`

Co dały kuchenne rewolucje w szkołach? Miało być zdrowo, a słychać: Po lekcjach poszliśmy na pizzę

6 min. czytania
02.10.2026 06:22
Obserwuj nas na Google

Przysmak Shreka, burger Szefowej Kuchni, zupa kapitana Nemo. Nowe menu namieszało na szkolnych talerzach. Jak przyznają sami uczniowie i ich rodzice zmiany idą opornie. Eksperci mają na to radę. 

Szkolna stołówka
fot. Polska Press/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Nowe menu w szkolnych stołówkach budzi kontrowersje wśród uczniów i rodziców. 
  • Eksperci podkreślają, że kierunek zmian jest słuszny. 
  • Specjaliście przekonują też, że ważne jest nie tylko wprowadzenie zdrowych posiłków. 

- W zeszłym tygodniu mieliśmy krem z pieczonych warzyw z grzankami z chleba razowego oraz kotleciki z czerwonej soczewicy i kaszy jaglanej. Dramat. Ani to nie wygląda, ani nie smakuje - przyznaje Kamila, uczennica VI klasy szkoły podstawowej.

- Leczo z soczewicy nikt nie tknął, po lekcjach poszliśmy na pizzę - to już Konrad, także z VI klasy.

Na zmiany w szkolnych stołówkach narzekają też rodzice. - Wege kotleciki z grochu, pierogi z pełnoziarnistej mąki z farszem ze szpinaku i tofu, makaron z czerwonej soczewicy w sosie pomidorowym - co z tego, że obiad może i zdrowy, skoro córka nie chce tego jeść! Po prostu jej nie smakuje - przekonuje Marek, ojciec 13-latki. Katarzyna, matka 9-latka: - Płacę za obiady i to nie małe pieniądze, bo 250 zł miesięcznie, a syn i tak chodzi głodny. Wcześniej uwielbiał zupę pomidorowa, ostatnio odbieram go ze szkoły i mówi: "Nie lubię pomidorówki. Jest okropna, wolę rosół". 

Quiz: Quiz. Arcydzieła literackie, najlepsze książki. Przypisz pisarza do tytułu i zdobądź 10/10 punktów

Shutterstock
1/10 Kto jest autorem powieści "Zabić drozda"?

Ekspertka: "Ciecierzyca to nie egzotyka"

Minął miesiąc od kiedy w szkołach obowiązuje nowe rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia dotyczące żywienia w szkolnych stołówkach. Celem było nie tylko zwiększenie udziału produktów roślinnych, ale też ograniczenie smażenia i dostosowanie posiłków do zasad tzw. diety planetarnej. Tyle teoria. W praktyce: w tygodniu to dwa obiady z porcją świeżego mięsa, co najmniej jeden z rybą i co najmniej jeden oparty na nasionach roślin strączkowych, bez produktów odzwierzęcych. Do tego przynajmniej dwa razy w tygodniu zupy na wywarze warzywnym. To, jak oceniają eksperci, najbardziej medialna część zmian. Ale nie jedyna. 

Więcej jest też produktów zbożowych, w tym pełnoziarnistych, oraz nasion roślin strączkowych. Jednocześnie mniej cukru i produktów wysoko przetworzonych. Dla przykładu, w napojach przygotowywanych na miejscu zmniejszono dopuszczalną ilość dodawanego cukru.. 

Redakcja poleca

Nowe menu budzi kontrowersje, ale jak podkreśla w rozmowie z RadioZET.pl psycholog kliniczna dr Hanna Stolińska kierunek zmian jest słuszny. Wskazuje na najnowsze rekomendacje WHO z 2026 r. i dane resortu zdrowia. Z tych ostatnich wynika, że nawet około 80 proc. dzieci je za mało warzyw i owoców. 

- Tymczasem szkoła realnie kształtuje nawyki. Dziecko spędza tam dużą część dnia i przez wiele lat regularnie styka się z określonym modelem jedzenia. W ten sposób uczymy  różnorodności źródeł białka. Fasola, soczewica czy ciecierzyca nie powinny być dla niego egzotycznym produktem poznanym dopiero w wieku 25 lat - podkreśla. 

Inna rzecz, że szkoła może też w ten sposób zmniejszać nierówności żywieniowe. Dla części dzieci obiad szkolny jest jednym z najbardziej wartościowych posiłków w ciągu dnia. 

- Czyli niechęć wobec nowego menu jest wylewaniem dziecka z kąpielą? - dopytujemy.

- Warto oddzielić dwie kwestie: założenia żywieniowe i sposób wykonania. Można mieć bardzo dobre zalecenia i fatalnie ugotowaną ciecierzycę. To, że dziecko nie zjadło konkretnego kotleta z soczewicy, nie jest dowodem, że dzieci potrzebują mięsa pięć razy w tygodniu. To, że coś jest roślinne, nie oznacza automatycznie, że jest zdrowe albo dobrze zbilansowane - odpowiada dr Hanna Stolińska. 

Dlatego nie przeciwstawiałaby "zdrowego jedzenia" i "smacznego jedzenia". Szkolny obiad musi spełniać oba warunki. Ma mieć dobrą wartość odżywczą i dziecko ma chcieć go zjeść.

Redakcja poleca

Zmiany na stołówkach. Oto główne błędy

Nasza rozmówczyni przestrzega też przed wyciąganiem wniosku, że dziecko jest głodne dlatego, że nie dostało mięsa. - Dziecko jest głodne przede wszystkim wtedy, gdy posiłek dostarcza za mało energii, albo gdy go po prostu nie zjada. I właśnie to drugie może być teraz problemem. Jeżeli dziecko przez dziesięć lat jadło w domu głównie kotlet, makaron z mięsem i rosół, a nagle dostaje soczewicę w formie, której nie zna i która dodatkowo nie wygląda atrakcyjnie, może jej nie zjeść. To nie oznacza, że soczewica jest dla niego niezdrowa. Oznacza, że źle przeprowadziliśmy zmianę żywieniową - tłumaczy. 

Inne  zagrożenia? W ocenie ekspertów największym jest zbyt literalne wdrażanie przepisów. Można spełnić wymagania "na papierze", a przygotować danie, które będzie mało smaczne, nieatrakcyjne  i niedostosowane do wieku dziecka. 

- W grę wchodzi też odpowiednia kaloryczność. Dania roślinne często mają dużą objętość, ale jeżeli składają się prawie wyłącznie z warzyw i niewielkiej ilości strączków, mogą mieć za małą gęstość energetyczną. U dziecka nie chodzi przecież o stworzenie "dietetycznego", niskokalorycznego talerza - wskazuje psycholog kliniczna. By tego uniknąć w nowych wytycznych większy nacisk położono też na rzeczywiste bilansowanie jadłospisu. Jeśli szkoła podaje tylko obiad, powinien on dostarczać średnio około 20 proc. całodziennego zapotrzebowania na energię przy posiłku jednodaniowym i 30 proc. przy obiedzie dwudaniowym.

W gabinecie dietetyka temat sprowadza się też do pytań: "Czy moje dziecko dostanie wystarczająco dużo białka?", "Czy nie zabraknie mu żelaza?", "Co z cynkiem, wapniem, witaminami B12 czy kwasami omega-3?". I odpowiedź za każdym razem brzmi: nie stanowi to problemu tylko dlatego, że raz w tygodniu pojawi się posiłek roślinny. - Trzeba patrzeć na cały jadłospis tygodniowy i całą dietę dziecka. Specjaliści pediatryczni zwracają uwagę, że składniki te wymagają szczególnej kontroli jedynie przy ścisłych dietach roślinnych - podkreśla dr Stolińska. 

Obiad na szkolnej stołówce
Fot. ANDRZEJ BANAS/Polska Press/East News
Obiad na szkolnej stołówce

Modne menu, czyli przysmak Shreka 

Nie ma ogólnopolskich danych dotyczących rezygnowania ze szkolnych stołówek, ilości odpadów czy rzeczywistej realizacji norm energetycznych. Natomiast przegląd 65 europejskich badań opublikowany w 2026 r. pokazał, że  samo ustanowienie standardu nie wystarcza. Najlepsze efekty przynosi kilka działań. Nie tylko zmiana jadłospisu, a nowe menu w połączeniu z edukacją i zmianą środowiska szkoły. - Zdrowa stołówka nie powinna polegać na tym, że dorosły układa idealny jadłospis w excelu. Sukces jest wtedy, kiedy pełnowartościowy posiłek rzeczywiście trafia do brzucha dziecka, nie do kosza - podkreśla dr Stolińska. 

Badania nad żywieniem szkolnym pokazują, że znaczenie mają nie tylko smak, sposób przygotowania i wygląd potraw czy znajomość dania, ale też możliwość wcześniejszego spróbowania i zaangażowanie dzieci. - Przed wprowadzeniem nowej potrawy można zrobić małe degustacje. Dawać do wyboru dwie dobrze zbilansowane opcje. Zaprosić uczniów do oceniania nowych dań i zbierać informację, które receptury są akceptowane - wylicza ekspertka. Zapewnia, że to nie kosmetyczne działania: badania dowodzą, że znajomość potraw, prezentacja i wcześniejsze testowanie mają wpływ na to, ile dzieci rzeczywiście zjedzą. 

Joanna Kozłowska, prezeska Fundacji Szamto (prowadzi w szkołach na Podlasiu projekt "Stołówka na piątkę") radzi też "przemycać" produkty wymagane rozporządzeniem, a do których dzieci ciężko jest przekonać. - Zamiast filetu w panierce, niech to będą burgery rybne w formie, która przypomina street food. Kotleciki z grochu można podać w formie uwielbianej przez dzieci tortilli. Zróbmy też raz w miesiącu dzień kuchni świata. A wcześniej w klasach I-III pogadajmy o kulturze danego kraju, co tam się je i dlaczego. Postawmy na marketing szeptany. Bawmy się też nazwami: zupę rybną można przecież nazwać zupą kapitana Nemo, burger z ciecierzycy - burgerem Szefowej Kuchni, a dania ze szpinakiem - przysmakiem Shreka.

Zapewnia, że dzieci chętnie jedzą łososia (z warzywami lub makaronem), bo - jak same mówią - "łosoś to łosoś, nie ryba". Tak samo, dodaje, można podejść dodań strączkowych. - Spróbujmy ocieplić to nazwą i formą podania. Przykłady? Choćby burger ze strączków. Bez problemu można dostać bułkę, w której nie ma jajek. Do tego sos na bazie warzyw. Dalej: bolognese ze strączków z razowym makaronem i sosem warzywnym; i kolejny posiłek gotowy. Część nawet się nie zorientuje, że to strączki, jeśli im tego nie ogłosimy. To nie jest duża trudność - zapewnia.

Redakcja poleca

Prezeska Szamto podkreśla też, że zmiana na szkolnych talerzach jest demonizowana, bo nadal menu dla dzieci powinno być możliwe proste i znane, jak domowe obiady. - Nie ma co udziwniać, to nadal żywienie zbiorowe. Zadaniem jest przygotowanie zbilansowanego posiłku, który zje możliwie najwięcej dzieci - podkreśla.

Część szkół już się przekonała, że może to być "kuchenna rewolucja bez rewolucji". Iwona Pasznicka-Longa, dyrektorka Zespołu Szkół Specjalnych nr 4 w Krakowie, która na zdrowe menu postawiła trzy lata temu, potwierdza: - Z początku dzieci nie chciały jeść brązowego ryżu, bo uznały: "jest brudny". Mieszaliśmy go z białym ryżem i dopiero po kilku tygodniach ponownie spróbowaliśmy podać tylko ten brązowy. Chwyciło, danie zniknęło z talerzy równie szybko jak rosół.

Źródło: Radio ZET 

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET