`

Epidemia dysleksji. Jedna czwarta maturzystów ma stwierdzone trudności w nauce

9 min. czytania
27.03.2024 05:00
Obserwuj nas na Google

Już nie jeden, a nawet kilkoro uczniów w każdej klasie z dysleksją czy dysortografią staje się powoli szkolną normą. Wysyp opinii stwierdzających podobne trudności nauczyciele obserwują zwłaszcza przed egzaminami. Rok temu 16 proc. ósmoklasistów i prawie 25 proc. maturzystów miało stwierdzoną dysgrafię czy dysleksję. Niektórzy mówią wręcz o epidemii. Z czego ona wynika i jak ją zatrzymać?

Matura
fot. Tomasz Jastrzebowski/REPORTER

- Oj bardzo duża grupa. Jest masa opinii – mówi Ewa Wachowicz, wicedyrektorka Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 1 w Łodzi. Aneta Tołoczko-Hordyj, dyrektorka SP nr 28 w Warszawie na dowód podaje konkretne liczby: w jej szkole uczy się 600 uczniów, z czego 150 ma opinię. Czyli jakieś 25 proc. - W każdej klasie jedno takie dziecko? Więcej – odpowiada. Dyrektorki mówią o opiniach z poradni psychologiczno-pedagogicznych stwierdzających specyficzne trudności w uczeniu się. Czyli dysleksję, dysgrafię, dysortografię i dyskalkulię.

16 proc. zdających egzamin ósmoklasisty z "dys"

Dyslektycy mimo nauki mają problemy z czytaniem, wypowiadaniem złożonych słów, zapamiętywaniem, czasem z pisaniem, np. mylą litery czy piszą od prawej do lewej strony. Dysgrafia to trudności w pisaniu – pismo dziecka mimo ćwiczeń jest nieczytelne, nie mieści się w linijkach, pełne jest błędów.

Dysortografię diagnozuje się u dziecka, które pomimo znajomości zasad poprawnej pisowni popełnia błędy ortograficzne i interpunkcyjne, pisze tak jak słyszy, przestawia litery. O dyskalkulii świadczą m.in. trudności z określaniem liczby obiektów, odczytywaniem symboli matematycznych, wykonywaniem działań i z dedukcją.

Epidemię wszelkich „dys” nauczyciele obserwują już od kilkunastu lat. Mimo większej wiedzy i doświadczenia opinii jednak wciąż przybywa. Widać to chociażby w egzaminacyjnych statystykach. Szczególny pod tym względem był zeszły rok.

Według danych, które otrzymaliśmy od Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, w 2023 roku 16 proc. zdających egzamin ósmoklasisty miało opinię poradni pedagogiczno-psychologicznej o specyficznych trudnościach w uczeniu się. To oznacza blisko 75,8 tys. uczniów z takimi problemami. Dla porównania pięć lat wcześniej, czyli w 2018 roku, do egzaminu gimnazjalnego podeszło 15 proc. uczniów z taką opinią. Mówimy tu o egzaminie na koniec gimnazjów, ponieważ egzamin ósmoklasisty młodzież napisała po raz pierwszy w 2019 roku. Po reformie edukacji likwidującej gimnazja zastąpił on egzamin gimnazjalny.

Redakcja poleca

W 2013 roku wszelkie „dys” miało stwierdzone 11 proc. gimnazjalistów podchodzących do egzaminu. Jeszcze wcześniej, w 2008 roku, było to 9 proc. uczniów. Chociaż, co warto zaznaczyć, rocznik wielkościowo był podobny do tego z ubiegłego roku – do egzaminów w 2023 i 2008 roku podchodziło ponad 473,6 tys. dzieci.

Ponad 31 tys. maturzystów z trudnościami

Jak to wygląda na maturze? W 2023 roku aż 24,6 proc., czyli ponad 31,5 tys. osób, które zdawały maturę, miały opinię z poradni. Przypomnijmy, że rok temu młodzież podchodziła do matury w starej i nowej formule. To również efekt reformy edukacji. Starym trybem szły jeszcze osoby po technikum, a z nową formułą mierzyli się licealiści. Procentowo rozłożyło się to niemal po równo. 12,4 proc. maturzystów po liceach i 12,2 proc. po technikach miało wykazane trudności takie jak dysleksja.

Liczbowo wyglądało to już nieco inaczej, ponieważ więcej młodzieży pisało nową maturę. Zaświadczeniami z poradni dysponowało 18,8 tys. absolwentów liceów i 12,7 tys. maturzystów po technikach. W tych drugich typach szkół było za to trzykrotnie mniej opinii o dyskalkulii (200 w technikach, ponad 600 w liceach). W zdecydowanej większości tamtejszych klas obowiązuje jednak matematyka na poziomie rozszerzonym.

Dane CKE o maturzystach i ósmoklasistach
Fot. RadioZET/CKE
Maturzyści i ósmoklasiści z trudnościami w uczeniu się

W 2018, 2013 i 2008 roku odsetek maturzystów z dysleksją, dysgrafią i dysortografią utrzymywał się na takim samym poziomie i wynosił 7 proc. Do tego w 2018 roku trzeba doliczyć jeszcze 0,2 proc. zdających, którzy mieli zdiagnozowaną dyskalkulię. Wcześniejszych danych o matematycznych trudnościach nie ma, ponieważ dostosowanie to, jak wyjaśnia Marcin Smolik, szef CKE, zostało wprowadzone dopiero w 2016 roku. - Najczęściej zgłaszana jest dysleksja albo - bardziej ogólnie - w opinii są określone „specyficzne trudności w uczeniu się” – podaje Smolik.

Cały czas jednak mowa tu tylko o osobach podchodzących do końcowych egzaminów. Tymczasem opinię z poradni mają też uczniowie młodszych klas (takie statystyki zbiera już ewentualnie każda szkoła w swoim zakresie). To oznacza, że dzieci i młodzieży z „dys” jest znacznie więcej.

Kiedyś tego nie było? Było

„Kiedyś tego nie było.” To najczęstszy komentarz na temat tego zjawiska, na który Natalia Pacocha, wicedyrektorka Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 4 w Łodzi, pedagożka i trenerka treningu umiejętności społecznych w Centrum Diagnozy i Terapii „Tu i Tam” odpowiada: - Było zawsze. Tylko nie było diagnozowane. Nie mieliśmy narzędzi do tego, doświadczenia. Teraz nauka się rozwija. Jesteśmy bardziej świadomi.

Dr Beata Rajba, psycholożka, terapeutka z Uniwersytetu Dolnośląskiego DSW od razu też tłumaczy: - Lepsza diagnostyka ratuje dzieci przed etykietką „złego, głupiego” dziecka. Taka łatka potrafi być niesamowicie niszcząca. Może przekreślić dalszą edukację, bo dziecko w szkole czuje się po prostu źle.

Redakcja poleca

W przedszkolach na opinie z poradni o dysleksji czy dyskalkulii jest jeszcze za wcześnie. Chociaż pewne objawy rozwojowe, zdaniem dr Rajby, można zauważyć. - Jeśli dziecko gorzej sobie radzi np. z różnymi układankami, ma złe nawyki ruchowe przy rysowaniu i pierwszych próbach pisania, może, choć nie musi, mieć potem trudności w uczeniu się – mówi ekspertka. Pierwsze wyraźne symptomy widać w momencie, gdy dziecko zaczyna pisać, czy liczyć. Czyli ma wykonać już konkretne zadania, do których mózg nie jest dopasowany, z którymi sobie nie radzi.

Egzamin ósmoklasisty. Jakie dostosowania?

Teoretycznie opinia o specyficznych trudnościach w uczeniu się powinna być wydana nie wcześniej niż po ukończeniu trzeciej klasy i nie później niż do ukończenia szkoły podstawowej. Chociaż prawo dopuszcza też taką możliwość w szkole średniej. W praktyce jednak wysyp opinii o dysleksji czy dysgrafii nauczyciele obserwują przede wszystkim w ósmej klasie. Dlaczego? - Egzaminy – odpowiada krótko Pacocha. Rodzicom – co często słyszy - zależy na wynikach z egzaminu ósmoklasisty i profitach, które mają dzieci z opiniami z poradni.

Tacy uczniowie nie muszą np. przenosić odpowiedzi do zadań zamkniętych na kartę odpowiedzi. Obowiązuje ich też nieco inny system oceniania – upraszczając – z większym marginesem błędów. Na języku polskim i języku obcym z takiego ułatwienia mogą korzystać osoby z dysleksją, dysortografią lub dysgrafią, a na części matematycznej dodatkowo dzieci z dyskalkulią. Ci ostatni mają też możliwość korzystania z kalkulatora, jeżeli zaznaczyła to poradnia w opinii.

Przede wszystkim rodzicom jednak zależy na wydłużeniu czasu na napisanie egzaminu. CKE zaznacza jednak, że jest to możliwe, jeśli dzieci korzystały w czasie nauki z takiego rozwiązania, np. na sprawdzianach. Podobnie jest z możliwością pisania na komputerze lub z korzystaniem z pomocy nauczyciela wspomagającego (w wypadku głębokiej dysgrafii). Dyslektykom z dużymi trudnościami przysługuje też pomoc nauczyciela w odczytaniu wybranych zadań. Na egzaminie z języka obcego inne jest też nagranie – z wydłużonymi przerwami między zadaniami.

Może mu przejdzie, może wyrośnie

Co się dzieje z dziećmi w młodszych klasach, jeśli nie mają opinii? Nic. I to jest kolejny powód rosnących statystyk. Wcześniejsza diagnoza pomagałabym zminimalizować ewentualne trudności. - Dlaczego rodzicom nie zależy na dziecku od klasy czwartej? Nie mam pojęcia – mówi Pacocha. Szkoła zbyt wiele jednak zrobić nie może. - Możemy tylko prosić rodziców, wskazywać, że dziecko ma jakieś deficyty, że warto byłoby je przebadać, ale nie możemy nikogo do tego zmusić – przyznaje.

Redakcja poleca

Zdarza się, że niektórzy nawet pójdą z synem czy córką do poradni, dostaną opinię, ale nie zgłoszą tego szkole (rodzic nie ma takiego obowiązku). - Być może uważają, że to wstyd, że "z ich dzieckiem coś jest nie tak" – podejrzewa Pacocha. Aneta Tołoczko-Hordyj zauważyła, że czasem rodzice też nie dowierzają ekspertom. Nauczyciele widzą jak funkcjonuje, uczy się dane dziecko na tle klasy, grupy rówieśników. Rodzic mając nawet dwoje dzieci, nie ma takiego porównania, stąd przekonanie, że z ich synem czy córką jest wszystko w porządku.

W efekcie, jak opowiada Katarzyna Przybyła, psycholożka dziecięca, niektórzy całe szkolne życie mogą przejść bez diagnozy. - Rodzic zasłania się brakiem czasu. Albo nie wie, gdzie i co i jak, abo wypiera to i mówi: że dziecko zawsze takie było – podaje przykłady psycholożka. - Rodzice często mają też mylne przekonanie, że dziecku przejdzie, wyrośnie - dodaje dr Rajba. Choć nie ukrywa, że spotkała się z pytaniami, jak udać dysleksję. - Zdarzają się naddiagnozy, czy naciągane opinie przed egzaminami, ale jest to zdecydowana mniejszość – zaznacza.

Potwierdza to Maciej Rusiecki, dyrektor V LO w Warszawie. Zdarza się, że jak młodzież dowiaduje się o dostosowanych kryteriach oceniania na maturze to zgłasza się do poradni. Mogą świadczyć o tym chociażby zeszłoroczne statystyki maturalne, kiedy to wiadomo było, że część maturzystów będzie musiała zmierzyć się z nową, trudniejszą formułą egzaminu. Zdających z opiniami było zdecydowanie więcej niż w latach poprzednich. - Do szkół średnich w 90 proc. przychodzą jednak uczniowie zdiagnozowani – podkreśla Rusiecki i przypomina: - Zaświadczenie o trudnościach w uczeniu się jest bezterminowe, więc nie wygasa po podstawówce.

Szacuje, że w jego V LO dotyczy to ok. 20 proc. uczniów. W wypadku matur są głównie dwa dostosowania, czyli możliwość pracy na komputerze i inne zasady oceniania zadań otwartych na polskim podstawowym i rozszerzonym, a także językach obcych, również na dwóch poziomach (w przypadku opinii o dysleksji, dysortografii lub dysgrafii) i na matematyce podstawowej (w przypadku dyskalkulii, dysleksji, dysortografii, dysgrafii).

Po pierwsze nie zaszkodzić

Dostosowania na egzaminie ósmoklasisty czy na maturze to jednak kropla w morzu potrzeb dziecka z dysleksją czy dysgrafią. Stąd tak ważna jest jak najwcześniejsza diagnoza. Wtedy uczeń może liczyć na specjalną pomoc i pewne ułatwienia także w trakcie codziennych lekcji.

Jeśli rodzice zareagują na sugestie nauczycieli i już w czwartej, piątej klasie dostaną opinię z poradni – a tacy też się zdarzają – szkoła wpisuje taką informację do dziennika. Nauczyciel zapoznaje się z nią i pisze, jak będzie pracował z uczniem. - Czyli jak dostosuję lekcję i edukację, żeby dziecko miało jak najlepsze warunki do przyswojenia wiedzy i umiejętności - tłumaczy Wachowicz. Chodzi np. o wydłużenie czasu na napisanie klasówki, krótsze polecenia, dopuszczalny większy zakres błędów ortograficznych.

- Bardzo tego pilnujemy. Gdy idziemy na wizytację lekcji, prosimy np. o sprawdzian dla dziecka z opinią i bez opinii, żeby porównać, czy się różnią – mówi Pacocha. Pilnuje tego też kuratorium i w czasie kontroli sprawdza, czy dzieci chodzą np. na zajęcia wyrównawcze (to jedna z form dodatkowego obowiązkowego wsparcia ze strony szkoły).

I tu zaczyna się ciąg dalszych kłopotów. Po pierwsze, jak opowiadają dyrektorzy, są nauczyciele, którzy pilnują wszelkich zasad, a są tacy, którzy nie do końca się stosują do zaleceń. - Być może bierze się to z przekonania z dawnych lat i tego słynnego „kiedyś tego nie było” – przypuszcza Aneta Tołoczko-Hordyj.

Chociaż, jak zauważa dr Rajba, to też się zmienia. Wielokrotnie prowadziła szkolenia dla nauczycieli i nieraz słyszała krytyczne szepty o kolejnym niepotrzebnym kursie. Dziś sami nauczyciele o nie proszą i dopytują o wątpliwe kwestie. - Widzą problem. Chociaż nie doszacowują go – przyznaje dr Rajba. Ale nie tym według niej powinien zająć się nauczyciel. - Od konkretnej pomocy jest terapeuta, psycholodzy. Natomiast rolą nauczyciela w takim wypadku jest nie zaszkodzić – uważa.

Wraca tu m.in. do konieczności oceniania wysiłku, starań ucznia, a nie tego, jak wypada na tle klasy. - Jeżeli nie złamiemy takiego człowieka, nie przykleimy mu łatki „głupi”, to on pójdzie dalej i znajdzie taką ścieżkę, w której te trudności nie będą mu przeszkadzać – mówi psycholożka.

Dysleksja, dysgrafia? Nie muszę nic robić

Uczniowie nad wszelkimi „dys” zdają się przechodzić już do porządku dziennego. - W ogóle nie ma łatki czy stygmatyzacji. Po prostu zgłaszają np. przed kartkówką, że „mam wydłużony czas”. Nikogo to już nie dziwi – mówi Rusiecki. Aż tak kolorowo nie jest, bo z drugiej strony nauczyciele obserwują nieraz, jak niektóre dzieci z opiniami czują się zwolnione z obowiązku nauki czy odrabiania ćwiczeń. - Nie rozumieją tego, że jak mają różne „dys”, to wymaga to od nich o wiele więcej pracy, wysiłku – mówi Tołoczko-Hordyj.

- Problemy będą o wiele mniejsze, jeśli się ćwiczy – potwierdza dr Rajba. Ma na myśli ćwiczenia ogólnorozwojowe, ale też ćwiczenia z zakresu czytania, układania literek, mnemotechniki. - W żadnym wypadku nie chodzi o żmudne kucie i przepisywanie 50 razy swojego imienia i nazwiska – podkreśla. Sceptycznie podchodzi też do częstych pomysłów zostawienia dziecka na drugi rok w tej samej klasie. - Np. ostatnio konsultowałam takiego ucznia z dysleksją, któremu wychowawczyni zaproponowała powtarzanie klasy. To niewiele zmieni. Całe siły powinny iść w ćwiczenia – mówi ekspertka.

Osią jest praca nad trudnościami edukacyjnymi, ale zdaniem Przybyły, czasem wsparcie psychologiczne może okazać się potrzebne. - Zwykle kiedy takie dziecko trafia do specjalisty, jest już obciążone psychicznie. Ma za sobą bagaż porażek. Może nie wierzyć w siebie i być źle nastawione do siebie – mówi psycholożka.

Zdaniem ekspertek lekiem na epidemię „dys” jest przede wszystkim praca, wczesna diagnoza i współpraca. - Uczeń dzięki pomocy rodziców i nauczycieli jest w stanie zminimalizować wszelkie trudności niemal do zera – przekonuje dr Rajba. Za przykład podaje znajomego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego – znanego na świecie badacza, ale z dysleksją i dysortografią. - Nie jest w stanie napisać słowa, żeby nie zrobić błędu. Miał wsparcie nauczycieli, maturę zdał tak sobie, ale na studiach radził sobie już doskonale – opowiada. W tej chwili wykorzystuje technologię: zamiast pisać coś odręcznie, wysyła maile, a komputer automatycznie poprawia mu błędy.

Źródło: Radio ZET

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET