Rodzice proszą nauczycieli, by kazali dzieciom odrabiać lekcje. "Szefowa MEN nam nie pomogła"
- Dzieci są niezdyscyplinowane, niewyćwiczone, niedouczone, nafaszerowane elektroniką - wylicza skutki braku obowiązkowych prac domowych nauczycielka matematyki. Zmienić jednak tego nie może. Chociaż o nakazanie uczniom rozwiązywania ćwiczeń w domu rodzice nieraz wręcz proszą nauczycieli.
Danuta, nauczycielka matematyki w jednej z warszawskich podstawówek, poprosiła, by uczniowie w domu zrobili modele figur przestrzennych. Dzięki temu liczyła, że każdy dokładnie zapamięta, jak dana figura wygląda. Prace oceniła, tym, którzy nie przynieśli modelu, wstawiła nieprzygotowanie. - Jeden z uczniów złożył skargę do dyrekcji, że zadałam bezprawnie pracę domową, a przecież należy mu się czas wolny w domu – opowiada nauczycielka.
Rzeczywiście od kwietnia 2024 zgodnie z rozporządzeniem MEN nauczyciele w klasach 1-3 w podstawówkach nie mogą zadawać prac praktyczno-technicznych i pisemnych (poza tymi związanymi z ćwiczeniem tzw. małej motoryki). W klasach 4-8 prace domowe pisemne i praktyczno-techniczne mogą być, ale nieobowiązkowe i nie na ocenę. Jeśli dziecko odrobi takie ćwiczenia, to nauczyciel ma obowiązek przekazania informacji zwrotnej dziecku, jak sobie z nimi poradziło.
Nie ma pracy domowej, nie trzeba nic robić
Po pierwszej euforii, zwłaszcza ze strony uczniów i części rodziców, w nowym roku szkolnym przyszło zwątpienie w zasadność wprowadzenia pomysłu MEN w życie. - Nawet kilka dni temu na zebraniu rodzice pytali, czy mogłabym dzieciom w jakiś sposób przekazać, że karty pracy, które mają do zrobienia, są obowiązkowe – opowiada Natalia Pacocha, dyrektorka SP nr 7 w Łodzi. Przyznaje, że rodzice bardzo chcą, by obowiązkowe prace domowe wróciły, bo dzieci nie są zmobilizowane do tego, by coś robić, skoro nie ma za to oceny. - Nawet nie powtarzają materiału – mówi Pacocha, co potwierdza Dorota Kuchta, dyrektorka Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 2 w Legionowie.
- Niestety, uczniowie myślą, że skoro nie ma pracy domowej, to też nie trzeba się uczyć, przygotowywać – mówi Kuchta. Nauczyciele z jej szkoły załamują ręce, zwłaszcza w klasach ósmych. - Dzieci myślą, że wystarczy, że uczą się na lekcjach albo chodzą na korepetycje – opowiada dyrektorka. Dramat jest przede wszystkim z czytaniem lektur. - Skoro w głowach uczniów utrwaliła się myśl, że nie trzeba nic robić, to też nie czytają – mówi Kuchta. Od razu wyjaśnia, że przeczytanie lektury nie jest pracą domową, tylko przygotowaniem się do lekcji.
Z matematyką nie jest lepiej. - Na każdy temat jest przewidziana określona liczba godzin. Na ułamki mam np. trzy godziny, a powinnam mieć 10 – podaje przykład matematyczka z Warszawy. - Większość osób szybko zrobi ćwiczenia na lekcji, sprawdzimy wyniki i tyle. Jak dzieci nie ćwiczą w domu, to szybko zapominają, czego się nauczyły i ich niewiedza się pogłębia – dodaje. Gorsze przygotowanie do zajęć uczniów i konieczność wracania do przerobionych już tematów zaobserwowali też nauczyciele z podstawówki w Legionowie.
- Trudniej jest wprowadzać nowy materiał, bo brakuje utrwalenia poprzedniego. Więcej czasu poświęcamy więc na utrwalenie na lekcji tego, co już się zrobiło. Zostaje więc mniej czasu na nowe treści – tłumaczy Kuchta i dodaje, że dotyczy to wszystkich przedmiotów, nie tylko polskiego czy matematyki. - Nie da się uczyć angielskiego bez uczenia się słówek na pamięć, dotychczas to było pracą domową – mówi.
Brak prac domowych odbija się też na ocenach. Jak opowiada Danuta, z klasówek, kartkówek stopnie są teraz dużo słabsze. Chociaż gorszych rezultatów z egzaminów ósmoklasisty w tym roku jeszcze się nie spodziewa. Dopiero, jak przewiduje, na wynikach obecnych piąto-, szóstoklasistów odbije się brak obowiązkowych prac domowych. - Brak prac to duże utrudnienie. Dzieci są niezdyscyplinowane, niewyćwiczone, niedouczone, niekontaktowe, nafaszerowane elektroniką – podsumowuje matematyczka. - Ewidentnie ten czas wolny, który teraz mają, spędzają na siedzeniu przy komputerze, widać to po nich.
Brak prac domowych. Co na to rodzice?
Tylko w niektórych przypadkach rodzice pilnują, by dzieci uczyły się i odrabiały zadania w domu. Ale, jak mówi matematyczka, to jest garstka - maksymalnie 4,5 osób w klasie. Magdalena, mama siódmoklasistki z Łodzi, nawet gdy chce zagonić córkę do lekcji, to zazwyczaj słyszy: „przecież nie ma za to ocen”. - Córka nigdy nie była wśród tych najlepszych w klasie i siadanie do lekcji, nauka przychodziły jej z trudem – przyznaje Magdalena. Zupełnie inaczej niż jej młodszej córce, piątoklasistce. Ta też ma dobrowolne ćwiczenia, ale siada do nich bez problemu. Wciąż ma same piątki i szóstki.
- Gdy wprowadzano nowe przepisy, eksperci popierający je przekonywali, że niewiele się zmieni, bo ci co oszukiwali, nie odrabiali lekcji w domu, albo przepisywali je na kolanie w szkole, wciąż nie będą ich odrabiać. Ci co odrabiali, dalej będą odrabiać – wspomina Magdalena. - Ale nie działa to korzystnie zwłaszcza na te słabsze dzieci – uważa, choć nie ukrywa, że z początku pomysł MEN przyjęła dobrze.
W podstawówce w Legionowie rada rodziców na ostatnim zebraniu podjęła nawet dyskusję, czy nie można by przywrócić systemu z pracami domowymi. - Zwłaszcza, że u nas przez ostatnie dwa lata obowiązywała zasada, że prace domowe były dobrowolne, ale były oceniane. Ten element nagrody był ważny – podkreśla Kuchta. - System, który mieliśmy, był dobry. Teraz gdzieś zgubiono złoty środek – dodaje.
Pracę domową rozwiązuje garstka
Magdalena do tego uważa, że zasady powinny być zróżnicowane pod względem położenia szkoły. Ona akurat mieszka w dużym mieście, gdzie oferta zajęć pozalekcyjnych jest bogata i jej córki z niej korzystają. Jej kuzyni mieszkają jednak na wsi za Zduńską Wolą i jak przyznaje, po szkole nie mają zupełnie co robić, oprócz komputera i telefonów.
Matematyczka z Warszawy uważa, że dobrym rozwiązaniem byłoby stworzyć osobną zakładkę w dzienniku elektronicznym, w której wszyscy nauczyciele wpisywaliby, co zadali, tak by pozostali widzieli te wpisy. Gdyby zadań było zbyt dużo, kolejni przedmiotowcy wiedzieliby, że wstrzymać się z pracą domową, by nie przeciążać dzieci. - Ale element utrwalania wiedzy zostałby. A tak idzie to w złym kierunku, ministra nam nie pomogła – uważa Danuta.
Oceny za wykonanie w domu modeli figur po skardze ucznia musiała wycofać. To z kolei spowodowało, że części klasy, która dostała dobre oceny, było przykro. - Napisałam do rodziców, że została mi zwrócona uwaga i niestety, inaczej nie mogę – opowiada Danuta. Wróciła więc do swojego stałego systemu: pisze w dzienniku elektronicznym, co klasa robiła na lekcji i zadaje dobrowolne zadania do poćwiczenia. Jeśli uczniowie chcą, to zrobią, jak nie to trudno. W tej pierwszej grupie jest maksymalnie pięć osób w klasie.
Dorota Kuchta i Natalia Pacocha na prośby i interwencje rodziców odpowiedziały niemal identycznie: - Przepisy są jakie są, nie jesteśmy w stanie tego przeskoczyć. Nie mam możliwości powiedzenia dzieciom, że karty pracy do zrobienia w domu są obowiązkowe – mówi Pacocha. Magdalena stara się z kolei tłumaczyć starszej córce, że jeśli siądzie do zadań, poćwiczy trochę, to przyniesie to efekt za rok na egzaminie ósmoklasisty, a to z kolei da jej możliwość wyboru szkoły średniej, w której będzie mogła rozwijać swoje zainteresowania. Jak długo taka wizja podziała na córkę? Nie ma pojęcia.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET