“Sobolew to wierzchołek góry lodowej”. Jak zakończyć cierpienie bezdomnych zwierząt?
Nie milkną echa po dramatycznej akcji odebrania zwierząt ze schroniska “Happy Dog” w Sobolewie. Psy i koty zostały uratowane i przewiezione w bezpieczne miejsca. Pozostaje jednak pytanie, jak zapobiec cierpieniu bezdomnych zwierząt w podobnych miejscach. - Trzeba skończyć z biznesowym podejściem do schronisk. Biznesmeni zamiast pomagać zwierzętom generują kolejną zera na koncie - mówi w romowie z RadioZET.pl Magdalena Silska z OTOZ Animals.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie problemy występują w polskich schroniskach dla zwierząt.
- Dlaczego schroniska przeradzają się w biznes.
- Co jest zarzucane systemowi nadzoru nad schroniskami.
- Jak poprawić sytuację w schroniskach.
- Sobolew to jest czubek góry lodowej, jeżeli chodzi o sytuację w polskich schroniskach. Jest wiele takich ciemnych i zapomnianych punktów na mapie Polski - mówi Magdalena Silska z organizacji prozwierzęcej OTOZ Animals.
Schronisko "Happy Dog" w Sobolewie zostało zamknięte w sobotę (24 stycznia) przez Powiatowego Lekarza Weterynarii. Apelowały o to wcześniej organizacje prozwierzęce i celebryci, bo sytuacja zwierząt przebywających w tym schronisku była dramatyczna.
Schroniska jako biznes? “To jest zachęta do oszustwa”
Według ekspertki ds. ochrony zwierząt cierpienie psów i kotów wiąże się z biznesowym podejściem właścicieli takich schronisk jak “Happy Dog” w Sobolewie. - Biznesmeni czerpią korzyści z prowadzenia takiego schroniska. Zamiast pomagać zwierzętom generują tylko kolejne zera na koncie - uważa Silska.
Przewodnicząca nadzwyczajnej komisji ds. ochrony zwierząt Dorota Niedziela również widzi problem w organizacji i finansowaniu schronisk, ale podkreśla, że sprawa jest bardziej złożona. - Nie chodzi tylko o chęć zarobku, ale również o wrażliwość ludzką i nadzór - tłumaczy posłanka KO.
Państwo stara się walczyć z bezdomnością zwierząt domowych przez współpracę z publicznymi czy prywatnymi schroniskami. Za samo odłowienie błąkającego się po ulicy psa właściciel schroniska może zainkasować od gminy około 3 tys. zł. - Weterynarz za poważną operację bierze 2 tys. zł, a za samo odłowienie mamy aż 3 tys. zł. To jest zachęta do oszustwa - uważa Dorota Niedziela.
Nie tylko kwota jest problemem, ale również brak weryfikacji przyjmowanych do schronisk psów czy kotów. W efekcie na jedno zwierzę można pobierać kilka opłat za odłowienie. Wystarczy zrobić mu zdjęcie z innej perspektywy, czy wykąpać je lub ostrzyc. - Jak pies czy kto nie ma chipa, to nie ma możliwości ustalić jego tożsamości - mówi Niedziela.
Dlatego rozwiązaniem ma być obowiązek chipowania psów i kotów (wszczepiania pod skórę identyfikatora). W tym celu ma powstać też specjalny państwowy rejestr zwierząt domowych. Do tej pory istniały jedynie prywatne bazy. Obowiązek chipowania zwierząt to jeden z zapisów obywatelskiego projektu ustawy o ochronie zwierząt, który ma być wkrótce procedowany. Projekt zakłada również wprowadzenie państwowego systemu informacji o schroniskach czy zmianę sposobu finansowania schronisk.
Nieuczciwi właściciele mogą zarabiać nie tylko na fałszywych odłowieniach, ale również na cierpieniu zwierząt. Za miesięczny pobyt zwierzęcia w schronisku pobierają od gminy od 1,5 tys. do 2 tys. zł (lub stawki dzienne). Pieniądze powinny iść na opiekę i leczenie psa lub kota, ale w rzeczywistości chęć łatwego zarobku może prowadzić do patologicznych sytuacji. - Tnie się koszty weterynaryjne, albo w ogóle nie leczy się chorych zwierząt - wyjaśnia nieuczciwe praktyki ekspertka ds. ochrony zwierząt Magdalena Silska.
Przykładem jest schronisko w Sobolewie. Odebrane z niego zwierzęta były nieleczone. Nie wykonano nawet podstawowych zabiegów jak odrobaczanie. Wiele psów było w tragicznym stanie. - Mają guzy, stany zapalne, prawie wszystkie gorączkę. Mamy na pokładzie psa z babeszjozą. To choroba odkleszczowa. Nieleczona może skończyć się śmiercią - wylicza Silska.
Inspekcja Weterynaryjna nie działa? “Kontrole są iluzoryczne”
Nad działalnością schronisk nadzór pełni Inspekcja Weterynaryjna. Powinna przeprowadzać kontrole stanu zdrowia zwierząt i warunków, w których są przetrzymywane. Na przykładzie Sobolewa widać, że system nadzoru nie działa. Przed interwencją organizacji prozwierzęcych, która zakończyła się odbiorem zwierząt ze schroniska “Happy Dog”, kontrole przeprowadzała Inspekcja Weterynaryjna, a nawet wojewoda mazowiecki. Zdaniem urzędników w schronisku nie działo się nic złego. - Te kontrole często są iluzoryczne. Inspektorzy nawet nie wchodzą do danego miejsca. Stoją na zewnątrz i wypełniają formalności - opisuje Silska.
Według posłanki Doroty Niedzieli obecne kontrole często skupiają się wyłącznie na kwestiach infrastrukturalnych. Brakuje natomiast wnikliwego sprawdzania kart leczenia, rzeczywistej liczby psów w stosunku do podpisanych umów oraz weryfikacji, czy zwierzęta są faktycznie zgłaszane lekarzom weterynarii.
- Jeżeli ktoś ma informację, że schronisko przyjmuje przykładowo sto psów tygodniowo, a nie organizuje żadnych adopcji, to powinno wzbudzić to zainteresowanie inspekcji. Kontroler powinien to zweryfikować, a nie jedynie sprawdzić, czy budy są ocieplone - mówi Niedziela.
Według ekspertki OTOZ Animals winę za to nie ponoszą jednak poszczególne osoby, a cały system. - Jeżeli zostawiamy inspekcję weterynaryjną jako główną instytucję kontroli, to ona musi być w sposób skuteczny i efektywny wyposażona w narzędzia. Jeżeli państwo nie jest w stanie zagwarantować odpowiedniego uposażenia i struktur, to pomyślmy o czymś innym - twierdzi nasza rozmówczyni.
Publiczne instytucje często wyręczają organizacje prozwierzęce, które otrzymują sygnały o złym traktowaniu zwierząt, a następnie przeprowadzają interwencje. Często kończą się one odebraniem zwierzęcia właścicielowi, który o niego nie dbał. Nie zawsze jednak jest to możliwe. - Takie miejsca jak Sobolew przypominają twierdze nie do zdobycia. Znajdują się na prywatnych terenach, na które nie można łatwo wejść, nawet z policją - mówi Silska.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET