`

Wbiliśmy sobie do głowy, że wszyscy uczniowie muszą umieć to samo, w tym samym czasie. Nie jest tak

7 min. czytania
30.10.2024 06:02
Obserwuj nas na Google

- Kiedyś moja koleżanka, polonistka, rok czy dwa lata przed przejściem na emeryturę mówi do mnie: „o co chodzi? Ponad 30 lat tak samo uczę, tak samo się przygotowuję do lekcji, a jest coraz gorzej”. Odpowiedź była prosta. Dlatego że pracuje i postępuje wciąż tak samo, a świat się zmienił - o zmianach, jakie można bezkosztowo przeprowadzić w szkole, w rozmowie z RadioZET.pl opowiada Bożena Będzińska-Wosik, dyrektorka SP nr 81 w Łodzi.

Szkoła
fot. Pawel Wodzynski/East News

Aleksandra Pucułek: - Często rozmowę o zmianach w edukacji zaczyna się od tematu pieniędzy. A co możemy zmienić bezkosztowo w edukacji?

Bożena Będzińska-Wosik, dyrektorka SP nr 81 w Łodzi. - Bardzo dużo.

Na przykład?

- Przede wszystkim można i należy zmienić w polskiej szkole atmosferę.

Czyli?

- Zbudować dobre relacje i to jest podstawa wszystkiego. Oczywiście nie jest to proste i szybkie, bo najpierw trzeba zmienić siebie i zacząć od tego, jak ja jako nauczycielka postrzegam dzieci, moje miejsce pracy, koleżanki, kolegów z rady pedagogicznej.

Jest to bezkosztowa zmiana, ale bardzo trudna.

- Tak, po pierwsze, buduje się to latami. Po drugie, jeżeli ktoś nie jest przekonany do zmiany, to ona nie nastąpi. Dyrektor może zarządzić, że w szkole np. nie ma dzwonków. Tylko co z tego, jak dzieci, rodzice, nauczyciele – nawet niewielka grupa - będą się buntować? Muszą chcieć wszyscy. Dodam od razu, że u nas dzwonków nie ma i ta zmiana wyszła akurat od uczniów.

Da się tak, żeby wszyscy chcieli?

- Od razu się nie da. Zmiany trzeba wprowadzać małymi krokami, ale z pełnym przekonaniem. Poza tym nie ma w szkole zmiany bez dyrektora, on musi dać przykład, być liderem zmiany.

Od jakiej zmiany zaczęło się u państwa w szkole?

- Nauczycielka klas 1-3, która wcześniej pracowała w innej branży, więc nie była skażona szkolnym schematem, podzieliła się ze mną swoimi pomysłami na dobrą szkołę. Zaczęłyśmy mówić o nich na zebraniach rady pedagogicznej. Założyłyśmy klub Synapsa. Spotykałyśmy się raz na dwa tygodnie, polecając sobie książki, artykuły, badania. Dyskutowałyśmy o tym, co można zmienić. Na początku do klubu zapisało się pięć nauczycielek. To było jakieś 15 lat temu.

Redakcja poleca

Wyprzedziłyście czas, bo teraz podobne działania podejmują niektórzy nauczyciele w mediach społecznościowych.

- Tak. Zaczęłyśmy od zmian organizacyjnych w klasie tej nauczycielki. Ustawiłyśmy ławki w literę U. I wybuchła awantura. Jedną salę dzielą dwie klasy, druga nauczycielka była przeciwna, a rodzice przyszli do mnie i powiedzieli, że nie życzą sobie takiego ustawienia ławek.

Co pani na to?

- Odpowiedziałam, że nie zamierzam ustawiać mebli w ich domach i tego samego życzyłabym sobie ze strony rodziców w przypadku klasy szkolnej. Mamy wyszły obrażone, ale dwa miesiące później przyszły do mnie, przeprosiły i powiedziały, że takie rozwiązanie jest super.

Czyli nie uległa pani.

- Nie i nie tylko w tej kwestii.  Część lekcji w klasach 1-3 odbywa się na wykładzinie. Jeżeli mamy lekcje, na której uczniowie pracują w grupach, to łączymy stoliki. Na godzinach wychowawczych siedzimy na krzesłach w kręgu. To jedna ze zmian, którą da się wprowadzić szybko, jest bezkosztowa, a zupełnie inaczej wygląda dzięki niej uczenie się.

Jakie jeszcze zmiany można wprowadzić bezkosztowo?

- Gdy udało nam się przekonać nauczycieli i rodziców do innej formy ustawiania stolików, raz w tygodniu z uporem maniaka w pokoju nauczycielskim wywieszałam artykuły, w których podkreślałam najważniejsze, najciekawsze rzeczy dotyczące zmian w edukacji. Stwierdziłam, że nawet jak jedna osoba to przeczyta, to będzie sukces. I klub nam się rozrastał. Jedni nauczyciele podpatrywali, jak pracują  inni. Zmiany postępowały małymi krokami. Jeżeli chcielibyśmy wiele rzeczy zrobić naraz, to by nam nie wyszło.

Jaki był kolejny krok?

- Zmiany metod stosowanych podczas lekcji. Staramy się pracować tak, żeby nauczyciel wyszedł z lekcji w miarę wypoczęty, a dzieci rozemocjonowane i zmęczone, bo to one mają poszukiwać, odkrywać, eksperymentować, badać, sprawdzać samych siebie. Część czasu staramy się poświęcić na pracę indywidualną. Nie chcemy, żeby dzieci pisały to, co się im podyktuje, tylko żeby same przygotowywały notatki, miały swoją opinię i żeby ćwiczyły te umiejętności na lekcjach.

Redakcja poleca

A co z odwiecznym argumentem: „to nie zdążymy z podstawą programową”?

- Co to znaczy, że nie zdążymy? Nauczyciele realizują podstawę programową (nie podręcznik), stosując aktywizujące metody pracy, co w żaden sposób nie zabiera im więcej czasu. Dzieci są w działaniu, uczenie się sprawia im radość, więcej zapamiętują, uczą się wnioskowania, argumentowania. Nie wiem, dlaczego w szkole zaczęliśmy stosować, i wciąż niektórzy stosują, metody podające. Wiedza to jest baza, którą trzeba zrozumieć, a następnie przełożyć na działania praktyczne. Wtedy uczenie się ma sens. Inaczej uczniowie wychodzą ze szkoły przeświadczeni o własnej doskonałości i rozczarowują się, niewiele zapamiętując ze szkoły.

Zbliżamy się chyba do tematu ocen.

- Często słyszeliśmy od dzieci i od rodziców, że dzieci są wynagradzane za stopnie, np. dostają 5 zł za piątkę. Teraz pewnie więcej, bo szaleje inflacja. Ale u nas stopni już nie ma.

Jak to zrobiliście? Znam szkoły, które chciały to wprowadzić, ale napotkały na opór rodziców i nauczycieli.

- U nas niektórzy uczniowie byli przeciwni, bo nie chcieli utracić możliwości zarobkowania. Mówili wprost: „jak nie będzie stopni, to już w ogóle nie będę miał kieszonkowego”. Śmieszne i straszne jednocześnie. Wprowadziliśmy najpierw ocenę opisową - informację zwrotną zamiast stopni bieżących - z plastyki, muzyki, informatyki, techniki i WF. To trwało pięć lat i sprawdziło się. Dzieci przestały unikać WF-u, bo już nie bały się oceniania własnej sprawności w porównaniu z bardziej sprawnymi kolegami, chętniej prezentowały prace na plastyce.

Odważyliśmy się więc na następny krok – rezygnację ze stopni na pozostałych przedmiotach. Po tej zmianie nikt nie zgłosił uwag i zastrzeżeń. Do dziś zamiast stopni bieżących mamy informację zwrotną, a sprawdziany liczymy w procentach, informując dziecko, co już umie, potrafi, czego jeszcze nie opanował i jak możemy mu pomóc w uczeniu się.

Nie było pytań typu: jak będę wiedział, że dziecko się uczy albo nie uczy? Albo co z egzaminem ósmoklasisty?

- Nie, pomogło nam doświadczenie z lat poprzednich, dzięki czemu rodzice wiedzieli już, jak to się odbywa. Na egzaminie ósmoklasiści osiągają  wyniki na miarę swoich aspiracji i możliwości. Jedni uzyskują 100 proc., inni 20 proc., czyli tak jak wszędzie.

Stopnie na świadectwie jednak muszą być.

- Tak, na koniec roku szkolnego wspólnie z uczennicami, uczniami ustalamy ocenę wyrażoną stopniem. Nauczyciel, biorąc pod uwagę wszelkie aktywności dziecka, proponuje ocenę, z którą uczennica lub uczeń nie musi się zgodzić. W tym wypadku dziecko pisze sprawdzian kontrolny, którego wynik decyduje o stopniu na świadectwie.

A w drugą stronę? Jeśli dziecko pisze taki sprawdzian na niższą ocenę?

- Nie mamy takich sytuacji. Każdy ma inne możliwości. Ktoś ma mniejszy potencjał, ktoś większy, więc indywidualizujemy pracę, oceniamy poziom i postęp. Wbiliśmy sobie do głowy, że wszyscy uczniowie muszą robić i umieć to samo, w tym samym czasie i na tym samym poziomie. Ale przecież jesteśmy różni. Nieraz w rozmowach z uczniami wspominam, jak z matmy w szkole miałam tróję. Na co dzieci dziwią się, jak to, przecież dziś jestem dyrektorką. Tłumaczę, że byłam za to świetna z polskiego i historii. To były moje mocne stron. W szkole staramy się odkrywać uczniowskie mocne i słabe strony. Wspieramy wszystkich, również tych najzdolniejszych, bo oni wbrew pozorom też mają problemy np. z komunikacją z rówieśnikami, bo uznawani są za kujonów.

Redakcja poleca

Wsłuchiwanie się w głos dzieci nic nas nie kosztuje, a wiele zmienia. Teraz przed naszą rozmową była u mnie przewodnicząca samorządu z pytaniem, czy mogą zorganizować potyczki matematyczne nocą, czyli będą robić nocowankę w szkole i rozwiązywać zadania z matematyki. Na Święto Niepodległości zaplanowali pokaz biało-czerwonej mody przeplatany piosenkami patriotycznymi. Nie uznaję akademii i klepania wierszyków. Ani nauczyciele tego nie słuchają, ani dzieci, dlatego zawsze zachęcam, żeby zrobić coś, co nam zapadnie w pamięć, ale będzie miało warstwę edukacyjną.

Już sobie wyobraziłam komentarze pod tym artykułem: „jak indywidualizować pracę, jak mam ponad 30 osób w klasie? Łatwo powiedzieć. Nie da się!”

- Da się. Jeżeli da się w szkole A, to i w szkole B i Z się uda. Tylko jest jedna zasada: trzymamy jeden front.

I rzeczywiście wszyscy w tych zmianach są zgodni?

- 90 proc. Dlatego tyle, bo jest rotacja wśród kadry, ktoś odchodzi, ktoś przychodzi. Ten ostatni musi się dostosować do naszych zasad, form, metod pracy.

Czemu to tutaj działa, a nie działa wszędzie? Jesteście przecież szkołą publiczną, jedną z wielu.

- Kwestia chęci. Kiedyś moja koleżanka, polonistka, rok czy dwa lata przed przejściem na emeryturę mówi do mnie: „o co chodzi? Ponad 30 lat tak samo uczę, tak samo się przygotowuję do lekcji, a jest coraz gorzej”. Odpowiedź była prosta. Dlatego że pracuje i postępuje wciąż tak samo, a świat się zmienił. Mówi się, że nauczyciel stracił autorytet. Dlaczego? Bo powinien być autentyczny i ciągle się doskonalić.

Oprócz chęci najważniejsza jest odwaga. Jeżeli się nie odważymy na zmianę, to nigdy się nie przekonamy, czy ona działa. Zacznijmy od siebie, miejmy odwagę uwierzyć w zmianę, jak już w to uwierzymy, to miejmy odwagę to wcielić ją w życie.

A jakby pani odpowiedziała na argumenty, które zdarza mi się słyszeć, czyli „nie za te pieniądze.”

- Nie jestem żadną siłaczką. Też żyję i płacę rachunki, mam znajome małżeństwa nauczycielskie, które muszą się utrzymać. Rozumiem to, ale podpisaliśmy umowy, wiedzieliśmy, na jakich warunkach przyjmujemy się do pracy. Możemy walczyć o ich poprawę, możemy wypowiedzieć umowę i się przebranżowić. Tylko żeby nasze dzieci nie miały takich dylematów, to musimy wprowadzać zmiany.

Ważna w tym jest perspektywa, wizja przyszłości. Nieraz mówię swoim absolwentom, że jestem z nich dumna, gdy widzę, gdzie i jak pracują, jakie mają osiągnięcia. Chciałabym, żeby dzieci, które teraz są w szkole, zapewniły swoim rodzicom i mnie to, że będziemy doskonale i życzliwie obsłużeni w sklepie, w urzędzie, w poradni zdrowia, że nie będziemy się nienawidzić. Bo teraz jest z tym różnie, więc te wszystkie zmiany robimy tak naprawdę dla siebie.

Jeżeli wejrzę w siebie i zobaczę potrzebę zmiany, to mogę tę zmianę czynić. Nie patrzmy na system, bo systemu nie zmienimy, ale możemy zmienić nasze wewnątrzszkolne zasady, możemy się lubić z dziećmi, rodzicami, możemy spędzać wspólnie czas, możemy się spierać i szanować. Dlaczego u mnie w gabinecie stoi tyle krzeseł? Bo często spotykam się z grupami nauczycieli, rodziców, uczennic i uczniów, z którymi dyskutujemy, spieramy się, wspólnie podejmujemy decyzję.

W gabinecie stoi wiele krzeseł, a przed wejściem do szkoły wisi napis „zakaz narzekania”.

- On wisi od lat. Denerwowało mnie wieczne narzekanie. Najłatwiej jest narzekać.

Napis działa?

- Pewnie, nie raz się do niego odwołujemy.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET