Rok bez prac domowych. „Córka płakała, teraz ja płaczę”
Monika liczyła, że gdy skończą się prace domowe, skończą się też awantury w domu. Kłótni jednak przybyło. - Walczę, żeby córka cokolwiek robiła i nic - mówi. Stąd Małgorzata, nauczycielka w podstawówce, ma cichy układ z rodzicami. - Robię na lekcji temat, urywam i mówię: „dokończ w domu” - opowiada. Sprawdzamy, jak wygląda nauka z ograniczonymi zadaniami domowymi po roku.
Gdy Julka, dziś siódmoklasistka, siadała do matematyki, słyszał cały dom. Nie lepiej było z angielskim i biologią. Najpierw był płacz, że ma strasznie dużo zadane, potem, że nie rozumie materiału (głównie z matematyki), na końcu, że zeszło jej do nocy i nic poza lekcjami nie zdołała zrobić. Monika, mama Julii, gdy wspomina ten czas, aż ma gęsią skórkę, bo na zmianę z mężem siedzieli przy starszej i młodszej córce, pomagając i tłumacząc im kolejne zagadnienia. - Teraz mnie chce się czasem płakać, bo walczę, żeby starsza córka cokolwiek robiła, przekonuję, proszę i nic – opowiada Monika.
Dlatego Małgorzata, nauczycielka klas 1-3 w podstawówce w Olsztynie, ma cichy układ z rodzicami. - Nie mogę zadawać prac domowych, chociaż rodzice bardzo proszą. Wymyśliłam więc, że robię coś na lekcji, celowo nie kończę i mówię: „dokończ w domu”. Nie mogą mi zarzucić, że zadałam pracę domową – opowiada. Bartek, polonista z Łodzi, gdy widzi, że dziecko świetnie poradziło sobie z ćwiczeniami, za które dziś nie może już wystawić oceny, prosi ucznia do tablicy, odpytuje i wstawia piątkę. - Czasem w ten sposób doceniam trud dzieci w odrobieniu lekcji – mówi.
Rok bez prac domowych. Nie powtarza się, zapomina się
Dzieci od roku mogą, ale nie muszą takich lekcji robić. Dokładnie od kwietnia 2024 roku zgodnie z rozporządzeniem MEN nauczyciele w klasach 1-3 w podstawówkach nie mogą zadawać prac praktyczno-technicznych i pisemnych (poza tymi związanymi z ćwiczeniem tzw. małej motoryki). W klasach 4-8 prace domowe pisemne i praktyczno-techniczne mogą być, ale nieobowiązkowe i nie na ocenę. Jeśli dziecko odrobi takie ćwiczenia, to nauczyciel ma obowiązek przekazania informacji zwrotnej dziecku, jak sobie z nimi poradziło. Jak praca w takim systemie wygląda po niemal roku?
- Obowiązek pracy domowej, który spoczywał na uczniu i rodzicu, wyzwalał pewne poczucie odpowiedzialności, dawał możliwość utrwalenia wiedzy przez ćwiczenia. Była większa kontrola ze strony rodziców, co przekładało się na większy rozwój dziecka. Było to pomocne do osiągania lepszych wyników w nauce – komentuje Lucjan Miciuk, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 12 w Lublinie. A teraz? - Umiejętności uczniów spadły, to czego się nie ćwiczy, nie powtarza, zapomina się – stwierdza krótko.
Według Małgorzaty wiedza uczniów też pozostawia wiele do życzenia. - Co roku robię konkurs z wiedzy przyrodniczej, zazwyczaj pytania powtarzają się. W tym roku połowa dzieci oddała niemal puste kartki, albo pisały totalne głupoty, których nawet nie warto powtarzać - mówi. Nie ma wątpliwości, że wpłynął na to brak systematycznego utrwalania materiału. - Gdy zadałam obowiązkowe ćwiczenia (rozporządzenie w klasach 1-3 takie dopuszcza – przyp. red.), na 25 osób 20 nie miało, bo „zapomniało”. Gdy omawiamy lekturę, na lekcjach nie mają nic do powiedzenia, bo nie przeczytali - opowiada.
Bez prac domowych, ale awantury zostały
Część uczniów, na co niejednokrotnie zwracali uwagę nauczyciele, myśli, że skoro nie ma pracy domowej, to też nie trzeba się uczyć, przygotowywać. Trudniej jest też wprowadzać nowy materiał, bo brakuje utrwalenia poprzedniego. Co na to rodzice? - Jak zwykle jest grupa, która chce, żeby były prace domowe, a mniej więcej połowa cieszy się z ich braku – szacuje dyrektor Miciuk.
Monika, mama Julki, początkowo należała do tej drugiej grupy. Szybko zmieniła nastawienie, gdy córka opowiedziała jej o kartkówce z geografii. - Nauczycielka pytała m.in., co to jest gołoborze i nikt z klasy nie wiedział, chociaż córka miała o tym wyraźnie napisane w zeszycie. Zresztą mieszkamy w rejonie, w którym ta wiedza powinna być powszechna – wspomina. Rodzina mieszka w woj. świętokrzyskim.
Monika zaczęła wtedy mocno mobilizować córkę do pracy i powtarzania materiału z lekcji, ale najczęściej kończyło się zdaniem: „przecież to jest nieobowiązkowe”. - Stąd i tak mamy awantury. Zawsze znajdzie się, coś co jest ciekawsze niż nauka – stwierdza Monika. Za plus uznaje jedynie wolne weekendy, bo zawsze praktycznie cała niedziela u nich była przeznaczona na lekcje i brak czasochłonnych prac z plastyki.
Patryk, tata piątoklasistki z Lublina, przyjął inny system. Gdy jego córka wraca ze szkoły, daje jej z godzinę na odpoczynek i potem ma siąść i powtórzyć lekcje z danego dnia, by utrwaliła materiał. - Zajmuje jej to ok. pół godziny, a później siada do nauki na sprawdzian czy kartkówkę. - A odkąd nie ma prac domowych, ma ich zdecydowani więcej – przyznaje Patryk. Nie narzeka jednak na taki system, ale przyzwyczajali do niego córkę już od trzeciej klasy. - Wychowawczyni poradziła, żeby tak zrobić, żeby się utrwalał dzieciom materiał – wyjaśnia i dodaje: - Staramy się, żeby córka nie siedziała całymi popołudniami nad książkami, tylko żeby to raczej było szybkie powtórzenie. Czasem ją przepytamy, powiemy, co ma powtórzyć, czy poprawić i tyle.
Brak prac domowych odpowiada mu, chociaż jest pewne „ale”. - Córka lubi angielski, biologię, geografię. Ale jak przychodzi do matmy, to jest dramat. Muszę nad nią stać, żeby siadła do zadań z matematyki, bo nauczycielka dla chętnych, ale zadaje. Inaczej córka nie robiłaby nic i nic by potem nie rozumiała – mówi Patryk. Na wywiadówce wychowawczyni również zwróciła uwagę na to, że po zniesieniu prac domowych poziom się obniżył. - W moim wypadku uważam akurat, że wcześniej było gorzej, bo np. przy matematyce przerabialiśmy rzucanie książkami i awantury, że córka nie rozumie i że nie będzie tego robiła – wspomina Patryk.
Nauka nie dla ocen
To jeden z problemów szkoły, które uwidoczniły zmiany w pracach domowych. Dzieci, które mają wsparcie w domu, zaplecze intelektualne i finansowe, mogą korzystać z zajęć dodatkowych, korepetycji, a rodzice, nawet jeśli dzieci wolałyby pograć na telefonie, dbają o to, by jednak przyłożyły się do lekcji. Nie wszyscy mają jednak taką uwagę dorosłych. Dla takich obowiązkowa praca domowa była jedyną szansą mobilizacji do powtórzenia materiału. Stąd dyrektorzy spodziewają się, że w wynikach egzaminów będzie widoczny rozdźwięk między szkołami publicznymi a prywatnymi, które wciąż zadają projekty czy inne ćwiczenia do domu.
Z drugiej strony, na co zwraca uwagę Bartek, polonista, dyskusja wokół prac domowych pokazała, jakie mamy myślenie o szkole. - Wciąż zadaję pracę domową, odrabia ją znaczna część, bo tłumaczę im celowość tych zadań, czyli wyćwiczenie pewnych umiejętności, a nie wykucie wiedzowe. Trzeba im uświadamiać, gdzie jest wektor procesu uczenia się, a jest po ich stronie – mówi. Niestety, nieraz uczniowie spotykali się z argumentem "trzeba zrobić i już", na który buntowali się.
- Teraz część pracuje, część ignoruje moje zalecenia. Choć nie ma co ukrywać, kto nie chciał kiedyś odrabiać lekcji, to nie odrabiał – stwierdza polonista. Nauczyciel próbuje zmienić też widzenie edukacji u uczniów także w innej kwestii. Tłumaczy, że dzieci uczą się nie tylko dla nagród (ocen) albo uniknięcia kary (jedynki), tylko przede wszystkim dla siebie. Do takiego podejścia uczniów też trzeba przekonać, a przede wszystkim im to racjonalnie wyjaśnić.
Będą zmiany w pracach domowych?
Zmiany w pracach domowych pokazały też, jak system jednakowo traktuje różne szkoły, bo we wszystkich wprowadzono takie same zasady. A system, na co niejednokrotnie zwracali uwagę nauczyciele, pod tym względem powinien być zdecentralizowany. W dużym mieście, gdzie oferta zajęć pozalekcyjnych jest bogata, brak prac domowych może być korzystny dla niektórych dzieci, ale w małych miejscowościach i na wsiach po szkole dzieci nie mają zbyt dużego wyboru aktywności. Zostaje im więc często komputer i telefon.
Sandra, nauczycielka angielskiego, widzi jeszcze jeden kluczowy problem szkoły, który uwidocznił się po zeszłorocznych zmianach. - Praca domowa w polskiej szkole jest pracą odtwórczą. Nauczyciele często idą na łatwiznę, dają zadania z książek, które są wszędzie dostępne. Trudno, żeby dzieci angażowały się w takie ćwiczenia, skoro mogą je mieć na wyciągnięcie ręki. Gdy miały coś takiego zadawane, nie ćwiczyły więc, tylko spisywały – mówi. Anglistka uważa, że nawet teraz gdyby praca domowa była twórczo przemyślana, byłyby to zadania nowe, ciekawe, z pomysłem, to i bez konieczności ich odrabiania dzieci siadłyby do nich z ochotą.
A wie to po swoich lekcjach, na których pokazuje parę przykładów, omówi coś, a potem uczniowie pracują sami albo w grupach, a ona podchodzi do każdego, pomaga, tłumaczy. Proponuje, by w domu posłuchali wybranych piosenek, obejrzeli filmy, seriale po angielsku. - Nie muszę wystawiać oceny, żeby wiedzieć, czy ktoś się przyłożył do tego czy nie. Ale na pewno muszą to zrobić sami i 70 proc. uczniów to robi – mówi.
Barbara Nowacka, szefowa MEN, od czasu wprowadzenia zmian kilkakrotnie zapewniała, że nie przewiduje powrotu do obowiązkowych prac domowych. W wielu wywiadach potwierdzała słuszność ich likwidacji. Jak tłumaczyła, dzieci mogą spędzać więcej czasu z rodzicami, rodzice nie mają pretensji do nauczycieli o nadmierne obciążanie lekcjami uczniów, a nauczyciele potrafią zadawać prace domowe i nie oceniać ich oceną cyfrową.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET