Małopolska Kurator Oświaty: "Tzw. zacofanie szkoły staje się szansą"
- Dzieci są niesprawne, nawet jeśli chodzi o utrzymywanie równowagi, chodzenie. Wiele sześciolatków nie rozróżnia rączki lewej od prawej. Ma nieprawidłowy chwyt pisarski. Płynne mówienie pełnymi zdaniami zanika. Braki cywilizacyjne wymuszały naturalną naukę tego. Dlatego wszędzie tam, gdzie można do tego wrócić, należy to zrobić - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Gabriela Olszowska, Małopolska Kurator Oświaty.
Co dalej... - to nasz autorski cykl rozmów z nauczycielami, naukowcami i edukacyjnymi działaczami, w którym przedstawiamy konkretne propozycje zmian i pomysły na edukację i naukę. Jak jest, już wiemy. W naszych tekstach chcemy iść o krok dalej. Wspólnie z rozmówcami zastanawiamy się, do czego dążymy, jak mogłoby być, co zrobić, żeby to osiągnąć i wzmocnić to, co w edukacji i nauce mamy najlepsze.
Aleksandra Pucułek: - Czy obecny system edukacji się pani podoba?
Gabriela Olszowska, Małopolska Kurator Oświaty: - Widziałabym go zupełnie inaczej. Marzy mi się powrót gimnazjów, ale takiej możliwości absolutnie nie ma. Obawiam się, że byśmy tego nie wytrzymali, ale nie będziemy płakać nad rozlanym mlekiem. Na pewno, żeby ten system bardziej mi się podobał, oczekiwałabym głębokich zmian w kształceniu nauczycieli.
Na czym konkretnie miałyby one polegać?
- Przede wszystkim na zmianie planów studiów dla nauczycieli. Wystarczyłoby chociaż 30 godzin seminarium o nowoczesnym ocenianiu i diagnostyce edukacyjnej. Tego nie ma, a wymaga się od nas konstruowania nowoczesnych narzędzi oceniania, które w sposób właściwy rozpoznają umiejętności i wiedzę uczniów. W związku z tym powstają różnego typu formy i praktyki, które nie są zgodne z ustaleniami dydaktyki ogólnej. Od 25 lat mamy dobre przepisy w zakresie oceniania, które nie działają. Innym problemem, którym trzeba by zainteresować młodych adeptów zawodu to np. kognitywistyka, a więc nauka o ludzkim uczeniu się i medioznawstwo pod kątem uczenia.
Do tego nauczyciele dodają nowoczesne metody pracy ze współczesnym uczniem, bo jak opowiadają, trudno im teraz zainteresować, skupić uwagę uczniów przyzwyczajonych do kilkusekundowych filmików na lekcji 45 minutowej.
- Od mediów, komórek nie da się uciec. Samo narzędzie nie jest złe. Złe może być jego nadmiarowe używanie. Popatrzmy na historię czytania. Przez wiele setek lat ludzie pozyskiwali zdolność czytania powszechnego, a likwidacja analfabetyzmu w Polsce przypadła dopiero na czasy po II wojnie światowej. Nasz mózg przyzwyczajał się przez dziesiątki lat do pewnych funkcji, a nagle w 1992 roku dostaliśmy narzędzie – internet - które spowodowało, że zaczęliśmy wykonywać działania, do których nasz mózg nie jest przyzwyczajony.
Nie wszystko więc musi się przenieść do narzędzia - komórki. Wręcz przeciwnie. Potrzebujemy włączać metody, które stopują nadmiarowy kontakt z tymi urządzeniami. To tzw. zacofanie szkoły sprowadzane do czytania karty tekstu z książki, z podręcznika i pracy na zwykłej papierowej karcie pracy staje się szansą na przywracanie naturalnych zasad uczenia się, tych do których nasze mózgi przyzwyczajały się setki lat. Spójrzmy na Szwecję, w której nagle powiedziano: stop, nie idziemy w to dalej, musimy powrócić do spokojnej pracy z zadrukowaną białą kartą.
Za ile lat u nas padnie słowo „stop”?
- Myślę, że zdarzy się to bardzo szybko, na co liczę.
Czyli dokładnie kiedy?
- Szybciej niż nam się wydaje. Jeżeli tak nie powiemy, to będziemy mieli dzieci – już są takie - które będą się porozumiewać monosylabami - „no, aha, ehe”. Płynne mówienie pełnymi zdaniami zanika.
Jest to pewien paradoks, bo sporo rodziców przekonuje, jak ich syn czy córka szybko osiąga niesamowite sukcesy, jak jest zdolna. Jednocześnie logopedzi zwracają uwagę na to, że coraz później dzieci zaczynają mówić. Taka podstawowa rzecz.
- Dzieci są zdolne. Problemy z mówieniem to nie tylko kontakt nadmiarowy z e-narzędziami. Dzieje się tak również ze względu na zmianę stylu żywienia. Nie chcę tutaj stawiać pod ścianą rodziców i krytykować ich, tylko prosić, by jednak dali do pogryzienia dziecku skórkę z chleba, albo kawałek jabłka, a nie ucierali go. Gryzienie, nagryzanie jest po to, by wzmocniła się żuchwa, by wysunęła się, by mięśnie zyskały napięcie. Dzięki temu maluch może mówić. Kiedyś było to naturalne, to towarzyszyło mojemu dzieciństwu. A dzisiaj? Tylko smakowite gerbery do połykania. Kolejna sprawa: chodzimy do szkoły czy jeździmy?
Wręcz podwozimy dzieci pod same drzwi.
- Rodzic jedzie do pracy, więc podwozi dziecko. Ok, rozumiem. Ale przejście z rodzicem kilometra lub półtora do szkoły czy przedszkola służy zdrowiu i rozwojowi dziecka. Nie mówię, że nie wolno jeździć samochodem z dzieckiem, ale proszę zobaczyć, jak cywilizacja zaczyna nam dokuczać. Dzieci są niesprawne, nawet jeśli chodzi o utrzymywanie równowagi, chodzenie, o skręcanie w lewo, w prawo. Wiele sześciolatków nie rozróżnia rączki lewej od prawej. Ma nieprawidłowy chwyt pisarski, który kształci się m.in. w kontakcie z naturalnymi materiałami typu piasek, patyk. Dzisiaj nie wolno się bawić dzieciom w piasku, bo się ubrudzą. Przepraszam, będę niepopularna – pozwólmy im się pobrudzić. Dziecko musi sprawdzić wszystko.
Ale nie daj Boże wezmą to do buzi.
- A to już w ogóle. Chwyt pisarski doskonali się także przez prawidłowy chwyt łyżki. Tymczasem dzisiaj dzieci sześcioletnie wciąż mają niedojrzały czteropalczasty tzw. małpi chwyt, czyli łapią łyżkę całą ręką. Żeby dziecko mogło przystąpić do pisania, musi mieć chwyt pisarski, a żeby mieć chwyt pisarski, musi nauczyć się jeść łyżką, układając specyficznie trzy palce. To dość trudne. Powinny to trenować sześciolatki – nie pisać od razu, ale się mocno do tego gotować.
Proszę zobaczyć cośmy zrobili dzieciom. Pisanie, mówienie, chodzenie - takie rzeczy zaczynamy gubić. Braki cywilizacyjne wymuszały kiedyś naturalną naukę. Dlatego wszędzie tam, gdzie można do tego wrócić, należy to zrobić. Technologia nie zawsze jest potrzebna i konieczna. Lubię pokazywać filmiki edukacyjne, ale i czytać na głos różnymi technikami. Rysować notatki, ale i pisać ręcznie.
To przejdźmy do konkretów. Telefony komórkowe w szkołach powinny być zakazane?
- Często rodzice tłumaczą, że chcą mieć kontakt z dzieckiem, ale wcale nie muszą go mieć tu i teraz, natychmiast. Pamiętam, jak kiedyś sprawdzając obecność, pomyliłam się w e-dzienniku i zaznaczyłam chłopcu nieobecność. Jeszcze nie przeszłam do kolejnego nazwiska, a już chłopiec zgłasza się i mówi: „proszę mi poprawić obecność, bo mama się pyta, gdzie jestem”. Wiele kobiet opowiada, jak pracuje przy komputerze w biurze, a obok cały czas otworzony ma dziennik elektroniczny i dziecko na podglądzie. To prawdziwa smycz dla mamy i jej dziecka. Ona nie chce źle, ale nie potrafi się rozdzielić, rozłączyć.
Dlatego mocno ograniczyłabym możliwość korzystania z telefonów w szkołach, np. od godz. 8.00 do 15.00 mogłyby być one wyłączone albo zdeponowane na ławce. Ewentualnie dziecko mogłoby mieć komórkę włączoną, ale tylko w funkcji telefonu, tylko w tym wypadku nie wierzę, że się dostosujemy. Można przecież kupić stare Nokie za grosze. Wtedy rodzic ma kontakt z dzieckiem, ale dziecko ma urządzenie wyłącznie jako telefon.
Szykujemy już u nas w kuratorium tzw. dobre praktyki, czyli przykłady szkół, w których rodzice dla dobra swoich dzieci i z miłości do nich zdecydują się odciąć tę elektroniczną pępowinę. Na pewno musimy zrobić z tym pewien porządek, przede wszystkim wyjaśniając rodzicom, poważnie i z szacunkiem, że dziecko pomału musi odseparowywać się od nich dla swojego dobra. Miło by było, gdyby jeszcze przepisy wzorem np. Francji wsparły szkoły w tym bardzo trudnym zadaniu.
Myślałam, że będziemy tutaj patrzeć w przyszłość, ale już widzę, że tak naprawdę powinniśmy patrzeć na to, co było, żeby zmieniać na lepsze to, co będzie.
- Absolutnie możemy wykorzystywać to, co było dobre. Zwłaszcza, że badania już pokazują, jak nasze płaty skroniowe wypłaszczają się przy nadmiarowym korzystaniu z technologii. Sami się krzywdzimy.
Drugi mój wniosek - przydałaby nam się szkoła dla rodziców.
- Bez pouczania, bez mędrkowania, bez traktowania ich jak piątego koła u wozu. Koniecznie trzeba wesprzeć rodziców. Współcześni rodzice to pierwsze pokolenie, które miało styczność z komputerem od zawsze i oni nie do końca wiedzą, co mają zrobić z dwulatkiem, którego sami najpierw wyposażyli w komórkę, albo jak uspokoić bez telefonu roczne dziecko. Skąd oni mają to wiedzieć? Przydałyby się takie spotkania w szkołach albo pokazywanie dobrych praktyk, czyli co udało się już zrobić. To można zrobić prosto.
Jak ta nasza szkoła będzie wyglądała za 10-20 lat, będziemy przede wszystkim uczyć dzieci mówić, pisać, korzystać z długopisu, z kartki?
- W pewnym sensie tak, nie powinniśmy odchodzić od pewnych tradycyjnych technik. Natomiast jednocześnie musimy przygotowywać dzieci na przyszłość, która jest do końca nieodgadniona i nieprzewidywalna i mocno turbulentna. Jak przygotować młodego człowieka, który ma problemy z pisaniem w klasie trzeciej, do zawodów przyszłości, do silników napędzanych wodorem, do studiowania górnictwa kosmicznego na AGH. Niektórzy naukowcy twierdzą, że głupiejemy. Nie chce mi się w to wierzyć, ale niepokój gdzieś jest.
W przyszłości, która jest nieodgadniona, uniwersalne umiejętności wydają się tym bardziej w cenie.
- Z pewnością, dlatego należy uczyć współpracy, komunikacji. Od tego nie uciekniemy, chociaż wielu z nas lubi sobie posiedzieć w ciszy, w samotności przed własną komóreczką.
To teraz sprowadzę te nasze wyobrażenia, plany do parteru. W tym systemie kuratorium będzie potrzebne?
- Nie jestem miłośniczką kuratorium w takiej formie, w jakiej ono obecnie funkcjonuje, czyli jako instytucja kontrolna i wspomagająca. Uważam, że należy rozwinąć funkcję wspomaganiową. Oczywiście, jeśli mamy zgłoszenie o nieprawidłowości, to ktoś musi tam pojechać i zareagować. Tu nie ma żadnej dyskusji. Jeżeli by się rozpoznało problemy, naruszenie prawa, bo i tak bywa, to należy nie tylko wydać zalecenia, ale też pojechać tam kolejny raz i sprawdzić, czy to zrobiono i czy w ogóle ludzie potrafili to zrobić. A jeżeli tego nie umieją, bo i tak bywa?
Widziałabym to w taki sposób: do takiej szkoły czy przedszkola jedzie ktoś, kto ma uprawnienia, pracuje tam z dyrektorem, towarzyszy mu przez tydzień i pomaga nauczycielom, wychowawcom. Być może nasi wizytatorzy już niedługo zyskają i takie uprawnienia do wspomagania na terenie placówki. Będziemy się też doskonalić z mediacji, bo to wymóg czasu.
Już teraz dzwonią np. dyrektorzy i dopytują, czy tak coś zrobić, czy inaczej. Cenię takie konsultacje. Jestem zwolenniczką tego, by móc dopytać, jak coś zrobić. Nie można mieć poczucia, że jesteśmy zostawieni sami sobie. Jest XXI wiek, nie ma potrzeby stawiania wszystkich pod murem, można łagodniejszymi metodami wypracowywać rozwiązania zarówno z rodzicami, jak i z nauczycielami i dyrektorami.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET