Rzeczniczka Praw Dziecka: Przed nami jeszcze dużo zmian, żeby dzieci w Polsce były bezpieczne
- Nie możemy dopuszczać do tego, że dziecku dzieje się krzywda i dopiero wtedy prokuratura czy policja podejmuje jakieś kroki. Dotychczas trochę tak było – mówi w rozmowie z RadioZET.pl Monika Horna-Cieślak, Rzeczniczka Praw Dziecka. Co jeszcze musi się zmienić w Polsce, żeby nie dochodziło do przemocy wobec dzieci, by jej skala była mniejsza, a dzieci szczęśliwsze?
Aleksandra Pucułek: - 1 czerwca mamy Dzień Dziecka. Wróćmy więc to tematu bezpieczeństwa dzieci w Polsce. Śmierć Kamilka z Częstochowy wyczuliła nas na przemoc wobec dzieci? Czy ta wzmożona czujność już minęła?
Monika Horna-Cieślak, Rzeczniczka Praw Dziecka: - Mam nadzieję, że cały czas mamy tę czujność i ta sprawa jasno pokazała nam, że musimy reagować na to, czego doświadczają dzieci. Nie tylko nasze, ale też te, które chodzą do szkoły z naszą córką czy synem, które widzimy na placu zabaw, w sklepie. Ufam, że sprawa Kamilka nas odmieniła. Mówię to z nadzieją, ale też pokazują to fakty.
Po tej sprawie szkoły, przedszkola intensywniej poszukiwały wiedzy na temat tego, w jaki sposób mogą pomagać dzieciom. Sama dostawałam takie zapytania, gdy wykonywałam jeszcze zawód adwokatki. Ewidentnie wzrósł poziom świadomości w zakresie instytucji pomocowych. Teraz, kiedy jestem Rzeczniczką Praw Dziecka, widzę, jak wiele osób kieruje do naszego biura anonimowe pisma o tym, że np. coś niepokojącego się dzieje w rodzinie sąsiadów, czy np. kuzynostwa.
Czego dotyczą te anonimy? Czy państwo mogą na takie treści zareagować, skoro – jak zakładam - nie ma tam wielu danych?
- Dlatego zachęcam do tego, żeby wskazywać imię, nazwisko dziecka, jego miejsce zamieszkania i podpisywać się pod taką informacją. Wtedy jej autor może realnie przyczynić się do tego, że postępowanie będzie szybsze. Natomiast rozumiem, że są sytuacje, kiedy ktoś boi się podpisać. Wtedy we współpracy z policją staramy się ustalić, gdzie jest dziecko i podjąć interwencję. Anonimy nie są przez nas ignorowane. Dla mnie najważniejsze jest to, że ktoś czuje odpowiedzialność za ludzi wokół i informuje o tym, że z dzieckiem dzieje się coś niepokojącego, że np. często słyszy jego płacz.
To może wyjaśnijmy tutaj, jaka jest procedura, jeśli widzimy, że coś może się dziać złego z dzieckiem?
- Wszystko zależy od sytuacji. Kiedy dziecko jest bite na naszych oczach, musimy natychmiast podjąć interwencję i zawiadomić policję. Kiedy dziecko mówi nam, że dzieje się coś niedobrego, to trzeba udzielić mu wsparcia, pomocy. Ustalić, co się stało i zareagować. Gdy np. w sklepie słyszymy, że rodzic krzyczy na dziecko, to powinniśmy podejść do niego, porozmawiać, ale nie z hasłem „co pan/pani wyprawia”. Powinniśmy starać się obniżyć emocje, bo nasze nerwy i nerwy tego rodzica powodują, że dziecko tym bardziej czuje się zdezorientowane i przestraszone.
Kilka dni temu kiedy szłam ulicą, zauważyłam na chodniku dziewczynkę. Płakała, a mama kilka kroków dalej patrzyła na nią. Podeszłam do dziewczynki, spytałam, jak ma na imię, co się stało, gdzie jest jej mama. Dziecko po pierwsze zobaczyło, że nie jest samo, że ktoś się nim zainteresował. Po drugie, jeśli jesteśmy serdeczni, mili dla takiego dziecka, to ono uspokaja się.
W tym przypadku okazało się, że dziewczynka płakała, bo nie dostała lizaka, ale mogła mi przecież powiedzieć, że mama ją bije. Dlatego zachęcam do tego, żebyśmy nie zakładali, że np. dziecko płacze, bo jego potrzeba nie jest zaspokojona, tylko żebyśmy po prostu reagowali, zainteresowali się.
Pomóc ma w tym ustawa Kamilka, czyli nowelizacja Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, która wprowadza m.in. standardy ochrony małoletnich. Mają one obowiązywać we wszystkich miejscach, w których znajdują się dzieci bez opieki rodziców, czyli w szkołach, na basenach, w hotelach, związkach harcerskich, czy sportowych.
- I nie jest to kolejna biurokracja.
Chodzi o to, żeby każda osoba, która ma kontakt z dzieckiem, wiedziała, co ma zrobić, jeśli zauważy, że dziecku dzieje się krzywda. Jak to ma wyglądać w praktyce?
- Będąc adwokatką, prowadziłam sprawę dziewczynki wykorzystanej seksualnie przez znanego profesora. Szkoła nie chciała w ogóle rozmawiać z jej rodziną, zarzekała się, że jest to niemożliwe. Okazało się inaczej i nauczyciel został skazany. Prowadząc tę sprawę, widziałam ogromną bezradność rodziców, którzy mówili mi: „miejsce, w którym moje dziecko powinno być bezpieczne, nie pomaga i nie reaguje”. Z drugiej strony miałam telefony od nauczycieli, którzy opowiadali, że widzą u danego ucznia siniaki po pobiciu, ale nie mogą poinformować policji, bo dyrekcja im nie pozwoliła i nie wiedzą, co dalej robić.
Teraz koniec z takimi sytuacjami. Jeżeli któryś z rodziców czy nauczycieli ma podejrzenie, że wydarzyło się coś złego, szkoła musi się takimi rodzicami zaopiekować, porozmawiać, poinformować prokuraturę czy policję, jeżeli ma podejrzenie popełnienia przestępstwa. Ale także zaopiekować się dzieckiem i ułożyć dla niego plan pomocy. Tak ma to wyglądać w praktyce.
Każda szkoła ustala swoją ścieżkę reagowania?
- Tak. Ustawa wskazuje, co w standardach powinno być, kto powinien zostać o nich poinformowany, jakie role trzeba rozdzielić, natomiast nie narzuca konkretnych rozwiązań, bo każda szkoła ma swoją specyfikę. Inaczej będzie w szkole baletowej, inaczej w szkole specjalnej.
Ustawa weszła w życie 15 lutego, ale placówki mają czas na wprowadzenie standardów do 15 sierpnia 2024 roku. I już zaczynają się schody. Jedna z mam opowiadała mi, że wychowawczyni przedszkolna usunęła wszystkich rodziców ze znajomych na Facebooku, bo według jej interpretacji nowe przepisy zakazują prywatnych kontaktów z rodzicami wychowanków.
- Takich rzeczy nie ma w ustawie i nie o to w niej chodzi. Całkowicie dozwolone są grupy w mediach społecznościowych, gdzie klasa z nauczycielami bądź rodzice przekazują sobie informacje. Natomiast nie jest dozwolona sytuacja, kiedy bez wiedzy rodziców i szkoły, w tajemnicy nauczyciel utrzymuje prywatne kontakty na Facebooku czy Whatsappie z dzieckiem. Prowadziłam wiele spraw, w których dochodziło do wykorzystania seksualnego dzieci na skutek tego, że miały bliską, prywatną relację z wychowawcą czy innym opiekunem podtrzymywaną za pomocą takich komunikatorów.
Oczywiście, kiedy np. uczeń ma nauczanie indywidualne, może kontaktować się z nauczycielem przez komunikatory, ale muszą o tym wiedzieć rodzice, muszą mieć w nią wgląd. Chodzi o to, żeby te relacje były jak najbardziej przejrzyste.
Jeden z nauczycieli opowiadał mi, że nieraz po lekcjach pisze ze swoimi uczniami, którzy chcą mu się np. wyżalić na rodziców, na przyjaciółkę, dziewczynę. Niektórzy pisali mu o depresji, albo wręcz o myślach samobójczych. Co teraz? Niestety, uczniowi nieraz łatwiej przychodzi rozmowa ze swoim nauczycielem niż rodzicem.
- Mam poczucie, że trochę zgubiliśmy sens tych standardów. Gdy słyszę niektóre pomysły, jestem zaniepokojona tym, że popadamy w skrajności. Po pierwsze standardy ochrony małoletnich mają dzieciom pomagać, wzmacniać ich poczucie bezpieczeństwa i pokazać, że ich trudne sytuacje nie są zamiatane pod dywan. Jeżeli dziecko pisze, że np. ma myśli samobójcze, to każdy musi natychmiast podjąć interwencję, zawiadomić policję, służby medyczne i pomóc dziecku. W standardach chodzi o to, by wyjść z poziomu tajemnicy.
Jedna nauczycielka opowiadała mi z kolei, że ma teraz prawo po wejściu w życie ustawy Kamilka założyć niebieską kartę dziecku. Prawda?
- To nie jest nic nowego. Nauczyciele od lat mogą zakładać niebieskie karty. Niepokojące jest to, że dopiero teraz ktoś się o tym dowiaduje. Ale ustawa Kamilka przypomniała również o tym, że zanim zatrudnimy bądź nawiążemy współpracę z osobą, która ma mieć kontakt z dziećmi, to mamy obowiązek sprawdzania jej w tzw. rejestrze pedofilów. W biurze robimy wielkie oczy, gdy ktoś dzwoni z pytaniem o ten przepis. A ten przepis istnieje już siedem lat.
Czyli nowe procedury przypomniały nam też o tym, co już obowiązuje.
- Tak, ale one są też po to, żeby pokazać, że stawiamy na profilaktykę. Nie możemy dopuszczać do tego, że dziecku dzieje się krzywda i dopiero wtedy prokuratura czy policja podejmuje jakieś kroki. Dotychczas trochę tak było. Dochodziło do sytuacji, zaczynało się postępowanie karne, dyscyplinarne, ale nie wyciągaliśmy wniosków. Teraz przy Ministerstwie Sprawiedliwości został powołany Zespół ds. Analizy Śmiertelnych i Ciężkich Przypadków Krzywdzenia Dzieci, który ma patrzeć na system.
Czyli np. w sprawie Kamilka z Częstochowy - liczę, że ta sprawa zostanie przeanalizowana jako pierwsza - taki zespół przejrzy akta i udzieli odpowiedzi na pytanie, dlaczego dziecko, które od lat było w systemie, umarło tragicznie? Gdzie zawiódł system, gdzie zawiedli ludzie? Nie chodzi tu o odpowiedzialność karną tylko o wnioski, co poprawić, żeby do przemocy wobec dzieci nie dochodziło. Przede wszystkim musimy przeciwdziałać. Stawiamy na to, żeby nie dochodziło do przemocy wobec dzieci, żeby jej skala była mniejsza, a dzieci szczęśliwsze.
A jaka jest skala przemocy?
- Ze statystyk wynika, że nawet 60-70 proc. dzieci doświadcza różnych form przemocy. Dlatego układamy narodową strategię walki z przemocą wobec dzieci tak, by w ciągu czterech, pięciu lat przeprowadzić szerokie badania, kampanie społeczne. Apelowaliśmy o to od dawna i teraz mamy jasno powiedziane: Polska chce walczyć z przemocą wobec dzieci.
Czego jeszcze nam potrzeba, by dzieci w Polsce były lepiej chronione?
- Dzieci w Polsce potrzebują uważności, usłyszenia, widzenia i przede wszystkim rozumienia. Dziecko jest osobą, którą powinniśmy zawsze kochać, doceniać i szanować. My, dorośli, powinniśmy też spojrzeć na to, jak sami radzimy sobie z emocjami. Tak, żebyśmy nie przerzucali swoich niepowodzeń w pracy, w życiu na dzieci. Bo one są jak gąbki i to wszystko chłoną. Ich dzieciństwo ma wpływ na to, jakim będą człowiekiem, co zabiorą w swoją dorosłość.
Od lekarzy, policji słyszę o dzieciach, które trafiają do szpitali, bo były duszone, przypalane papierosami, bite. Jak do tego wszystkiego dochodzi, skoro żyjemy w kraju, w którym dziecko jest podobno na piedestale, chronione od samego początku?
- Odpowiem jako prawniczka. W Polsce o ochronie praw dzieci mówimy od 30 lat. Wbrew pozorom to jest krótki czas zwłaszcza, że realne zmiany zaczęły następować już po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Jesteśmy jeszcze na etapie zmiany myślenia o dzieciach i dzieciństwie. Zbyt często nadal traktujemy dzieci z przymrużeniem oka, a chciałabym, żebyśmy widząc dziecko, byli otwarci na nie. Żebyśmy po prostu dzieci rozumieli, zdobywali wiedzę o ich rozwoju i potrzebach. Przed nami jeszcze dużo zmian, żeby dzieci w Polsce były bezpieczne. Mamy co i dla kogo robić.
Źródło: Radio ZET
- Matura powinna być trudniejsza? "Nie może być tak: czy się stoi, czy się leży, 30 proc. się należy"
- Nie będzie łatwo dostać się do klas humanistycznych. Licea stawiają na biochemy i matematykę
- Epidemia dysleksji. Jedna czwarta maturzystów ma stwierdzone trudności w nauce
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET