`

Dobry nauczyciel zainteresuje ucznia lekcją i przekona, by zmienił zachowanie? Nie zawsze

8 min. czytania
25.03.2024 07:59
Obserwuj nas na Google

- Nakazanie uczennicy usunięcia długich paznokci przed grą w koszykówkę jest niewątpliwym naruszeniem jej praw. Ale gra z takimi paznokciami może być niebezpieczna dla innych uczniów, a koszykówka jest w programie WF. Co zatem jest ważniejsze? To realny problem - mówi o szkolnych prawach w rozmowie z RadioZET.pl Jarosław Pytlak, dyrektor szkoły w Warszawie.

Szkoła
fot. Karol Porwich/East News

Aleksandra Pucułek: - Jak to jest z prawami ucznia w szkole? Są przestrzegane, nie są przestrzegane?

Jarosław Pytlak, dyrektor szkoły STO w Warszawie: - Prawa uczniów wynikają z konstytucji i wielu ustaw. Każda szkoła, a są ich dziesiątki tysięcy, ma też własny statut. Owe statuty często zawierają zapisy niezgodne z prawem. Najczęściej przekraczają zakres upoważnienia zawartego w przepisach wyższego rzędu, bywają też z nimi sprzeczne. Dodatkowym źródłem problemów mogą być sami nauczyciele, którzy nie zawsze stosują się do tego, co zapisano w statutach ich szkół.

Szkoła siedliskiem bezprawia?

- Raczej niewolnicą wieloletnich nawyków. Słowo „bezprawie” sugeruje coś intencjonalnego. Natomiast szkolne regulacje, a czasem także zachowania nauczycieli, odzwierciedlają tradycyjną wizję edukacji szkolnej opartej na hierarchii. Krytyka takiego stanu rzeczy pojawiła się niedawno. Sam, choć dyrektorem szkoły jestem już blisko 34 lata, przez większość tego czasu w ogóle nie sięgałem po statut. Nie było potrzeby. Pierwszy raz musiałem odwołać się do tego dokumentu dopiero kilka lat temu.

Czemu akurat wtedy?

- Bo spadło zaufanie do nauczycieli. Jego szybka erozja datuje się od strajku w 2019 roku, a przyspieszyła jeszcze w okresie pandemii. Obecną sytuację kształtują także powszechne dzisiaj podziały i konflikty. Edukacja jest częścią burzliwego życia społecznego, a że dotyczy dzieci – emocje są tym większe. Gdy nasiliły się konflikty, statut stał się dla wszystkich stron punktem odniesienia. Jak się okazało, pełnym niedoskonałości, a także braków, bo życie poszło do przodu. Choćby w budzącej dzisiaj emocje kwestii korzystania ze smartfonów.

A prawo wyższego rzędu nie pomaga?

- Trudno na bieżąco odwoływać się do konstytucji czy ustaw. Warto natomiast przejrzeć szkolne statuty i poprawić w nich błędy. Nawet jeśli stworzymy dokument idealny, raczej prędzej niż później zderzy się on z życiem. Nie sposób wszystkiego przewidzieć i zapisać. Dlatego respektowanie praw ucznia zawsze będzie osadzone w relacjach panujących w szkole.

Redakcja poleca

Niedawno wydana książka „Prawo Marcina. Znaj swoje prawa w szkole” Marcina Kruszewskiego wywołała duży oddźwięk wśród uczniów i nauczycieli. Chciałabym poznać perspektywę nauczyciela, stąd nasza rozmowa. Zabierał Pan też głos na swoim blogu w sprawie tej książki.

- Odbiór tej książki jest dla mnie trudny. Już we wstępie czytamy, że uczeń ma poznać swoje prawa, by nie dać „wykorzystać swojej niewiedzy w szkole”. Narracja o „wykorzystujących” uczniów czy wręcz wrogich im nauczycielach pojawia się w wielu miejscach. Np. przy opisie lekcji matematyki, kiedy to nowa nauczycielka „tłumaczy skomplikowane sprawy w sposób zawiły”. Uczeń nie lubi tego przedmiotu i nie rozumie go. Nudzi go lekcja, więc wyjmuje smartfon. Nauczycielka chce mu zabrać urządzenie. Cała reszta wywodu dotyczy bezprawności jej działania.

A co widzi czytający książkę nauczyciel? Całkowite zlekceważenie przez ucznia wysiłku matematyczki. Zdjęcie z niego odpowiedzialności za to, że nie stara się zrozumieć przedmiotu, z którym ma kłopot. Nie daje szansy sobie, a szczególnie nowej nauczycielce. Zgoda, nie wolno zabrać mu telefonu, ale co z resztą  problemów w kontekście tej sytuacji?

No właśnie co?

- Jeśli ktoś mówi, że dobry nauczyciel zawsze zainteresuje ucznia lekcją i przekona, by zmienił swoje zachowanie, to odpowiadam, że nie zawsze. W podstawie programowej, obowiązkowo realizowanej w szkole, znajduje się wiele treści, które nie zainteresują uczniów. Nie wszyscy też są skłonni zmienić swoje zachowanie pod wpływem nawet najlepszego nauczyciela.

I co wtedy?

- Jak wskazuje Marcin Kruszewski, można wpisać uczniowi uwagę. Można też uwzględnić ją w ocenie zachowania, którą jednak uczniowie, szczególnie starsi – nie oszukujmy się – niezbyt się przejmują. I na tym kończą się możliwości. Poza perswazją, która nie zawsze działa.

Weźmy inną kwestię poruszoną w książce, jak wychodzenie uczniów do toalety podczas lekcji. Autor książki podkreśla prawo młodego człowieka do zaspokojenia potrzeby fizjologicznej w każdym czasie. Doświadczenie uczy jednak, że pod tym pretekstem uczniowie, np. omijają trudne momenty lekcji, sięgają podczas klasówki do ukrytej w łazience ściągawki, bawią się telefonem.

Szczególnie trudna jest dla nauczyciela w tej sytuacji prawna odpowiedzialność za bezpieczeństwo ucznia. Znajoma opowiadała mi o uczniu, który wyszedł z lekcji do toalety i przez 40 minut nie można było go znaleźć. Szczęśliwie okazało się, że rozmawiał w tym czasie z innym nauczycielem, ale było to najdłuższe 40 minut w życiu mojej znajomej.

Redakcja poleca

Prawo powinno zakładać, że uczeń jest na tyle odpowiedzialny, by można go było wypuścić do toalety na jego odpowiedzialność. Być może powinno zastrzegać, że sorry, ale w wielu miejscach musimy powstrzymać się z potrzebami fizjologicznymi, więc podczas lekcji także. Trudno to uregulować prawnie? Oczywiście, ale problemy są realne i nauczyciele z nimi pozostają sami. To dlatego czytając „Prawo Marcina”, pytają: „a gdzie obowiązki?”.

Ale prawa są niezależne od obowiązków.

- Zgoda, tylko jeśli w książce prawa ucznia podane są wprost, bezdyskusyjnie, to zapominamy o tym, że prawa jednej osoby kończą się tam, gdzie zaczynają się prawa innej.

Jakiś przykład wzięty z życia?

- Proszę bardzo. Nakazanie uczennicy usunięcia długich paznokci przed grą w koszykówkę jest niewątpliwym naruszeniem jej praw. Ale gra z takimi paznokciami może być niebezpieczna dla innych uczniów. Koszykówka jest w programie WF. Co zatem jest ważniejsze: prawo do własnej ekspresji w wyglądzie, czy prawo innych uczniów do bezpiecznych ćwiczeń przewidzianych w programie? To realny problem.

Rozwój moralny, czyli m.in. zdolność do rozumienia i stosowania prawa, to proces, który trwa przez całą młodość. Jeżeli dziecko w wieku 9-10 lat dowiaduje się, że ma prawo wyjść z lekcji do toalety, kiedy tylko zechce, to na tym etapie rozwoju nie rozważa tego w aspekcie bezpieczeństwa swojego i nauczyciela. Po prostu zapamiętuje, że może to robić. Podobnie w kwestii własności – odbiera prawo bezdyskusyjnie, nawet jeśli tą swoją własnością czyni komuś krzywdę.

Redakcja poleca

Wróćmy do telefonów. Jak w praktyce rozwiązać ten konflikt?

- Jeśli zwykłe polecenie nie poskutkuje, ani wpisanie uwagi, to koniec – jesteśmy bezsilni. Niestety, autor „Prawa Marcina” nie daje wskazówek do rozwiązania tego typu problemów.

Prawnie to koniec, a pedagogicznie? Rozmowa z takim dzieckiem i wytłumaczenie, na czym polega problem, poskutkuje? 

- Skutkuje, inaczej mielibyśmy jeszcze więcej konfliktów. Ale nie zawsze. Jedni nauczyciele mają większy dar porozumiewania się z uczniami, inni mniejszy. To zjawisko naturalne, ale jeśli chcielibyśmy zatrudniać wyłącznie tych pierwszych, to odpowiednich kandydatów do zawodu po prostu zabraknie.

Ze zdecydowaną większością uczniów można spokojnie rozmawiać, ale nie każdy będzie skłonny ulec perswazji. Niektórzy powiedzą wprost, że przecież nauczyciel nie może im zabrać telefonu. A na dowód pokażą jeszcze książkę. Pytanie też czy zwykła rozmowa wystarczy i na jak długo? A jak nie wystarczy, to usłyszę potem pytanie: „Co szkoła zrobiła?”. Kiedyś nauczyciel mógł liczyć na wsparcie rodziców. Teraz, gdy wychowawca pisze uwagę, musi raczej liczyć się z koniecznością wysłuchania litanii informacji od rodzica, ile rzeczy w szkole dzieje się źle. Te częste dzisiaj utarczki są bardzo niszczące, także dla relacji z uczniami.

To jak je załagodzić?

- W założeniu miała to uczynić książka pana Marcina. Niestety, mimo wielu trafnych informacji, raczej podsyca tylko ogień szkolnych konfliktów.

Naprawdę są takie podziały?

- Oczywiście. Rodzice i nauczyciele nie są naturalnymi sojusznikami, bo przecież według rodziców ich dzieci są wzorowe. Tylko ten jeden uczeń, który mojemu dziecku dokucza, powinien mieć niższe zachowanie. Każdy widzi tylko swoje dziecko w jego prawach. Nauczyciel musi ogarniać spojrzeniem całą grupę. Jeżeli mówię, że dziecko naruszyło prawa innego dziecka, to jego rodzic uważa, że intencja była inna.

Cele ucznia i nauczyciela też są rozbieżne. Nauczyciel, mając kilka setek uczniów pod opieką, a często w perspektywie zewnętrzny egzamin, z którego wyników jest rozliczany, pracuje w reżimie podstawy programowej. A uczeń oczekuje, że będzie miło i skutecznie, najlepiej bez wysiłku. Mało kto w tej chwili wierzy, że pilność w szkole przekłada się na sukces w życiu. Szkoła przestała być źródłem wiedzy. Po części ze swojej winy, po części z powodu pojawienia się internetu, po części zaś dlatego, że wielu uznaje ją za niepotrzebną.

Temat praw w szkole już wcześniej mocno wybrzmiewał?

- Z taką ostrością chyba dopiero od czasu pandemii. Nawiasem mówiąc, znam dyrektorkę, która do dzisiaj włóczona jest po sądach za to, że nie pozwoliła uczniowi chodzić po szkole bez maseczki. Niestety, trafiła na rodziców-antycovidowców, obeznanych w prawie i zawziętych.

Rodzic mocno obeznany z prawem, cytujący ustawy, może być dla szkoły problemem?

- Tak, ponieważ nauczyciele i dyrektorzy szkół nie są prawnikami, zazwyczaj nie mają też prawnego wsparcia w organach prowadzących. To zresztą także jedna z przyczyn ułomności szkolnych statutów. Nauczyciele bardzo często muszą podejmować decyzje w sytuacjach wychowawczych, mając na to dosłownie kilka minut lub nawet tylko sekundy. Siłą rzeczy nie zawsze są one trafne.

Czyli problem istnieje…

- Tak, nie bez powodu mnóstwo dzieci i nastolatków czyta książkę Marcina Kruszewskiego i ogląda jego filmiki dotyczące praw uczniów. Mają rację ci, którzy twierdzą, że inaczej to wszystko nadal działoby się w ukryciu.

...tylko bardziej z literalną realizacją praw?

- Życie jest nieskończenie bogatsze niż przewiduje prawo, a młodzi ludzie wciąż zaskakują. Nie chciałbym wyjść na zwolennika szkolnego bezprawia, ale mam wrażenie, że twardo paragrafizując życie szkoły możemy zrezygnować z marzenia o ciepłych, partnerskich relacjach.

Do czego to zmierza?

- Widzę trzy scenariusze. Pierwszy to pójście w kierunku prywatyzacji oświaty. Rodzice, którzy będą szukali dla swoich dzieci spokojniejszej przystani, przeniosą je do szkół niepublicznych. Drugi to gremialna wyprowadzka nauczycieli z tego niezwykle trudnego dzisiaj dla nich układu. Zwolni się miejsce dla sztucznej inteligencji. Każdy młody człowiek dostanie mentora w telefonie, który będzie nieskończenie cierpliwy, będzie analizował wszystkie potrzeby ucznia, sugerował optymalne działania i być może stanie się dla niego autorytetem.

A trzeci scenariusz?

- Usiądzie jakieś gremium mądrych ludzi, spróbuje spojrzeć na to z góry i zaplanuje jakąś wielką, zbiorową terapię dla polskiego społeczeństwa, przynajmniej w aspekcie edukacji.

Który z tych scenariuszy jest najbardziej realny?

- Prywatyzacja już się dzieje, ale nie stanie się jedynym patentem na zmianę, choćby z przyczyn konstytucyjnych. Sztuczna inteligencja, według mnie scenariusz najbardziej prawdopodobny, to kwestia 5-10 lat. Trzeci, że ktoś usiądzie i pomyśli, w tej chwili wydaje się nieprawdopodobny.

Obstawiam, że w najbliższym czasie wydarzy się wstęp do drugiego scenariusza. To znaczy, nauczyciele pozostaną w szkołach, otrzymają tysiące wskazówek, jacy cudowni mają być i jak wspaniale pracować, a potem albo uciekną na emeryturę, albo zamiast kreatywności wybiorą święty spokój. Następnie skorzystamy ze sztucznej inteligencji.

A może zobaczymy, że trzymanie się literalnie prawa może szkodzić i wrócimy do rozmowy?

- Powinniśmy szukać takich rozwiązań i zapisywać je w szkolnych statutach, które zostawią nauczycielom możliwość oddziaływania na dzieci na gruncie prawa nie tylko perswazją. Natomiast paragrafizacja życia w szkole, nie tylko za sprawą „Prawa Marcina”, bo on dużo utrudnił, ale zrobił też dobrą robotę, wydaje mi się nieodwracana. Nie widzę płaszczyzny, żeby o tym dyskutować. Nie cofniemy się, bo nie ma dokąd. Wiele osób powie, że to dobrze. Ja mam wątpliwości.

Źródło: Radio ZET

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET