`

Nauczyciel Roku: Postanowiłem odejść ze szkoły. Ale nie mogę. Nie miałby kto uczyć

9 min. czytania
12.06.2025 06:24
Obserwuj nas na Google

- Młody nauczyciel każdą zmianę traktuje jak wyzwanie. Starsi popadają w ukochaną rutynę. Nie chcą kolejnych zmian, bo to wymaga wysiłku. Dlatego potrzeba nam też młodych nauczycieli - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Wiesław Włodarski, Nauczyciel Roku 2007. 

Szkoła
fot. PRZEMYSLAW GETKA/REPORTER

Nauczyciel Roku 2007 Wiesław Włodarski pracuje w szkole od 45 lat. Miał to być jego ostatni roku szkolny jako matematyka. Nauczycieli tych przedmiotowców wyjątkowo w szkołach, zwłaszcza w dużych miastach, brakuje. Stąd dyrektor liceum, w którym dotychczas uczył, poprosił go, by jeszcze pracował z młodzieżą.

W rozmowie z RadioZET.pl Nauczyciel Roku wspomina, jak przez te wszystkie lata zmieniała się edukacja i uczniowie. Opowiada, co najbardziej lubi w polskiej szkole, a co mu przeszkadza, a także ocenia działania obecnych władz MEN. 

Aleksandra Pucułek: Czuć już wakacje w szkole?

Wiesław Włodarski, Nauczyciel Roku 2007, matematyk: - Czuć zmęczenie, a to znak, że wakacje już blisko.

Miał to być ostatni rok szkolny dla pana w roli nauczyciela.

- Tak, postanowiłem, że w końcu pora na emeryturę. Niestety, ubiegła mnie koleżanka, też w wieku emerytalnym. Zdecydowała, że definitywnie odchodzi, a miała sporo godzin matematyki. Wobec tego dyrektor liceum poprosił mnie, żebym został jeszcze i pomógł. Wiedziałem, że nie znajdzie nowego matematyka.

W ogóle nie znajdzie, czy nie znajdzie dobrego matematyka?

- W Warszawie w ogóle. Złamałem się więc, bo mam dobre serce i zgodziłem się jeszcze zostać.

Serce do szkoły, do uczniów, do uczenia?

- Do ludzi, lubię ludzi.

Dlaczego już chciał pan powiedzieć „koniec”, „dość”?

- Odpowiem anegdotą. Przed Bożym Narodzeniem zaprosił mnie na spotkanie dawny uczeń z mojej pierwszej klasy z programem eksperymentalnym. Gdy wspominaliśmy lata szkolne, jeden opowiadał, że do dziś pamięta ciekawostki matematyczne, które przedstawiałem im na lekcjach. Rzeczywiście miałem taką metodę. Gdy widziałem, jak koncentracja siada, na chwilę odchodziłem od głównego tematu i wtrącałem jakąś ciekawostkę o liczbach, o twierdzeniach matematycznych, żeby zainteresować uczniów, by młodzież polubiła ten przedmiot i pojęła jego praktyczne zastosowanie. Teraz na ciekawostki nie mam, niestety, czasu. I nie mam radości, jaką kiedyś miałem z uczenia.

Redakcja poleca

Teraz cieszę się, gdy uda mi się zrobić całą podstawę programową w pierwszej klasie. Jeśli mi się nie uda, to na szczęście ja akurat mam jeszcze szansę nadrobić materiał w kolejnych klasach. Sporo zajęć na końcu liceum przeznaczone jest na powtórki do matury. U mnie powtórzenia są cały czas. Uczniowie mogą poprawiać też każdą ocenę. Wszystko to robimy na zajęciach dodatkowych, które prowadzę nieodpłatnie.

Współczesna wersja siłacza?

- Nieraz jak skończyłem swoje lekcje, to czekałem godzinę, dwie na uczniów, żeby poprowadzić im te zajęcia. Ale to nie powinno tak wyglądać.

A jak powinno? Co powinno się zmienić w szkole?

- Chciałem już odejść na emeryturę właśnie ze względu na ciągłe zmiany. Przychodzi nowa władza i zmienia przedmioty, podstawy programowe. Szkoła nienawidzi zmian. Zwłaszcza nagłych, które idą z góry. Jeśli ode mnie by coś zależało, to przede wszystkim zwróciłbym uwagę na wzrost prestiżu zawodu nauczyciela.

Czyli dokładnie co?

- Powinniśmy zaufać nauczycielom.

To najtrudniejsze rzeczy pan wskazał. Mam wrażenie, że czasem łatwiej jest dosypać pieniędzy, zwiększyć pensje niż zmienić kwestie, które tkwią w świadomości ludzi.

- O pieniądzach też nie można zapominać, bo w niektórych szkołach początkujący nauczyciel zarabia tyle co pani woźna. Wymagania na oba te stanowiska różnią się jednak znacząco. Żeby zostać nauczycielem, potrzeba wykształcenia wyższego, pedagogicznego, a dziś najlepiej też psychologicznego.

Uczy pan 45 lat. Co najbardziej zmieniło się w polskiej szkole przez ten czas?

- Kiedyś szkoła była aparatem ucisku, aparatem opresyjnym.

Dla kogo? Uczniów, nauczycieli?

- Dla wszystkich. Gdy zostałem wicedyrektorem liceum, usłyszałem od urzędniczki Komitetu Dzielnicowego PZPR, że powinienem zapisać się do partii, bo dyrektor musi być zrzeszony. Ponieważ przez lata byłem harcerzem, więc powiedziałem, że już mam na koncie taką działalność. Harcerstwo mnie uratowało.

Redakcja poleca

Uczniowie, uczennice z kolei musieli chodzić w fartuszkach. Nie wolno się było malować do szkoły. Jeśli któraś z dziewczyn miała szminkę na ustach, to nauczycielka przy całej klasie potrafiła podejść z chusteczką i tę szminkę jej zmyć.

Dziś nie do pomyślenia.

- Chłopakom kazano się krótko strzyc. Wtedy modni byli Beatlesi, w związku z tym każdy chciał mieć długie włosy. W szkole nie było to możliwe. Chociaż pamiętam jednego ucznia, który jako jedyny chodził po szkole z długimi włosami, bo miał zaświadczenie od ekipy filmowej, że gra w filmie i długie włosy są mu potrzebne do roli. Zadawał szyku, a nauczyciele nic mu nie mogli zrobić.

W szkołach były też gabinety, pokoje lekarskie. Rodzice nie decydowali o tym, czy dziecko ma być zaszczepione czy nie, to szkoła pilnowała szczepień. Większość społeczeństwa była więc zaszczepiona. Na przełomie lat 80.,90. przy transformacji ustrojowej, grupy projektujące m.in. edukację stwierdziły, że szkoła ma być dla ucznia, co wywołało zdumienie tych, którzy do tej pory zajmowali się szkołą.

To może już każdy niech sobie odpowie na pytanie, czy i w jakich względach kiedyś było lepiej czy gorzej.

- Tak, ale drugą największą zmianą, jaką bym wskazał, było skupienie się rządzących na głównym nurcie systemu edukacji, przez co zapomniano zupełnie o tym, co na peryferiach.

Na przykład?

- Nowa matura po 2000 roku w swoim założeniu miała być jednolita dla wszystkich. Stąd wprowadzono takie przedmioty egzaminacyjne jak: wiedza o tańcu, historia sztuki, czy historia muzyki. Zrobiono to z myślą o szkołach artystycznych, by tamtejsi uczniowie mogli wybrać na maturze przedmiot z kręgu swoich zainteresowań. Kilka lat później Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich stwierdziła, że skoro te przedmioty są rzadko wybierane przez uczniów, to trzeba je zlikwidować, bo się nie opłacają. A dla grupy młodzieży – wąskiej ale jednak – była to szansa na zdanie matury. Zupełnie po macoszemu potraktowano też szkolnictwo zawodowe, dziś nazywane branżowym.

Ten trend akurat się już chyba odwraca. Widzę jak sporą część działań promocyjnych przy rekrutacjach przerzuca się na technika, branżówki.

- Mam inne zdanie. Przez długie lata patrzono tylko na licea, one były w centrum zainteresowania. Szkoły zawodowe, np. budowlane czy samochodowe gwarantowały pracę absolwentom. Po zmianach, gdy ważniejsze były licea, żeby wbić się w trend kształcenia ogólnego, zawodówki poszerzały swoje oferty i zapominały o tym, w czym były najlepsze. Trudno to odwrócić.

Wiesław Włodarski
Fot. Fot.
Wiesław Włodarski, Nauczyciel Roku 2007

Kolejna sprawa. Osoby z niepełnosprawnościami w szkołach zawodowych mają dostosowany program, zajęcia, ale egzaminy zawodowe mają już takie jak wszyscy. Uczniowie ze względu na ich choroby, zaburzenia nie są w stanie zdać tych egzaminów. Czyli nawet jeśli zyskają umiejętności np. w ogrodnictwie, to i tak zostają pozbawieni możliwości zatrudnienia zgodnie z ich wyuczonym zawodem, bo nie mają dokumentu poświadczającego ich wykształcenie. Tracimy na tym podwójnie. Tzn. tracimy pracownika z umiejętnościami. Po drugie zazwyczaj takie osoby przechodzą na utrzymanie państwa, albo rodziców, a ci często muszą zrezygnować z pracy, żeby zająć się niepełnosprawnym dzieckiem.  

Myślałam, że powie pan o reformie z 1999 roku powołującej gimnazja albo tej z 2016 roku likwidującej je.

- One różnią się dwoma zasadniczymi kwestiami. Pamiętam spotkanie z prof. Handke w Warszawie, na którym sceptycy jego reformy, w tym ja, zadawali mnóstwo pytań. Prof. Handke na wszystkie odpowiadał. Reforma była poprzedzona szeroką akcją informacyjną.

O co pan pytań, jakie miał wątpliwości?

- Obawiałem się, że w jednym miejscu skumuluje się młodzież z tymi samymi problemami w okresie buntu. I początkowo moje obawy się sprawdziły, ale gimnazja miały duże wsparcie z różnych stron. Pamiętam, że dyrektorzy dostali np. bezpośrednie numery telefonów do wybranych policjantów i mogli liczyć na ich pomoc. W szkołach pojawili się pedagodzy. Teraz etat dla pedagoga w szkole to coś normalnego.

Psycholog staje się powoli normą.

- Tak, wtedy to była nowość. Przede wszystkim zmiana wprowadzająca gimnazja była oparta na badaniach naukowych, na głosach naukowców. I okazała się sukcesem. Polscy uczniowie po powstaniu gimnazjów zrobili ogromny postęp w badaniach PISA (prestiżowe międzynarodowe badanie umiejętności uczniów na świecie – przyp. red.). Pamiętam, jak europejskie ogłoszenie wyników tego badania odbyło się w czterech europejskich miastach, w tym w Warszawie. W ten sposób uhonorowano, doceniono to, jaki zrobiliśmy postęp. Pokazywano wtedy filmy o przodujących systemach edukacyjnych na świecie, np. o Singapurze, krajach skandynawskich. Jeden z nich był o Polsce.

Niespełna 20 lat później gimnazja zlikwidowano.

- I nie pytano o to nikogo. Szerokie konsultacje, o których mówiła ówczesna minister Anna Zalewska, należy wziąć w cudzysłów. Zdecydowały polityczne kalkulacje i populizm. Pamiętam, jak pojechałem na spotkanie do Torunia, na którym minister Zalewska prezentowała założenia zmian. Na żadne z pytań nie odpowiedziała. Po jej wystąpieniu gdy rozległy się brawa, odwróciłem się do widowni. Nie klaskałem. Zobaczyłem, że z posępną, zatroskaną miną siedzi też prof. Lech Mankiewicz z PAN, nauczyciel fizyki.

Strajkował pan potem w 2019 roku?

- Tak, chociaż złamałem się, gdy mieliśmy radę klasyfikacyjną. Poszedłem na nią, bo chciałem, żeby uczniowie mogli zdać z klasy do klasy.

W trakcie tych 45 lat miał pan kiedyś dosyć i bliski był pan powiedzenia koniec?

- Miałem tak właśnie po wizycie w Toruniu i informacji o likwidacji gimnazjów.

Ale był pan dyrektorem liceum.

- Tak, ale absolwenci gimnazjów przychodzili potem do liceum i widziałem, że gimnazja robią bardzo dobrą robotę, że ta zmiana była potrzebna i przydatna. Dałem się przekonać.

Co spowodowało, że jednak pan nie odszedł wtedy ze szkoły?

- Zdecydowałem się odejść z funkcji dyrektora. Mogłem już wtedy przejść na wcześniejszą emeryturę, dziś tej opcji nauczyciele już nie mają. Znajoma dyrektorka liceum potrzebowała akurat matematyka i przekonała mnie, żebym przyszedł do niej pracować jako zwykły nauczyciel. Zawsze najbardziej lubiłem uczyć, więc kiedy odeszły mi wszystkie obowiązki dyrektorskie, odczułem wielką ulgę i oddałem się tylko uczeniu. Poza tym jeżeli jeszcze ciebie chcą, warto pracować na emeryturze ze względu na finanse. Potem gdy do liceum przychodziły podwójne roczniki – efekt reformy likwidującej gimnazja - kolejne zmiany to ponownie chciałem powiedzieć koniec. Ale znów mnie przekonali, a raczej postawili przed ścianą. Dostałem wychowawstwo. Nie mogłem zrezygnować i odmówić dzieciakom.

I tak zatoczyliśmy koło i doszliśmy do obecnego stanu.

- Zmieniły się twarze w MEN, ale sposób działania jest podobny.

To znaczy?

- W 2023 roku po zmianie władzy wszyscy Nauczyciele Roku zostali zaproszeni do ministerstwa. Oprawa spotkania była wspaniała. Przyjęto nas z ogromnym szacunkiem, stawiło się niemal całe kierownictwo MEN. Każdy z laureatów konkursu Nauczyciel Roku mówił, gdzie widziałby potrzebę zmiany, co należałoby poprawić. Słuchano nas, ale nie usłyszano.

Co pan wymienił?

- Zwróciłem uwagę na to, że obowiązek szkolny, obowiązek nauki staje się fikcją, nie jest respektowany. Wielokrotnie zaznaczałem u siebie w klasie, że to nauczyciel usprawiedliwia, rodzic może tylko prosić, wnioskować o to. Prosiłem też rodziców o szczerość. Jeśli ktoś napisał mi wprost, że np. syn zaspał na 7 rano, to usprawiedliwiałem taką nieobecność. Jeśli kłamał, zmyślał, to zostawiałem nieusprawiedliwioną godzinę.

A jeśli ktoś robił sobie wakacje w trakcie roku szkolnego, co jest coraz częstsze, i nagle w trakcie zimy po dwóch tygodniach nieobecności przychodził do szkoły opalony uczeń?

- Akurat u siebie w klasie nie miałem takiej sytuacji. Nie wiem, jakbym się zachował, gdyby ktoś mi wprost napisał, że był w Tajlandii czy na Hawajach. Chyba bym nie usprawiedliwił takich nieobecności, chociaż rodzic napisał prawdę.

Dotychczas uczeń, żeby zdać, mógł mieć 50 proc. nieusprawiedliwionych nieobecności. Teraz MEN zapowiada, że będzie to 70 proc. 

- Poczekamy, zobaczymy.

A czeka pan na nową reformę podstaw programowych zapowiadaną przez MEN?

- Ja już na nic nie czekam. Młody nauczyciel każdą zmianę traktuje jak wyzwanie. Starsi popadają w ukochaną rutynę. Trzeba powiedzieć o tym wprost. Nie chcą kolejnych zmian, bo to wymaga wysiłku. Dlatego potrzeba nam też młodych nauczycieli. Tymczasem średnia wieku szkolnej kadry to już ok. 50 lat.

A co najbardziej lubi pan w polskiej szkole?

- Kontakt z młodzieżą, chociaż ostatnio ten kontakt jest iluzoryczny. Dzieli nas zbyt duża różnica pokoleniowa. Traktują mnie raczej jak obiekt muzealny. Raczej wolą rozmawiać z pedagożką, z którą mają grupę na WhatsAppie.

Przed wojną Julian Tuwim postulował, by nauczyciele przechodzili na emeryturę po 30 latach pracy, bo później już tylko gnębią młodzież. Po wojnie w tej opresyjnej, komunistycznej szkole nauczyciele mogli przechodzić na emeryturę po 30 latach pracy. Teraz takiej możliwości już nie ma.

Kiedyś usłyszałam, że najlepiej gdy nauczyciel jest mniej więcej w wieku rodziców uczniów.

- Chyba najlepszy kontakt z uczniami miałem, gdy byłem w wieku ich starszego rodzeństwa. Zaczynałem pracę w liceum, jeszcze będąc studentem ostatniego roku. Nauczyciel matematyki nagle odszedł na początku roku szkolnego i potrzebowali kogoś pilnie na zastępstwo. Wychowawczyni jednej z klas spytała mnie potem, co takiego robię uczniom, że uważają, że nie mogą się nie nauczyć matematyki, bo sprawiliby mi przykrość, że byłoby to nie fair, gdyby się nie nauczyli. To był chyba największy sukces pedagogiczny, jaki miałem. To było coś niesamowitego.

Teraz do tych niesamowitych wydarzeń, które najbardziej lubię, zaliczyłbym coroczne spotkania z Nauczycielami Roku. Dzień przed galą u mnie w domu organizujemy z żoną kolację, na której się wszyscy spotykamy. Cóż to są za dyskusje!

To co by dziś pan powiedział dziś rodzicom, dziadkom uczniów, którzy są w szkole, albo którzy zaraz idą do szkoły i którzy patrzą z obawami na ten system?

- Żeby uczyli dzieci, że warto obrać sobie jakiś cel i do niego dążyć. Dziś wszystko musi być natychmiast, zaraz, jak coś nie wychodzi, to uczniowie szybko tracą tym zainteresowanie. To największa zmiana, jaką widzę u uczniów. A przecież ważny jest zarówno sam proces dążenia do celu, ale też wytrwałość, żeby do niego dojść i być spełnionym.

Pan czuje się spełniony?

- Jako nauczyciel tak, teraz już nic nie planuję. Zobaczę, co przyniesie najbliższy rok. 

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET