"Jak się pisało tę literę?", "jak trzymać łyżkę?". Uczniowie tracą podstawowe umiejętności manualne

10 min. czytania
30.05.2025 08:55
Obserwuj nas na Google

W technikum coraz częściej uczniowie mają problem z wbiciem gwoździa. W podstawówce dzieci nie potrafią zawiązać sznurowadeł, ani zapiąć kurtki. Nie mówiąc o obsłudze nożyczek, z którymi problem ma także młodzież. - Sprawność manualna jest coraz słabsza. Bez radykalnych zmian młodzi ludzie będą przeżywać swoje życie z dwiema lewymi rękami i utrwaloną bezradnością - przestrzegają nauczyciele. 

Lekcje
fot. Marek BAZAK/East News

- Posługiwanie się narzędziami ogrodniczymi, technicznymi? Nieraz kiedy przychodzą do mnie z zwolnieniem, daję nożyczki i proszę, żeby obcięli i wyrównali na dole kartkę, żeby to wyglądało przyzwoicie, to są tacy, którzy z takim narzędziem jak nożyczki sobie nie radzą – opowiada Milena Cybulska-Rakoczy, dyrektorka Zespołu Szkół Rzemiosła w Łodzi.

Młodsi uczniowie, jak zauważyła Jolanta Gajęcka, dyrektorka SP nr 2 w Krakowie, coraz częściej chodzą na przerwach w rozwiązanych sznurowadłach. - Nie dlatego, że nie chce im się zawiązać, czy tego nie widzą. Po prostu nie potrafią tego zrobić – mówi. Tak jak jeść łyżką czy widelcem. Także w przedszkolu. - Korygujemy, powtarzamy, tłumaczymy – mówi Aleksandra Janicka, nauczycielka wychowania przedszkolnego ze Strzyżowic.

Tylko co z tego, gdy w domu znów jedzą po swojemu, albo w ogóle mają przecierane jedzenie i są karmione butelką, bo i takie historie znają nauczyciele. Dlatego nie zaskakuje ich obniżenie sprawności manualnej dzieci przez ostatnie lata. - Ale kalectwo funkcjonalne postępuje w dramatycznym tempie – stwierdza Gajęcka.

Obsługa nożyczek, sznurowadeł? Nie

Zaczyna się od prostych rzeczy. Np. przedszkolaki niechętnie już rysują kredkami. Wybierają raczej pastele, farby olejne. - Tym się o wiele łatwiej rysuje niż twardą kredką, czy długopisem. Nie lubią też, gdy trzeba coś wypełnić, pisać. Zgłaszają dużą męczliwość rąk – opowiada Aleksandra Janicka, nauczycielka wychowania przedszkolnego w przedszkolu im. Misia Uszatka w Strzyżowicach (woj. śląskie). - Poza kciukami. Te są wyćwiczone. Widzimy, że małe rączki już dość często obsługują telefony – dodaje.

W szkole dziecko nie tylko nie potrafi zasznurować butów, ale też, co zauważyła Gajęcka, zapiąć kurki, rozpakować sprawnie plecaka. - To wszystko jest ważne, bo w kolejnych latach będą się pojawiać coraz to nowsze wyzwania przed ręką, nogą i całym ciałem. A tu już dłonie są przyblokowane, bo nie są ćwiczone. Przez to rozwój czynności samoobsługowych też jest opóźniony. Dzieci nie są w stanie wykonać najprostszych czynności wokół siebie - mówi Gajęcka i dodaje: - Nożyczki? O tym to już nawet nie wspominam.

Redakcja poleca

Przed obsługą nożyczek dobrze byłoby, żeby dziecko nauczyło się pisać. Do tego jednak musi mieć chwyt pisarski, a żeby mieć chwyt pisarski, musi nauczyć się jeść łyżką. - Widzę na stołówce, jak dzieci nie potrafi trzymać sztućców, więc nie potrafią też poprawnie trzymać długopisu, pióra, kredki – mówi Gajęcka. - Ani cyrkla – dodaje od razu Małgorzata Katarzyńska, nauczycielka matematyki w Zespole Szkolno-Przedszkolnym nr 4 w Łodzi. Zwłaszcza jeśli mają jednocześnie w ręku linijkę czy kątomierz. Odręczny okrąg przypomina kwadrat, ten rysowany cyrklem do idealnych też nie należy.

Co uczeń miał na myśli

W szkołach ponadpodstawowych, nawet w technikum czy branżówce nastawionych jednak na praktykę, nie jest lepiej. Co chwila przekonują się o tym np. nauczyciele pomiarów i technik optycznych. - Po pierwsze młodzież nie potrafi posługiwać się narzędziami. Po drugie potrzeba jej dużo więcej czasu, żeby coś wykonać – słyszy od kadry Milena Cybulska-Rakoczy, dyrektorka szkoły. W klasie ogrodniczej i architektury krajobrazu jest podobnie. - Na zajęciach z dekoracji roślinnych wbicie gwoździa sprawia trudności. Widać, że uczniowie nigdy nie trzymali młotka w ręku. Jak ci z klasy ogrodniczej biorą szpadel, to nie wiedzą co do czego – opowiada. - Zresztą, część nie wie, jak trzymać szczotkę do zamiatania podłogi, to co się dziwić – dodaje.

Niewyćwiczone ręce coraz mniej wyraźnie też piszą. Dyrektorka przekonuje się o tym zwłaszcza, gdy sprawdza matury. - W tym roku los był łaskawy i jedynie przy dwóch, trzech pracach miałam problem z odczytaniem odpowiedzi. Ale nieraz siadałyśmy we dwie, trzy do jednego arkusza. Jedna miała pomysł, jak odczytać jeden wyraz, druga drugi i tak sobie pracowałyśmy, aż odczytałyśmy chociaż część, żeby złapać sens. Jak złapałyśmy sens, to wtedy starałyśmy się pracę ocenić – opowiada. Zwłaszcza, że egzaminator nie może powiedzieć, że się nie da rozczytać zdającego i wyzerować pracę. - A powinno tak być, bo przed egzaminami tłumaczy się uczniom, że wszystko musi być czytelnie napisane – przypomina Cybulska-Rakoczy.

O tym, że nie tylko wyraźne pisane, ale też po prostu pisanie odręczne przechodzi do lamusa, przekonała się, gdy prowadziła ostatnio lekcje polskiego z pierwszoklasistami z branżówki. - Nie wiedzieli, co to jest dyktando. Pytali, co to znaczy, czy ja im będą dyktować, a oni odręcznie mają pisać na kartce - wspomina. Do tego usłyszała kolejne wątpliwości: „Boże, jak się pisało F?”. - Jeden uczeń z klasy tylko wiedział, jak ta litera powinna wyglądać wzorcowo – wspomina polonistka. - Trochę się ubawiłam, ale śmiać się tak naprawdę nie ma z czego – podsumowuje.

Szkoła zachłyśnięta informatyką

- Niestety, doprowadzenie do takiego stanu młodych ludzi jest winą nas dorosłych: projektujących system edukacji i rodziców – nie ma wątpliwości Gajęcka. Oczywiście młodzieży, dzieciom można zarzucić nadmierne korzystanie z telefonów, laptopów. Ale jak zauważyła dyrektorka ZSR w Łodzi, na lekcjach uczniowie też coraz mniej notują, bo można zrobić zdjęcie tego, co jest na tablicy albo nauczyciel prześle prezentację. Spopularyzowało się to zwłaszcza po pandemii i lekcjach zdalnych. - Z przedmiotów zawodowych nie ma często podręczników, więc młodzież też dostaje większość materiałów drogą elektroniczną. W ten sposób już nic nie pisze, nie przepisuje, coraz mniej się wymaga pisania odręcznego – zauważa Cybulska-Rakoczy.

Redakcja poleca

Nie dotyczy to tylko techników i branżówek. - Jak patrzę ile mój syn w trzeciej klasie podstawówki ma wydrukowanych materiałów, a ile zapisanych stron w zeszycie, to nie ma porównania z tym, co chociażby miała zaledwie o kilka lat starsza córka. O wiele częściej musiałam kupować jej zeszyty w klasach 1-3 niż teraz synowi – opowiada polonistka. Dzieci piszą coraz mniej nie tylko w zeszytach, ale też w ćwiczeniówkach. Jak zauważa Edyta Książek, polonistka z Częstochowy, kiedyś ćwiczenia polegały na tym, że uczeń musiał wpisać coś w luki, albo opisać swoje przemyślenia, wnioski. Potem w lukę trzeba było wpisać pojedynczy wyraz, a teraz najczęściej już tylko zaznaczyć w kółeczko prawidłową odpowiedź, ewentualnie połączyć kreską odpowiedź z pytaniem.

Cybulska-Rakoczy przypomina, że nawet egzaminy zawodowe w części pisemnej polegają na zaznaczeniu poprawnej odpowiedzi. Odbywa się to na komputerach. - Przez ostatnie lata polska szkoła zachłysnęła się informatyką, zdobyczami cyfrowymi. – ocenia Książek. Za przykład podaje szkolną tablicę, do której dziecko podchodziło, brało kredę i pisało. Dzisiaj podchodzi do tablicy multimedialnej, dotyka palcem i wszystko mu się wyświetla. - Wpadliśmy w pułapkę. Z jednej strony coraz większy nacisk jest kładziony na to, żeby ćwiczenia, które uczniowie mają wykonywać, były dla nich atrakcyjne, ale z drugiej strony przez to coraz mniej od nich wymagamy – stwierdza Książek.

Zdaje sobie sprawę z tego, że nie uciekniemy od świata cyfrowego, ale on też spowodował to, że uczniowie mają problem np. w komponowaniu tekstów. - Żeby stworzyć tekst, jego kompozycję, najpierw trzeba się nad tym zastanowić, przemyśleć pracę. To wymaga czasu, zaangażowania, skupienia, co też zanika. Dzieci wolą iść na skróty. Nastawiane są od początku na szybki, łatwy efekt - mówi Książek. Przypomina, że kraje skandynawskie uważane za wzór, jeśli chodzi o system edukacji, powiedziały stop technologii i zaczynają wracać do papierowych wersji ćwiczeń, do pracy z białą kartą.

U nas z kolei ograniczono prace domowe w podstawówkach. MEN argumentowało nowe przepisy m.in. niezasadnością niektórych zada, np. koniecznością zrobienia karmnika w domu, który i tak wykonywali rodzice. - Tylko przygotowanie tego przysłowiowego karmnika z tatą sprawiało, że dziecko się angażowało w pewien projekt, w działanie. Widziało krok po kroku etapy pracy. Dziś nie można już zadawać prac domowych, nie można za dużo wymagać, nie można obciążać. To niestety się mści – stwierdza Książek.

Bo się skaleczy!

Dlatego w przedszkolu u Aleksandry Janickiej nauczycielki odeszły zupełnie od gotowych pakietów edukacyjnych i w każdej sali stworzyły kąciki „sprawne rączki” z gniotkami i przewlekankami usprawniającymi tzw. motorykę małą. Na zajęcia zaprosiły jedną z mam i babć, które przyszły z maszynami do szycia i uczyły dzieci szyć poduszki i przyszywać guziki. - Robimy mnóstwo zajęć z masami jak dyniolina, ciastolina. Dzieci najpierw same muszą je przygotować, więc wydrążają dynię, wyrabiają ciasto, w ten sposób wzmacniają rączki, bo dochodzi tu dużo działań manualnych – opowiada Janicka.

Redakcja poleca

W SP nr 81 w ramach Laboratorium przyszłości zamontowano wiertarki, żeby dzieci mogły już od pierwszej klasy ćwiczyć majsterkowanie. Uczniowie robią karmniki na lekcjach. Mają też żelazko, więc uczą się prasować, i piec ceramiczny, więc lepią naczynia z gliny. W szkolnym ogródku uprawiają grządki. - Lepią pierogi, pieką babeczki, pierniki, które ozdabiają, pakują i potem zawozimy je do domów pomocy społecznej – wylicza Bożena Będzińska-Wosik, dyrektorka podstawówki.

Wszystkie te zajęcia odbywają się w ramach techniki czy plastyki, a także dodatkowych kół. - Wiem, że zazwyczaj godziny dyrektorskie przeznacza się na dodatkową matematykę, ale jeżeli szkoła ma przygotować do życia, to nie tylko wiedza i ogólnokształcące przedmioty, ale również zwykłe praktyczne umiejętności się liczą – tłumaczy dyrektorka. Zwłaszcza, że – jak mówi – dzieci garną się do takich zajęć, trzeba dać im tylko przestrzeń, czas i narzędzie do tego. Stąd też Będzińska-Wosik popiera niedawną petycję kierowaną do MEN o więcej godzin plastyki.

Aż tak kolorowo jednak nie jest. - Z ubolewaniem stwierdzam że nie wszystkim rodzicom nasze zajęcia się podobają – przyznaje dyrektorka SP nr 81 w Łodzi. - Bo mogą się skaleczyć, bo oparzą się żelazkiem - słyszy od rodziców. - Sporo nauczycieli boi się odrzucić standardowe karty pracy pod naciskiem rodziców. Ci uważają, że jak jest książka, to jest dobrze. To nie do końca tak działa – przyznaje też Janicka. Zresztą nawet najbardziej urozmaiconych zajęć w najlepszych pracowniach, jest, zdaniem Gajęckiej trzy razy za mało.

Szkoła może jedynie rozbudzić ciekawość dzieci, dać im namiastkę tego, co powinny mieć w domu. - A w domu dziecko nie zagniecie ciasta na pierogi z mamą, bo się pobrudzi. Jeśli tata przybija gwóźdź to sam, bo dziecko może stłuc palec. Córka czy syn nie weźmie też szmatki i nie zetrze kurzy, bo alergia – wylicza z ironią Gajęcka z żalem stwierdzając, że dzieci rzadko już uczestniczą w pracach domowych.- W pewnym momencie uznaliśmy, że chronienie dzieci przed jakąkolwiek formą wysiłku jest działaniem dla ich dobra. Zarówno w domu, jak i w szkole. To szaleństwo. Nadopiekuńczość też jest formą przemocy – przypomina. Nie dziwi się więc już, gdy uczeń, który nie potrafił zamieść podłogi, na pytanie: "a kto sprząta twój pokój", odpowiedział: "sprzątaczka".

Dysgrafia i już

- Rodzice są mocno zapracowani i nie poświęcają dziecku tyle czasu i uwagi – podaje kolejny powód spadku umiejętności manualnych u uczniów Janicka. Gdy dorośli mają coś do zrobienia albo po prostu są zmęczeni, sadzają dzieci przed telewizorem, tabletem i nikt im nie przeszkadza. Wolą też zrobić coś sami, bo zrobią to szybciej. - A sprawność manualna jest mocno połączona ze sprawnością ruchową. Dzieci potrzebują jak najwięcej ruchu. Wielu rodzicom się wydaje, że jak dziecko zna litery, to już jest super przygotowane do szkoły, a tak naprawdę jak dziecko potrafi jeździć na rowerze, to jest ważniejsze rozwojowo niż to, że zna litery – mówi. Dlatego codziennie stara się przypominać rodzicom, żeby nie wyręczali dzieci w domowych obowiązkach, żeby pokazywali, jak coś zrobić, a nie wyprzedzali działania dziecka.

Niestety, zdarzają się tacy, których to nie przekonuje i gdy potem pojawiają się problemy u dziecka z pisaniem, szybko przynoszą zaświadczenie o dysgrafii. - Jestem głęboko przekonana, że u części z tych dzieci nie byłoby tego, gdyby ćwiczyły, pracowały tymi rączkami – stwierdza Gajęcka. Zwłaszcza, że notorycznie spotyka się z sytuacjami, że zamiast zintensyfikować pracę z takimi uczniami w domu, rodzice każą po prostu dostosować wymagania do dziecka. - Potem czwartej, w piątej klasie uczeń przychodzi z takim samym roszczeniem i mówi: „nie czepiajcie się mnie, mam tutaj opinię” – słyszy nieraz Gajęcka.

- Widzimy, obserwujemy to wszystko, a i tak ciągle zmierzamy nad przepaść. Nikt nie proponuje zasadniczych zmian, które zmienią ten niekorzystny trend – dodaje. Wręcz dzieje się na odwrót. - Z roku na rok obcina się podstawy programowe, zawęża się zakres na egzamin, wymagamy coraz mniej, ale to nie o to chodzi, bo co dalej? - pyta Książek.

Dwie lewe ręce i bezradność

Razem z Gajęcką wracają do modelu profilu absolwenta, który ma być podstawowym elementem wdrażanej za chwilę reformy edukacji. W głównych jego założeniach jest sprawczość. - Jak to zrealizować, skoro uczeń nie ma wyćwiczonej woli, cierpliwości? - pyta Gajęcka. Książek dodaje, że w nauce nie można się nastawiać tylko na spektakularny efekt, ale na działanie. - Trzeba zostawić uczniowi przestrzeń na to, że coś mu się może nie udać. Chodzi o to, żeby on się zaangażował, żeby poświęcił na to czas i wiedział, że nawet jeśli coś mu nie wyjdzie, to ten czas nie jest zmarnowany – mówi.

Odpowiedzi na pytanie co dalej, nie musiała długo szukać. Zaledwie kilka dni temu trafiła na założenia projektu, by nie angażować uczniów w dni wolne, w święta i np. trzy dni po feriach nie robić klasówek, kartkówek.Odpowiedź jest więc smutna. - Młodzi ludzie będą przeżywać swoje życie z dwiema lewymi rękami i utrwaloną bezradnością. Będą miliony wydawać na naprawę kranu i bardzo długo czekać na takiego fachowca. Zresztą już teraz rzemieślnicy zaliczani są do zawodów przyszłości – mówi Gajęcka.

Aleksandra Janicka w przedszkolu jeszcze walczy. W ramach śniadań wprowadzono dzieciom szwedzki stół. Oprócz tego, że przedszkolaki muszą samodzielnie nakryć do stołu, posprzątać po posiłkach, przygotowują sobie same kanapki. Do tej pory miały tylko łyżkę, łyżeczkę i widelec. Nauczycielka chciałaby wprowadzić od września nóż, żeby dodatkowo dzieci ćwiczyły rękę, smarując sobie masłem chleb czy bułkę.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET