"Dziś nie pójdę na WF, jutro na biologię". Nauczyciele zatrwożeni kalkulacją uczniów
Iga w poniedziałek nie pójdzie na wychowanie fizyczne, pouczy się wtedy na historię. W kolejnym tygodniu na WF-ie już się zjawi, ale zwolni się z biologii. Przemek na geografii chodzi na siłownię, na WF-ie zostaje w domu i śpi. Za to na matematyce jest zawsze, ma 99 proc. obecności. Uczniowie coraz częściej za zgodą rodziców kalkulują i wybierają, na jaki przedmiot iść, a jaki ominąć.
- Coraz więcej uczniów w szkołach ponadpodstawowych przelicza sobie frekwencję i kalkuluje, na który przedmiot iść danego dnia, a który ominąć. Rodzice nie wiedząc, jak temu zaradzić, usprawiedliwiają nieobecności dzieci.- Nieraz nawet proponuję synowi, że podwiozę go do szkoły, ale nie chce i śpi dalej - mówi mama licealisty.
- Klasyk – potwierdza nauczyciel historii i wylicza: - Bo nie ma sensu chodzić, bo w szkole nic się nie dzieje, bo woleli pograć – tysiące takich wymówek słyszał od uczniów.
- MEN planuje zmienić zasady dotyczące frekwencji, ale na kalkulacje uczniów niewiele one pomogą.
- W tym roku szkolnym nie byłem w sumie ok. 1,5 miesiąca w szkole. To ok. 130-140 godzin - przelicza Janek, uczeń trzeciej klasy podwarszawskiego liceum. Procentowej frekwencji sam wyliczać nie musi, robi to za niego librus. Dziennik elektroniczny pokazuje na razie bezpieczne 81 proc. obecności. Najniższą frekwencję, 70 proc., Janek ma z religii, biologii i informatyki.
Swoje szkolne liczby doskonale potrafi podać też Przemek, uczeń drugiej klasy liceum z woj. świętokrzyskiego. Ogólna frekwencja - 76 proc., najniższa, idealnie wycyrklowana, nawet z drobnym zapasem - z wychowania fizycznego - 52 proc. - Od kilku lat sytuacja pogarsza się. Jest bardzo niska frekwencja, patrzę na to z przerażeniem – stwierdza Beata Pośpiech, dyrektorka I LO im. Staszica w Zgierzu.
Nałapie ocen i znika
I nie jest to spowodowane przeziębieniami czy przewlekłymi chorobami - co zgodnie potwierdzają uczniowie, nauczyciele i rodzice - a raczej chłodną kalkulacją, umiejętnością opanowaną do perfekcji przez młodzież po latach spędzonych w systemie edukacji. - Doskonale znają zasady, a jeśli mają wątpliwości, to potrafią przyjść i dopytać. Pytają wychowawców, przychodzą do mnie i pytają, ile mogą mieć nieobecności – opowiada Pośpiech.
Uczeń może być nieklasyfikowany (czyli nie zdaje z klasy do klasy) w przypadku frekwencji nieprzekraczającej 50 proc. (bez względu na to, czy są to nieobecności usprawiedliwione czy nie). Jeśli dotyczy to jednego przedmiotu, dziecko może podejść do egzaminu klasyfikacyjnego i w razie jego pozytywnego zaliczenia i tak zdaje. Na tym nie koniec, bo jeśli ma oceny, czyli podstawę do klasyfikacji, a nie ma wymaganej obecności, to też może zaliczyć dany przedmiot.
- Jak ktoś nałapie ocen na początku roku, to potem znika do końca semestru i niewiele możemy z tym zrobić – przyznaje Zofia Wrześniewska, dyrektorka Zespołu Szkół Gastronomicznych w Łodzi. - Jeśli mają rano dany przedmiot, to nie przyjdą, jak ostatni - zwalniają się. To nie jest tak, że nie ma ich wcale, tylko wybierają sobie przedmioty - dodaje Pośpiech, a Przemkowi od razu przypomina się jego klasa: - Nieraz jest tak, że przez cały dzień są wszyscy, z ostatniej biologii czy WF-u połowa się zwalnia – opowiada. I nie chodzi tu o zwykłe wagary.
Raz WF, raz biologia
Janek, licealista spod Warszawy, przez pierwszy semestr działał w młodzieżowym sejmiku województwa mazowieckiego, teraz jest członkiem młodzieżowej rady przy Rzeczniku Praw Dziecka, uczestnicy w różnych konferencjach, spotkaniach, debatach. Wybiera je, jak tłumaczy, w zależności od rangi wydarzenia, klasówek i kartkówek danego dnia i przedmiotów, jakie mu w dany dzień wypadają. - Staram się nie wyjeżdżać, kiedy mam klasówki i kartkówki – to jedna z jego zasad. Po drugie, jeśli wydarzenie odbywa się w stolicy, to musi się liczyć z tym, że opuszcza cały dzień. Mieszka pod Warszawą, całość podróży zajmuje mu jakieś 50 minut, więc nawet jeśli debata czy konferencja zaczyna się o godz. 10 to na poranne lekcje nie zdąży. Tak samo nie dotrze na popołudniowe zajęcia. - Patrzę więc na plan lekcji danego dnia i postanawiam iść albo nie iść na dane wydarzenie – mówi.
Ostatni semestr pod tym względem był dla niego łaskawy, zbyt dużo takich dylematów nie miał. - Udało mi się tak ułożyć plan, że akurat w dni, kiedy miałem pod dwie godziny matematyki, czy polskiego, czyli te najważniejsze dla mnie przedmioty, akurat byłem w szkole i nic nie traciłem - mówi.
Iga, licealistka z Łodzi, do tej pory pamięta rozkład tygodnia z pierwszej klasy. Gdy we wtorek miała klasówkę z historii – zazwyczaj z dużej partii materiału i stosunkowo trudną – opuszczała dwie pierwsze godziny w poniedziałek, czyli WF i plastykę, by uczyć się do sprawdzianu z historii. Czasem też zdarzało jej się omijać biologię, gdy trzeba było więcej zrobić na polski. W tym roku na razie tak trudnych i skumulowanych sprawdzianów nie miała, chociaż wciąż najniższą frekwencję ma z WF.
- Żeby nie przyjść na cały dzień, muszę mieć naprawdę ważny powód. Na WF jest mi po prostu wygodniej nie przyjść i się pouczyć w domu np. do historii, niż przyjść i nic nie robić, bo nic się na tych lekcjach nie dzieje. Mniejsza część grupy chce coś robić i w efekcie nic się nie robi – opowiada. W klasie nie jest jedyna. - Tygodniowo mamy 37 godzin. Pod koniec intensywnego tygodnia czasem nie ma się już siły na kolejny dzień i niektórzy robią sobie wolne – tłumaczy.
Bo nic się w szkole nie dzieje, bo za dużo się dzieje
Nie oszukujmy się jednak, Iga czy Janek są w mniejszości. - W pierwszej i drugiej klasie wszyscy chodzili. Pod koniec drugiej i teraz w trzeciej słyszę, jak część kalkuluje, czy pójść na WF, czy na biznes i zarządzanie. Nie spotkałem się, by ktoś omijał te godziny, bo się uczy – przyznaje Janek. Za to coraz częściej obserwuje, jak jego znajomi ze szkoły wyjeżdżają z rodzicami na urlop w okresach, kiedy nie ma ferii czy wakacji. - Zazwyczaj znikają tydzień przed feriami, świętami, Wielkanocą i tym samym wydłużają sobie wolne – mówi.
O tym zjawisku pisaliśmy już kilka miesięcy temu. Bo super tanie, okazyjne bilety lotnicze, bo nie ma tłumów, bo akurat luźniejszy czas w pracy, bo u nas szaro i ponuro, a tam słońce. Tak najczęściej tłumaczą wakacje dzieci w trakcie roku szkolnego rodzice. Iga, teraz nie sprawdzała swojej frekwencji, ale przyznaje, że rzeczywiście część nieobecności wynika z tygodniowego październikowego wyjazdu z rodzicami za granicę. - Często tak wyjeżdżamy – nie ukrywa. Mnogość występowania takich sytuacji, jak zauważają nauczyciele, zależy jednak zazwyczaj od sytuacji materialnej rodziny, ci mniej sytuowani rodzice nie mogą sobie zazwyczaj pozwolić na wyjazdy nawet w wakacje.
Ale jest jeszcze jeden powód kalkulacji, który dotyczy większej grupy, bez względu na szkołę. Janek nie bez powodu wspomina o WF-ie czy BiZ-ie. Na takiej samej samej zasadzie Przemek wymienia biologię, geografię, chemię i WF, czyli przedmioty, z których ma najniższą frekwencję. - Nie opłaca się, do niczego to mi się w życiu nie przyda – wyjaśnia krótko powód nieobecności. Przemek uczy się w klasie matematyczno-informatycznej. Nie są to jego przedmioty maturalne. Dla porównania na matematyce ma 99 proc. frekwencję. Co robi w czasie przedmiotów, które omija? - Śpię, jeśli są rano. Albo idę na siłownię – mówi.
- Klasyk – potwierdza Piotr Szlązak, nauczyciel historii w jednym z podwarszawskich liceów. O zjawisku kalkulacji mówi: nagminne. - Bo nie ma sensu chodzić, bo w szkole nic się nie dzieje, bo podstawa programowa jest o cztery litery potłuc, bo ta wiedza do niczego im się nie przyda, bo woleli pograć, posiedzieć ze znajomymi – tysiące takich wymówek słyszał w szkołach, zwłaszcza państwowych, w których pracował. - Choroba, korki, opóźniony pociąg albo pies mi uciekł - takie wyjaśnienia przedstawiają z kolei koledzy Janka, gdy nie ma ich na wybranych lekcjach.
Beatę Pośpiech martwi jeszcze inna sytuacja. - Nawet jeśli w szkole dzieje się coś ciekawego, mamy prężny samorząd, który wnioskuje np. o skrócone lekcje, by wygospodarować czas na świetnie zorganizowane np. szkolne Mikołajki, to i tak spora część się zwalnia, bo wolą pojechać do domu – mówi. I do takiej sytuacji musi się przyznać Iga. - Dzisiaj akurat nie byłam w szkole, bo miałam tylko dwie pierwsze lekcje, a potem licytacje na WOŚP, więc nie szłam, nie opłacało się – stwierdza.
W technikach czy w szkołach branżowych nauczyciele słyszą jeszcze coś innego. - W młodszych klasach niska frekwencja wynika nieraz z nie najlepszej kondycji psychicznej, ale wtedy też inaczej na to patrzymy. Starsi uczniowie nieobecności tłumaczą zazwyczaj pracą. Jak poczują, że mogą zarobić, to szkoła schodzi na dalszy plan. Chociaż oczywiście są tacy, którzy po nocy grali, więc w dzień odsypiają – opowiada Wrześniewska. Co do opłacania się i przeliczania frekwencji na realne, widoczne zyski, Przemek wspomina szkołę podstawową. - W naborze do liceum brano pod uwagę średnią. Nauczyciele wystawiając stopnie, patrzyli na obecności. W rekrutacji na studia liczą się tylko wyniki z matury – przypomina.
Rodzice bezsilni
Trend kalkulacji rzeczywiście w podstawówkach nie jest jeszcze widoczny. Powody ewentualnych problemów z obecnością są zazwyczaj dwa: przypadek losowy, zdrowotny (wtedy najczęściej rodzice czekają na nauczanie indywidualne w domu) albo rodzina z problemami. - Zdarzają się sytuacje, że ktoś ma frekwencję niższą niż 50 proc. ale gdy uczeń się o tym dowiaduje, jest mocno zaskoczony. Dzieci nie są jeszcze na tyle świadome przepisów, by kalkulować – mówi Sylwia Jasińska, dyrektorka SP nr 38 w Łodzi.
Po drugie, na co zwraca uwagę Bogumiła Cichacz, dyrektorka SP nr 70, w podstawówce wygrywa kwestia zapewnienia opieki dzieciom. Gdy rodzice są w pracy, dziecko samo jeszcze nie zostanie w domu. Świadczy o tym chociażby znikomy problem z obecnościami w klasach 1-3. - Nieraz świetlica jest czynna od godz. 6.30 do 17 i o 6.15 dziecko już czeka, a potem wychodzi 17.05. Wielu rodziców traktuje szkołę jako zabezpieczenie opieki – mówi. Gdy ten element się kończy, kończy się obecność.
W razie niskiej frekwencji szkoła od razu interweniuje, kontaktuje się z rodzicem, informuje o ewentualnym zagrożeniu nieklasyfikowaniem. - Są rodzice, którzy kontrolują librusa. Widzą, że dziecko opuszcza lekcje, ale przyznają, że nie mają na nie wpływu. Inni są zaskoczeni informacją o nieklasyfikowaniu, ale zazwyczaj wcześniej z nimi kontakt jest ograniczony, nie odbierają telefonów, nie odbierają wiadomości – mówi Jasińska.
Skoro mowa o rodzicach, to podobne sytuacje zdarzają się w szkołach ponadpodstawowych, - Rodzice są świadomi kalkulacji uczniów, dzieje się to za ich zgodą. Usprawiedliwiają zresztą te nieobecności – mówi Maciej Rusiecki, dyrektor V LO w Warszawie. Albo robią to sami uczniowie. - Syn ma mój login do librusa – przyznaje mama Przemka. - Wkurza mnie niesamowicie, że Przemek nie chodzi. Nieraz nawet rano go budzę i proponuję, że go odwiozę do szkoły, ale nie chce. Z drugiej strony ma dobre oceny, wysoką średnią. Jak słyszę, jakie rodzice mają problemy z dziećmi, to odpuszczam – mówi.
- Rodzice mimo powszechnej dostępności do informacji, nie zdają sobie sprawy, jak ważna jest frekwencja. Nieraz czują się bezradni i wstydzą się przyznać, że nie mają wpływu na własne dzieci, albo boją się konsekwencji z tym związanych. Niejeden rodzic ma problem ze swoim dzieckiem, nie ma co się wstydzić. Trzeba szukać pomocy, a szkoła jest od tego, żeby takiego rodzica wesprzeć - odpowiada Pośpiech.
W skrajnych sytuacjach szkoła pisze do sądu, że jest zaniepokojona, co się dzieje z dzieckiem i prosi o wsparcie, jeśli chodzi o realizację obowiązku szkolnego. - Staramy się uruchomić wszystkie inne możliwości, zanim dojdzie do takiej sytuacji, rozpatrujemy każdy przypadek indywidualnie, wychodzimy naprzeciw uczniowi, ale jeśli on nie jest tym zainteresowany, to nasza wyciągnięta ręka nie pomoże – stwierdza Cichacz. W podstawówkach nieklasyfikowany uczeń zdarza się raz na dwa, trzy lata. - Ale i u nas świadomość rodziców jest coraz większa. Jeśli są sytuacje wątpliwe, to odwołują się do 50 proc. - przyznaje dyrektorka SP nr 70. - Niektórzy uczniowie z klas 7-8 znają rozporządzenia, statut, sprawdzają, czy szkoła robi wszystko dobrze. Taka jest mentalność pokolenia – dodaje Jasińska.
Szkoła czy instagram
I tu dochodzimy do clue. W ten sposób na problem patrzy też Beata Pośpiech. - Młodzież nie spędza na lekcjach więcej czasu niż kilka czy kilkanaście lat temu. Ale rzeczywiście młodzi ludzie obecnie mają wiele innych rzeczy do zrobienia. Tą rzeczą jest świat wirtualny, w ten sposób doby im brakuje – tłumaczy i dodaje: - Szkoła nie jest w stanie konkurować z instagramem, zawsze przegramy. - Trzeba wybrać między nudną szkołą, a fajnym instagramem, taki wybór widzą uczniowie – podobnie mówiła w rozmowie z RadioZET.pl Maria Włodarczyk, dyrektorka III LO w Łodzi.
Beata Pośpiech obecną tendencję wyjaśniłaby także minimalizmem. - Byle zdać i nie mieć problemów. Brakuje motywacji wewnętrznej do nauki, do samorozwoju, młodzi ludzie traktują użytkowo szkołę - mówi. Zgadza się z tym mama Przemka. Ma zresztą porównanie, bo jej starszy o sześć lat syn opuszczał lekcje tylko w razie choroby. - Teraz nie ma żadnej konkurencji, bo jest niż. Niedawno do liceum Przemka, do którego sama chodziłam, o jedno miejsce ubiegało się po kilka osób. Jak już się ktoś dostał, to też nie było łatwo się utrzymać. Trzeba było się postarać, a nauczyciele wcale nie ułatwiali tego i nie głaskali po głowie. Teraz dzieciaki w ogóle nie muszą się starać, idą do szkoły jak klient, który ma wymagania. Nie doceniają tego, co mają, bo przychodzi im to bez wysiłku – mówi.
Widać to zresztą po ocenach: Przemek chociaż z biologii "kalkuluje", ma czwórkę. Podobnie z WF, który omijał co drugą lekcję. Uczy się z internetu, albo robi ściągi, to znaczy "wrzuca" informacje do zegarka. - Wiedza jest powszechnie dostępna. Notatki od innych, podręczniki i w taki sposób zaliczają kartkówki, klasówki. Ale u mnie nie zdarzyło się, żeby ktoś miał piątkę i niską frekwencję – mówi Piotr Szlązak. Z tego powodu lekcji nie omija Wiktoria, z frekwencją 99 proc. i najwyższą średnią w klasie. - Po pierwsze słuchając na lekcji, dużo się uczę. Po drugie nauczyciele patrzą na obecność, wystawiając stopnie, a zależy mi na średniej. Po trzecie znam zdanie rodziców w tej kwestii, nie pozwoliliby mi nie pójść do szkoły ot tak sobie – podaje argumenty koleżanka z klasy Przemka.
Nauczyciele i rodzice jednym frontem
Żeby było więcej takich Wiktorii, Ministerstwo Edukacji Narodowej zapowiedziało, że pracuje nad zmianami w kwestii frekwencji. - Polska jest jedynym krajem, gdzie obecność nieusprawiedliwiona może sięgać 50 proc. i dziecko może być klasyfikowane. Czyli 50 proc. wagary są przez nas sankcjonowane – mówiła Barbara Nowacka w czasie konferencji prasowej 16 stycznia. Zaznaczyła jednocześnie, że MEN w najbliższych miesiącach będzie pracować nad zmianą, która ukróci wagary, czyli godziny nieusprawiedliwione. - Zupełnie czymś innym są usprawiedliwione nieobecności, czym się nie zajmujemy – poinformowała szefowa MEN. Ewentualne nowe przepisy podwyższające wymaganą obecność niewiele więc zmienią, skoro "kalkulację" większość rodziców usprawiedliwia.
Maria Włodarczyk zawsze w dyskusji o frekwencji odnosi się do Meksyku, gdzie żeby dostać świadectwo, trzeba mieć 95 proc. obecności. Dyrektorka łódzkiego gastronomika za przykład podaje chociażby bliższe Niemcy, w których również wymagana frekwencja jest wyższa. - Jeśli szkoła ma odpowiadać za proces edukacyjny, to musi być zachowana pewna ciągłość i musi być uczeń. Potem jesteśmy oceniani za słabe wyniki egzaminów, tylko jak je poprawić, skoro uczniowie nie chodzą do szkoły – mówi. Jej zdaniem wymagana frekwencja - usprawiedliwiona i nieusprawiedliwiona - powinna być podwyższona.
- Frekwencja ma ogromny wpływ na wyniki. W domu rzadko które dziecko systematycznie, samodzielnie pracuje – dodaje Beata Pośpiech, również popierając podwyższenie obecnych norm. Oprócz tego uważa, że sytuację poprawiłaby współpraca z rodzicami. Jeśli trzymaliby jeden front ze szkołą, przyniosłoby to efekty. To oni także powinni uczyć dzieci odpowiedzialności. - Za duży nacisk jako rodzice kładziemy też na oceny. Nie traktujemy ich jako informacji, co jeszcze dziecko ma zrobić, czego nie przyswoiło. Powinniśmy uczyć rodziców tego, że lepiej być w szkole i dostać jedynkę i nie robić sobie zaległości, niż opuszczać lekcje i lekceważyć obowiązek szkolny. Jeśli nauczyciele widzą zaangażowanie to naprawdę są przychylni uczniom i poprawią im ocenę - przekonuje.
Dlatego też Janek nie ma problemu z ocenami i nieobecnościami. Sam po powrocie wychodzi z inicjatywą napisania zaległej klasówki czy kartkówki, nie czeka na pytanie nauczycieli. Ci też w mediach śledzą jego aktywność. - Nawet ostatnio wychowawca do mnie podszedł i powiedział, że w innym wypadku nauczyciele mieliby już zastrzeżenia, ale nie u mnie. Zresztą kolega też ma ponad 100 godz. nieobecności i już był na rozmowie - opowiada. Piotr Szlązak zaznacza, że konsekwencja nauczyciela odgrywa tu też rolę. - Jak od początku zaznaczy się zasady i się ich przestrzega, to nie powinno być problemu. Sam kiedyś postawiłem nieklasyfikację uczniowi. Rozumiałem jego argumenty, ale prawo jest prawem, trzeba go przestrzegać – mówi.
Frekwencja, nie oceny
Z konsekwencją bywa różnie, bo jak opowiada Przemek, jego wuefista sam nieraz zwalnia klasę, albo proponuje typowe zajęcia na macie: macie piłkę i grajcie. Stąd Przemek woli iść na siłownię niż na WF. U Janka w szkole jeśli kogoś nie ma na przedmiocie niematuralnym, to nauczyciel przymyka na to oko, ale jeśli dzieje się tak w wypadku matematyki (Janek uczy się w klasie matematyczno-geograficznej), to po tygodniu jest reakcja i wzywanie na rozmowę.- Nauczyciele walczą z tą kalkulacją, rozmawiają z uczniami, z rodzicami, ale to jest walka z wiatrakami – przyznaje dyrektor V LO. Dlatego jego zdaniem powinno się w ogóle zaczął od zmiany ramowych planów nauczania i podstaw programowych. - Bo po co klasie biologiczno-chemicznej dwie historie w klasie maturalnej? To absurd – mówi.
Potem uściśliłby obowiązujące przepisy. - Obecny zapis jest nieprecyzyjny, bo są szkoły, jak nasza, które bez względu na oceny, biorą pod uwagę frekwencję. A są szkoły, w których uczeń przyjdzie na dwie klasówki w ciągu roku, dostanie dwie trójki i mimo 40 proc. frekwencji szkoła go przepuszcza. To nieuczciwe wobec innych – mówi. - Ale kuratorium w razie skargi ucznia zawsze skłania się do tego, by ucznia klasyfikować, jeśli ma oceny – zwraca uwagę Wrześniewska.
Dlatego Rusiecki uważa, że według nowego zapisu konieczne do klasyfikacji powinno być co najmniej 51 proc. frekwencji. - Nie podwyższajmy progu, tylko zacznijmy go respektować. Nieważne czy to szpital, nie szpital. Masz przekroczyć 50 proc. bo inaczej egzamin komisyjny – mówi. Działa to już zresztą w wypadku szkół branżowych II stopnia, w której koniecznym – nie tylko możliwym - warunkiem dopuszczenia do egzaminów semestralnych jest frekwencja 50 proc. - Mamy asa w rękawie i chodzą – mówi Wrześniewska.
Janek z kolei zostałby przy obecnym zapisie. - Kto będzie chciał chodzić do szkoły i się uczyć, to będzie to robił – mówi. Ma też tu na uwadze młodzież z problemami psychicznymi czy doświadczające bullyingu. - To byłoby dla nich przymuszanie – mówi.
Liczą i się przeliczają
Bywa też tak, że uczniowie przeliczają się w swoich kalkulacjach, bo wpadła im niespodziewana choroba i cały plan bierze w łeb. - Jeden z moich kolegów nie był cztery razy na BiZ-ie i nagle się okazało, że ma frekwencję poniżej 50 proc. Wylądował na rozmowie u nauczyciela - wspomina Janek. - Ale jak jest 60,70 proc. to jest w miarę – dodaje.
Iga na razie nie ma takiego zmartwienia, ale nie ukrywa, że chciałaby się dostać na program międzynarodowej matury, a tam przy naborze wymagana jest frekwencja powyżej 75 proc. - Jak wyjedziemy na tydzień z rodzicami, a potem zdarzy się, że będę chora, to już jest stres, że nie wyrobię się w 75 proc. - mówi. Z drugiej strony ma też na uwadze koleżankę z klasy, której często nie ma, przychodzi na tydzień, a potem znika. - Sami się o nią martwimy – przyznaje.
Przemka nawet ewentualne problemy z kalkulacją nie zrażają do takiego działania. - Jak zachoruję, a będę miał frekwencję na granicy, to pójdę chory. Jak nie dam rady, to będę zasłaniał się ocenami i kuratorium – mówi niewzruszony. Chociaż w piątek zjawił się – wyjątkowo – na biologii, ostatniej lekcji przed feriami. Przyszło pięć najwytrwalszych osób i on. - Zostałem tylko dlatego, że miałem fryzjera po lekcjach, więc nie opłacało mi się wracać do domu – wyjaśnia.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET