`

“Kupował pączki. Wiele obiecywał”. Była wolontariuszka o właścicielu patoschroniska w Sobolewie

6 min. czytania
31.01.2026 08:02
Obserwuj nas na Google

- On musi pójść do więzienia. Dla mnie Marian D. jest sadystą - mówi w rozmowie z RadioZET.pl o właścicielu schroniska “Happy Dog” w Sobolewie Karolina Pawelczyk-Dróżdż. Z byłą wolontariuszką patoschroniska rozmawiamy o dramacie zwierząt w Sobolewie i prawdziwym obliczu Mariana D.

Schronisko "Happy Dog" w Sobolewie zostało zamknięte w sobotę (24 stycznia) przez Powiatowego Lekarza Weterynarii. Apelowały o to wcześniej organizacje prozwierzęce i celebryci, bo sytuacja zwierząt przebywających w tym schronisku była dramatyczna.

Pierwsze doniesienia o cierpieniu zwierząt w patoschronisku pojawiły się jednak już osiem lat temu. W 2018 roku do prokuratury trafiło zawiadomienie w sprawie znęcania się nad zwierzętami w schronisku w Sobolewie. Właściciel “Happy Dog” Marian D. usłyszał zarzuty i stanął przed sądem. Wkrótce ma usłyszeć wyrok. 

Redakcja poleca

Kim jest właściciel patoschroniska? Jak traktował zwierzęta? O tym rozmawiamy z prezesem fundacji Złap Dom Karoliną Pawelczyk-Dróżdż. Nasza rozmówczyni przez dwa lata współpracowała z Marianem D. jako wolontariuszka w schronisku. Dziś przed sądem oskarża mężczyznę o znęcanie się nad zwierzętami.

Mateusz Kapera: Kim jest właściciel schroniska w Sobolewie?

Karolina Pawelczyk-Dróżdż: Marian D. jest biznesmenem, który wymyślił sobie bardzo łatwy sposób na zarabianie pieniędzy. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak wygląda nadzór nad zwierzętami w gminie, w której mieszka. Wiedział, że łatwo będzie mu unikać odpowiedzialności za to, co robi. Na pewno ma jakieś powiązania z policją. Wiem, że kiedyś selekcjonował, czy kupował psy do szkoleń dla policji. To wszystko stawia w dziwnym świetle jego pomysł na prowadzenie schroniska. 

Jak go pani poznała?

- Jestem wieloletnią wolontariuszką. Pomagam bezdomnym zwierzętom. W 2016 roku trafiłam wraz ze znajomymi wolontariuszami do schroniska w Sobolewie. Umowiliśmy się na spotkanie z panem Marianem. Oprowadził nas wówczas po schronisku. Do dziś pamiętam ten wrześniowy dzień i nasze zauroczenie tym człowiekiem. Wówczas nie było tak dużo psów, jak było do niedawna. Pan Marian rozsiewał kolorowe wizje, że nie będzie podpisywał umów z wieloma gminami. Zarzekał się, że zależy mu na adopcjach i żeby psy trafiały do dobrych domów. Pokazał nam też magazyn pełen jakościowej karmy. To mnie zdziwiło, bo nigdy czegoś takiego nie widziałam w innym schronisku. Mieliśmy wszyscy nadzieję, że będziemy współpracować z człowiekiem, który poważnie podchodzi do swoich obowiązków. 

 Niestety ten pogląd dosyć szybko został poddany weryfikacji. Już na początku z koleżanką policzyłam psy przebywajace w schronisku. Było ich 180. Bardzo szybko ta liczba zaczęła wzrastać. W zasadzie z tygodnia na tydzień i mimo przeprowadzanych przez nas adopcji. W ciągu trzech-czterech miesięcy liczba psów zwiększyła do ponad 350. Rozmawiałyśmy też z mieszkańcami Sobolewa i okazało się, że niektórzy w ogóle nie wiedzieli, że w tym miejscu od 2014 roku działało schronisko.

Powiedziała pani, że w pierwszym momencie byłyście zauroczone tym człowiekiem. To znaczy, że sprawiał wrażenie osoby kochającej zwierzęta?

- Nie. Zdaję sobie sprawę, że przedsiębiorca nie otwiera schroniska  dlatego, że kocha zwierzęta i chce im pomóc. On chce zarobić. Natomiast miałam poczucie, że jest to po prostu uczciwy człowiek, który zapewni zwierzętom dobre warunki do życia. Teraz, po ośmiu latach, wiem, że takie wrażenie wywiera na wszystkich. Wielokrotnie miałam do czynienia z dziennikarzami, którzy rozmawiali z nim. Gdyby oni nie widzieli zdjęć ze schroniska i nie poznali całej historii, to uwierzyliby mu, że jest uczciwym człowiekiem. Zresztą nawet teraz Marian D. broni się, że mścimy się na nim, bo nas wyrzucił ze schroniska. Robi z siebie ofiarę. 

Czy Marian D. wcześniej prowadził inne schronisko?

- Nie. To człowiek, który wcześniej pracował w budżetówce w Garwolinie.

Czyli mógł poznać specyfikę działania schroniska od strony administracyjnej?

- Zdecydowanie znał mechanizmy urzędowe, które wiele mu ułatwiły. Nie mam na to dowodów, ale mogę powiedzieć, że wszystko wskazuje na to, że miał doskonałe znajomości, które bardzo ułatwiły mu funkcjonowanie przez tyle lat.

Redakcja poleca

Kiedy zdała pani sobie sprawę, że w schronisku dzieją się złe rzeczy?

- Pierwszym sygnałem była rosnąca liczba psów.  A drugim było to, że na terenie schroniska pracował tylko jeden człowiek. Był między 60. a 70. rokiem życia. Nie do końca był sprawny fizycznie. Pan Marian wyciągnął go z jakiegoś ośrodka dla uzależnionych. Ten człowiek mieszkał na terenie schroniska w kontenerze. Spał na łóżku polowym. Miał problemy z alkoholem. Wszędzie były puszki po piwie. Psom krzywdy nie robił. One lubiły go. Nie możliwe jest jednak, żeby jeden człowiek mógł zająć się taką ilością zwierząt. 

Ciągle rosła liczba psów. Te w kiepskim stanie nie otrzymywały opieki weterynaryjnej. Natomiast psy, które trafiłały w dobrej kondycji, podupadały na zdrowiu. Nie pomagano im.

Nie przeprowadzano kastracji. Suki w cieczce były wrzucane do boksu z samcami. Zachodziły nawet po dwa razy w ciążę podczas pobytu w schronisku. Pan Marian wyłapał sukę, która urodziła ślepy miot. Uśpił szczenięta, a matkę zostawił z gorączką w kojcu. W takiej sytuacji trzeba zawieźć sukę do weterynarza. Podać jej antybiotyk i zatrzymać laktację. Najgorsze w tym wszystkim było to, że on to robił świadomie. To nie było tak, że on się pogubił, bo wziął na siebie za dużo gmin, czy że chciał coś zmienić, tylko nie miał możliwości. On sobie obrał taką drogę, żeby jak najbardziej minimalizować koszty utrzymania i opieki nad zwierzętami. 

Jak pani na to reagowała?

- Nie miałam wówczas doświadczenia procesowego w zamykaniu schronisk. Znałam się na wolontariacie. Wiedziałam, że dzieje się tam źle, ale jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że jak postawię się panu Marianowi, i zagrożę zgłoszeniem do odpowiednich organów, to on wyrzuci mnie i wszystkich wolontariuszy ze schroniska. Dlatego na początku robiliśmy to, co robią wszyscy w patoschroniskach - liczyliśmy, że pan Marian się zmieni. Rozmowy o poprawie warunków toczyły się tygodniami. 

Jak reagował na zarzuty i prośby o poprawę warunków w schronisku?

-  Kupował wolontariuszom pizzę czy pączki. Co tydzień obiecywał, że zatrudni nowego pracownika, że dostawi kolejne kojce i budy. I tak nas zwodził miesiącami. Jak go bardziej dociskaliśmy, to kończyło się jedynie na obietnicach. 

Gdy jakiś pies był chory, to go zabierałam i leczyłam. Prowadzę fundację, więc starałam się zbierać pieniądze na opiekę i leczenie psa. To nie były łatwe przypadki. Nie zabierałam psów, bo miały robaki czy pchły, tylko dlatego, że były np. w stanie skrajnego wychudzenia czy odwodnienia.  Były przypadki, że lekarz w schronisku stwierdził, że nie będzie psa leczył, bo ten ma guza wątroby i wkrótce umrze. W takim wypadku przeprowadza się eutanazję. Tyle że zabrałam psa do lecznicy i po badaniu USG okazało się, że nie ma żadnego guza. Był za to odwodniony, miał anemię i zanik mięśni. 

 W schronisku był też pies, który chudł z tygodnia na tydzień. Jak w końcu go zabrałyśmy stamtąd, to okazało się, że miał w przełyku… kość. Nie mógł przez nią jeść. To był jeden wielki koszmar dla psów w tym schronisku.

To był moment kiedy powiedziała pani: dość?

- Byliśmy tym już wycieńczeni. Zastanawialiśmy się, co robić. W sierpniu 2017 roku pan Marian zabezpiecza interwencyjnie z policją 11 psów. Były one w koszmarnym stanie. Za ich odebranie otrzymuje od gminy Siedlce 27,5 tys. zł. Psy nie otrzymały jednak żadnej pomocy weterynaryjnej. Jeden z nich zmarł. 

 Kolejna taka sytuacja była w listopadzie 2017 roku. Wolontariusze zadzwonili do mnie, że suczka z tej interwencji jest w bardzo złym stanie. Nie jest w stanie wyjść z budy, przewraca się na ziemię. Załatwiłam dla niej lecznicę całodobową w Warszawie. Na początku pan Marian nawet zgodził się ją nam oddać. Później zmienił zdanie. Następnego dnia dowiedziałyśmy się, że ona nie żyje. Miała mieć chore nerki, ale dziś już wiem, że to nieprawda. Nie miała nawet nigdy zrobionych badań.

Decyduje się pani złożyć zawiadomienie do prokuratury. Pan Marian D. zostaje oskarżony o znęcanie się nad zwierzętami.

- Razem z mecenas Justyną Chejde, która prowadzi tę sprawę pro bono, robiłyśmy wszystko, aby doprowadzić do zarzutów i aktu oskarżenia. Nie było łatwo.  Na początku trafił nam się prokurator, który traktował nas zupełnie niepoważnie. Dla niego była to błaha sprawa, bo nie chodziło o znęcanie się nad ludźmi. W końcu udało się doprowadzić do zmiany prokuratora i postawienia Mariana D. przed sądem. 

Proces Mariana D. dobiega końca. W lutym ma zapaść wyrok. Jest pani oskarżycielką posiłkową w tej sprawie. Jakiej kary chce pani dla właściciela schroniska?

- Najwyższej (grozi mu do 3 lat więzienia - przyp. red.). Po pierwsze, nie widać u niego żadnej skruchy. Po drugie, ten człowiek z pełną świadomością przez kolejne lata robił jeszcze gorsze rzeczy. On musi pójść do więzienia. Dla mnie Marian D. jest sadystą. 

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET