrzeń. W jednych szkołach w ogóle nie można malować, w innych nie można mieć hybryd, w innych można pomalować paznokcie, ale na wskazane kolory.

Jakie?
- Czerwony, czarny i wszystkie te wyraziste odpadają, ale zobacz, jaka to jest hipokryzja. W tym samym czasie nauczycielki mają hybrydy, kolorowe paznokcie, farbowane włosy. W ten sposób komunikują: tobie nie wolno, ja jestem dorosły, mam władzę, więc mogę ci rozkazywać, ograniczać cię. To pokazuje, jak bardzo nie rozumiemy prawa, demokracji i tego, jak funkcjonuje zasada legalizmu wyrażona w konstytucji w art. 7. mówiącym o tym, że organy władzy publicznej działają na podstawie prawa i w granicach prawa, a nie na podstawie gustu, własnych norm kulturowych. Państwo prawa polega na tym, że jest prawo nad władzą i ta władza musi je respektować, a nie narzucać swoje własne zasady.

Pytałam cię, czy ubierałaś się porządnie i schludnie, bo w wielu statutach jest takie określenie. Jak to prawo respektować, co ono właściwie znaczy?
- Nic, bo to kwestie wyobrażeniowe, ocenne, a prawo musi zawierać przejrzyste, jasne dla wszystkich sformułowania. Poza tym normy kulturowe są płynne i zmienne. Jakiś czas temu czymś nieprzyzwoitym było ubranie przez kobiety spodni. Chciałam właśnie powiedzieć, że dziś już nikt tego nie zakazuje, ale – bach - ostatnio wypłynęła sprawa łódzkiej podstawówki. Zatoczyliśmy koło.

W łódzkiej podstawówce, o której wspomniałaś, dziewczynki nie mogą nosić spodni jako elementu stroju galowego. Szkoła może regulować zasady tego ubioru?
- Może wprowadzić ogólne zasady, ale odejdźmy w ogóle od pradawnej normy, według której strój galowy jest biało-granatowy. Elegancki ubiór może być inny. Spójrzmy choćby na Sejm - ludzie nie chodzą tam na biało-granatowo i nie łamią tym powagi tego miejsca. Niedawno byłam na spotkaniu z Janem Peszkiem, który odbierał Nagrodę im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Była to oficjalna uroczystość, a aktor ubrał się swobodnie, w bluzę, pod nią zabawny krawat i nieszykowna koszula. O tym, że ma klasę i jest człowiekiem kultury, nie świadczy garnitur. Świat już dawno wyluzował, jeśli chodzi o wbijanie się w formy. Ostatnio miałam spotkanie zawodowe na uczelni i prorektor przyjął mnie ubrany w bluzę dresową. Czy przez to mnie nie szanuje? Nie, a jeśli tak bym myślała, to mój problem. Przeciwnie, czułam że rozmawiam z człowiekiem, a nie ze stanowiskiem, z kimś schowanym za formą. Inni ludzie nie służą do tego, żebym patrząc na nich, dobrze się czuła.

Pamiętam jedną z polonistek z liceum, która kazała dziewczynom zmywać paznokcie i makijaż. Czasem to zabawnie wyglądało, gdy dziewczyny gromadziły się przed polskim w łazience i pożyczały sobie zmywacz do paznokci, ale dla tych, które malowały się, żeby zasłonić niedoskonałości cery, było to trudne. I z tego co pamiętam, nie było takich wymogów w statucie.
- Wspomina się to z uśmiechem prawda? Tylko osoba, która została poddana takiej praktyce, doznała pewnie upokorzenia i naruszenia swojej godności. Śmiech jest często formą odreagowania i obrony swojego ja. Tymczasem takie „metody” to naruszenie art. 40 Konstytucji, który mówi o zakazie poniżającego traktowania i 30., zgodnie z którym poszanowanie i ochrona godności ludzkiej jest zadaniem władz publicznych. Nie podlegamy widzimisię danej nauczycielki! Wychowawcy i wychowawczynie młodzieży, przeczytajcie sobie konstytucję do cholery, Europejską Konwencję Praw Człowieka i przestańcie nazywać szanowanie innych ludzi idealistyczną mrzonką, co często mi się zarzuca.

Kiedy ostatnio na facebooku opublikowałam list 10-latka, w którym napisał, że szkoła narusza prawa ucznia, w komentarzach na grupach nauczycielskich pojawiły się wpisy: a czy napisał również o obowiązkach? Przestańmy powtarzać jak te matołki, że uczeń ma „nie tylko prawa, ale i obowiązki”. Nie wiem, kiedy ta fraza powstała, ale tak weszła w mózgi, że wyłącza racjonalne myślenie. Zanim nauczycielu odtworzysz tę zdartą płytę, to zastanów się: czy możesz skorzystać z prawa do sądu, ale tylko jak bezbłędnie złożysz PIT w terminie? Czy masz prawo do ochrony przed pobiciem tylko wtedy, jeśli zawsze przechodzisz na zielonym świetle? Absurd. Nie żyjemy w takim systemie, w którym możesz korzystać ze swoich praw dopiero jak wypełnisz obowiązki. Nauczyciele w głupi sposób powtarzają zaklęcie, które ktoś ukuł lata temu i które jest bezrefleksyjnym wytrychem w rozmowie o prawach człowieka w szkole. Spójrzmy na to z innej strony: istnieje prawny obowiązek udostępniania informacji publicznej. Z rozumieniem i realizowaniem tego obowiązku szkoły mają poważny problem. Czy tak samo jak uczniom, powiemy bezczelnie: dyrektorze, powołujesz się na prawo do otrzymania wypłaty, ale przecież nie odpowiedziałeś na wnioski uczniów, rodziców i obywatelek o udostępniania informacji publicznej, więc nie upominaj się w tym miesiącu o wypłatę, bo przecież masz nie tylko prawa, ale i obowiązki? Drugie najczęściej powtarzane zaklęcie: „bo zawsze tak było”. I rzeczywiście często bywa, że zapisy w statutach dotyczące ubioru istnieją już któryś rok, a dopiero teraz rodzice budzą się z hipnozy, uczniowie zaczynają czytać te akty prawne i łapią się za głowę.

I wyczytują tam np. że „ubiór musi być dostosowany do miejsca pobytu”. To też często sformułowanie, o którym piszą mi uczniowie.
- Często mnie bawi, chociaż to jest taki śmiech przez łzy, gdy w dyskusjach wraca argument: to co, uczniowie mogą przychodzić w strojach kąpielowych do szkoły? Błagam, myślmy logicznie. Są przecież szkoły, w których nie ma regulacji i obostrzeń dotyczących ubierania się, a jakoś młodzież nie paraduje w kostiumach kąpielowych. Rozumie normy kulturowe. One kształtowane są w życiu społecznym, a nie w prawnym. Jeśli prawem zaczynamy regulować to, że dziewczynki nie mogą nosić spodni, to zaczynamy być krajem, o którym marzył Hitler, cofamy się do lat 30. Czytam właśnie reportaż z lat 40. „Jak wychować nazistę” Gregora Ziemera i ciarki mi przechodzą, jak wiele z tamtego systemu wciąż powtarzamy w systemie edukacji. W nazistowskich Niemczech systemowo lubowano się w jednorodności, kontroli, trenowano do niewychylania się, do totalnego posłuszeństwa władzy. Od dziecka kastrowano z indywidualizmu, różnorodności. Po II wojnie światowej co nieco zrozumieliśmy i postawiliśmy na rozwój praw i wolności, poszanowanie odrębności, ochronę godności, stąd doniosłe deklaracje i konwencje. A w XXI wieku wracamy do popełniania tych samych błędów, tylko w innym kostiumie.

Redakcja poleca

Częściej zakazy dotyczą dziewczynek czy chłopców?
- Dziewczynek, chociaż w jednej z rzeszowskich szkół chłopcy nie mogli nosić kolorowych koszul i szerokich spodni, w innych szkołach chłopcy mają zakaz malowania się. Mogą to robić! To, że się komuś coś takiego nie podoba lub uważa za niewłaściwe - trudno. Niedawno w dyskusji o wyglądzie uczniów na jednej z facebookowych grup nauczycielka skomentowała, że popiera zakaz farbowania włosów u uczniów, bo jeśli uczennica przychodzi w różowej fryzurze, bo zaburza to nauczycielce „komfort pracy”.

W jaki sposób?
- Bo tak, bo to ją rozprasza. Moim zdaniem ta pani powinna nadrobić wiedzę i uzupełnić swoje umiejętności, albo zmienić pracę, jeśli takie sytuacje sprawiają jej dyskomfort. Uczniowie nie są od tego, by nauczycielom stwarzać komfort. W szkołach powinni pracować eksperci, profesjonalistki którzy rozumieją, że to oni są dla uczniów, a nie odwrotnie.

A nie pracują?
- Pracują, jest mnóstwo świetnych pedagogów, nauczycielek, ale mam wrażenie, że zdecydowana większość, z którymi dyskutuję lub w związku z którymi interweniuję w szkołach, nie przeczytała żadnego nowego artykułu o psychologii rozwojowej dziecka i cały czas uczy w szkole metodami, które są sprzed rozwoju psychologii.

Żeby być sprawiedliwym, nauczyciele to ogromna grupa zawodowa i są tacy, którzy są świadomi prawa, mają doskonały kontakt z młodzieżą i potrafią do niej dotrzeć.
- Tak, tylko ich jest mniejszość, nazywamy ich innowatorami albo „nauczycielami z powołania”. Mamy przesunięte wszystkie wskaźniki, bo to, co powinno być normą, jest uważane za „innowację”, a normą jest patologia.

Ubiór to nie wygląd. To chyba też warto zaznaczyć.
- To dwie oddzielne kategorie. W prawie oświatowym jest mowa o „zasadach ubierania się”. Wygląd jest pojęciem szerszym niż ubiór - to nie tylko ubranie, ale też włosy, biżuteria, paznokcie, makijaż, więc jeśli statuty określają „odpowiedni wygląd” uczniów, uczennic to jest to kompletna uzurpacja. Kolejna rzecz to nierozumienie przez twórców i twórczyń statutu, czyli grona pedagogicznego i dyrekcji, istotnej różnicy pomiędzy zasadami a regułami. Być może w szkole te słowa uznawane są za synonimy, ale w prawie nie. Statut nie jest wypracowaniem z polskiego, ale aktem prawnym. Zakaz noszenia luźnych czy wzorzystych ubrań, stanowienie ile centymetrów nad kolanem musi kończyć się spódnica, zakazy krótkich spodenek czy koszulek na ramiączkach nie są określaniem „zasad”. Dlaczego? Tu odsyłam do samodzielnego sprawdzenia. To zadanie szkoły powinny dawno odrobić.  

„Karanie za wygląd nie zlikwiduje w cudowny sposób przyczyny.” Napisałaś tak w jednym z artykułów. To znaczy?
- Wygląd i ubiór nie są tylko sposobem na ekspresję siebie. Przez ubiór manifestowany jest bunt, który jest naturalnym procesem rozwojowym, ale może też mieć związek z sytuacjami, w których znajduje się dziecko, np. problemami w domu, w grupie rówieśniczej. Nie jest to wiedza tajemna, nauczyciele powinni to rozumieć. Czy hamowanie buntu, który jest naturalnym elementem dojrzewania, jest rozwojowe? Młodzież eksperymentuje, podkreśla odrębność, chce zawalczyć o siebie, by np. zaprzeczyć wartościom, które miało w domu, które narzucane są w szkole. Ten problem wybił mocno w zeszłym roku podczas strajku kobiet. Skoro szkoła od lat uznawała, że może zakazywać czerwonych paznokci, to czemu nie miałaby zakazywać awatarów z błyskawicą czy tęczą? To naturalna konsekwencja błędnego myślenia, że szkole wolno dysponować innymi. Problem zakazywania np. czerwonych paznokci był niewidoczny i zdawał się błahy, ale jego kontynuacją jest zakazywanie wyrażania opinii i poglądów. Minister Czarnek tylko wzmocnił poczucie, że władza może wszystko i dał zielone światło dla nadużywania jej, stosowania kar, arbitralnych ograniczeń, ale tak było już przed nim.

Jakie są kary za „nieodpowiedni” ubiór?
- Najczęściej punkty ujemne, a w efekcie obniżenie zachowania. Szukamy z mecenasem Adamem Kuczyńskim z Fundacji Przeciw Kulturze Gwałtu osób, którym obniżono zachowanie ze względu na to, jak wyglądają. Chcielibyśmy przeprowadzić taką sprawę w sądzie, więc zachęcam do kontaktu.

Redakcja poleca

Wymieniałaś konkretne artykuły konstytucji, akty prawne, ale co może zrobić taki uczeń, któremu narzuca się zasady ubioru w szkole, daje punkty ujemne?
- Po pierwsze mieć świadomość, że słowo z ust nauczyciela nie jest prawem. Chroni nas konstytucja i Europejska Konwencja Praw Człowieka, one nie znikają, gdy wchodzimy w mury szkolne. Po drugie nie jesteśmy niewolnikami tylko obywatelami i obywatelkami, nawet w szkole. Art. 6 Karty Nauczyciela i preambuła Prawa oświatowego mówią o tym, że szkoła ma przygotowywać do życia w społeczeństwie obywatelskim, czyli aktywnym, otwartym, świadomym i współuczestniczącym. Gdy ktoś w szkole wypowiada swoją niezgodę, zauważa prawne błędy, wskazuje słabe strony i chce coś z tym zrobić, to powinien być do tego zachęcany, wysłuchany.

Trudno mi to sobie wyobrazić.
- W polskiej rzeczywistości zgłaszanie uwag, wskazywanie na nieprawidłowości jest witane próbą postawienia negatywnej oceny albo wezwaniem rodziców do wychowawcy lub dyrektora. W ten sposób przez 12 lat uczymy się chorej demokracji, czyli jeśli staniesz w obronie swoich praw to znaczy, że jesteś niesubordynowany, masz jakiś problem i trzeba wezwać rodzica. Trzeba cię ukarać, więc lepiej trzymać język za zębami.

Świadomość prawa to jedno, ale do jego egzekwowania jeszcze długa droga.
- Co jeszcze można zrobić? Zapomnieć o tych wszystkich bzdurach, do których się przyzwyczailiśmy, na których ufundowana jest szkoła. Oddzielić to, co jest prawem od patologicznego zwyczaju. Dr hab. Łukasz Gasiński z Uniwersytetu Warszawskiego i apl. Anna Aranowska napisali opinię prawną dotyczącą bezprawnej ingerencji szkoły w wygląd uczniów, można z niej powszechnie korzystać, napisać wniosek do dyrekcji, załączyć tę opinię, zebrać podpisy społeczności szkolnej, przeprowadzić debatę wśród uczniów i uczennic na temat ingerencji w wygląd, zaprosić dyrekcję, nauczycieli na spotkanie z ekspertami od psychologii i rozwoju, złożyć skargę na nauczyciela, który upokarza lub dyskryminuje. Składanie wniosków i skarg to również nasze konstytucyjne prawo. Nikt nie może nas za to karać, że z nich korzystamy. Wiem, że boimy się napisać takie pismo, ale szkoły powinny właśnie wychowywać do tego, żeby się nie bać być obywatelem i obywatelką.

Nauczyciele uczą nas często tego, czego sami zostali nauczeni.
- Tak, i dlatego ten system się reprodukuje. Długo myślałam, że problemy „szkolne” kończą się wraz z wyjściem ze szkoły, otóż nie. Przez 12 lat nasiąkamy chorym systemem władzy, uczymy się, że można naruszać naszą godność, oceniać nasz wygląd, wyśmiewać nas przy innych. Niewidzialne przyzwolenie na łamanie prawa zaczyna się w szkole. Wpaja się dziewczynkom, że mają nie prowokować chłopców zbyt krótkimi spodenkami, bluzkami na ramiączkach. Przez 12 lat formatowane są nasze mózgi tak, żebyśmy byli posłuszni władzy, a nie żeby kontrolować, przypominać i mówić: nie masz racji władzo, prawo mówi coś innego. Potem jako społeczeństwo wychodzimy ze szkół z ugruntowaną, patologiczną wizją, czym jest władza i czym jest podległość i nie potrafimy zawalczyć o siebie, rozpoznać przemocy, molestowania, mobbingu. Szkoła powinna uczyć wolności słowa, tolerancji, wyrażania opinii, dialogu - jak mamy się tego nauczyć, kiedy mamy to trenować, jeśli w szkole mamy być wszyscy jednakowi, nie mamy się wyróżniać, nie mamy prezentować swojej odmienności, różnych poglądów? Wychodzimy ze szkoły i nie umiemy rozmawiać, słuchać, za to potrafimy rzucać butelkami i wykluczać tych, którzy myślą inaczej.

A co powiesz na mundurki? Pamiętam, że w gimnazjum załapałam się na ten element reformy ówczesnego ministra edukacji Romana Giertycha.
- A jak się z tym czułaś?

Nie przeszkadzało mi to jakoś, zwłaszcza, że nosiliśmy je tylko przez rok, ale pamiętam, że rada rodziców długo wybierała ich wzór.
- A to nie było jak zabawa w ubieranie laleczek, żeby po szkole chodziły jednakowe ubrane żołnierzyki?

To były takie szmaty, że nie odebrałam tak tego. Chodziło o to, żeby były jak najtańsze.
- Właśnie, przy okazji tego tematu często odwołujemy się do kultury anglosaskiej, gdzie dzieci chodzą w mundurkach we wszystkich szkołach. Po pierwsze nie we wszystkich, a po drugie te mundurki wywodzą się z innych powodów kulturowych, są wysmakowane, eleganckie i zapewniane przez szkoły. W Polsce często przerzuca się koszty na rodziców, nie może tak być. Jeśli szkoła decyduje się na wprowadzenie mundurków, to musi je zapewnić, bo nauka jest bezpłatna, mówi o tym konstytucja. Często, żeby było taniej, wybierane są bezkształtne polarowe wory z logo szkoły, byleby tylko ujednolicić dzieci, jak w obozach pracy, w więzieniu. To nie ma nic wspólnego z ładnym anglosaskim mundurkiem. A i tam coraz częściej dzieciaki walczą o ich likwidację.

Czy nie lepiej zamiast zakazywać, byłoby zaprosić do szkoły mądrą kosmetyczkę, makijażystkę, wizażystkę, które powiedzą, jak to robić dobrze, elegancko. To twoja propozycja.
- Szkoła powinna spełniać funkcje wychowawcze - i to mogłaby być forma ich realizowania. Młodzi ludzie często malują się, żeby ukryć trądzik, problemy z cerą. Niech nauczą się, jak robić to dobrze, poza tym makijaż staje się też formą sztuki. Nauczyciele broniąc tych zakazów, nakazów, przytaczają argument, że w ten sposób przygotowują młodzież do pracy. Pytam, do czego chcecie ich przygotować? Według badań  65 proc. nastolatków, waszych uczniów i uczennic, będzie pracowało w zawodach, które dziś jeszcze nie istnieją. Dlaczego nie pomyślicie o tym, że uczycie ludzi, którzy będą także pracodawcami? I to takimi, którzy np. będą mieli wywalone na to, jak wygląda ich pracownik, bo będą szefami firm pracujących zdalnie, albo nie będą mieli potrzeby kontrolowania wyglądu pracownicy? Albo będą projektantami mody. Skąd to założenie, że wychowujecie tylko pracowników banków?

Po lekcjach zdalnych, gdy uczniowie wrócili do szkół, nauczyciele mówili mi, że zaskoczył ich wygląd uczniów. Wielu siedząc w domu, eksperymentowało z fryzurami, strojami, makijażami. I po powrocie nie wyglądali już tak grzecznie. Myślałam, że tym bardziej po nauce zdalnej szkoły zluzują zakazy dotyczące ubioru, wielu nauczycieli stwierdziło, że trzeba będzie się do takich uczniów przyzwyczaić.
- W niektórych szkołach idzie to w taką stronę, ale w innych jest skracanie „smyczy”. Z dnia na dzień świat gna coraz szybciej, zmienia się, epidemia przyspieszyła zmiany społeczne i kulturowe. Szkoła powinna uczyć rozumienia tego świata i adaptowania się do niego, współkształtowania rzeczywistości. Dzisiejsza szkoła jest betonem. Wiem, że są wspaniałe wyjątki, ale mówię o tym, co jest smutnym standardem.

Zakazując dowolnego ubioru, co zabiera uczniom?
- Możliwość kreowania siebie, prawo do szacunku, poczucie tożsamości, poczucie autonomii i niezależności.

*Alina Czyżewska – aktorka, aktywistka i ekspertka Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska.

Redakcja poleca

RadioZET.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET