Gdy córka poszła do liceum, dzień po dniu zaczęła nam gasnąć
SZKOŁA OCZAMI RODZICÓW: Siedem, osiem godzin w szkole. Potem obiad z książką i dodatkowe lekcje. Od piątej rano jeszcze powtórki przed sprawdzianem. Bartek obserwuje, jak wygląda życie jego 15-letniej córki w liceum i jest wściekły. Na system, na szkołę, na nauczycieli.
Szkoła oczami… - to nasz autorski cykl, w którym przedstawiamy historie uczniów, nauczycieli i rodziców z różnych miast i szkół. Kolejni nasi bohaterowie opowiadają nam, jak wygląda ich szkolny tydzień, co odpowiada im w polskiej edukacji, co by zmienili. Każda z tych grup – uczniowie, rodzice, nauczyciele – współtworzy polską szkołę. Jednocześnie często odbiera ją zupełnie inaczej. Połączenie tych spojrzeń daje pełny obraz polskiego systemu edukacji.
- Dzień po dniu, tydzień po tygodniu zaczęła nam gasnąć – wspomina początki liceum córki Bartek. Iga chodzi do pierwszej klasy, ma 15 lat. Bartek z żoną pracują w korporacji w Krakowie. Zajmują się marketingiem. Mama 15-latki ze względu na pracę dużo podróżuje, więc głównie Bartek śledzi, co dzieje się w szkole córki.
Iga do wymarzonego liceum, jednego z lepszych w mieście, dostała się bez problemu. - To naprawdę mądra dziewczyna - podkreśla przy każdej okazji Bartek, opowiadając o córce. Ale nie ma tego szczęścia, że wystarczy jej uważne słuchanie na lekcjach. Według Bartka to jedna z podstawowych zdolności potrzebna do tego, żeby przetrwać w polskiej szkole. Druga to olewanie, odpuszczanie. Żadnej z tych umiejętności Iga, niestety, nie zdobyła. Jej wadą, jak mówi Bartek, jest ambicja. Od zawsze taka była. Chce sprostać wszystkim wymaganiom, które stawia liceum i nauczyciele. Chce być w porządku, grać fair. Ale się nie da.
Osiem godzin w szkole i dalej nauka
Do szkoły idzie na godz. 8, wraca o 15,16. Często uczy się już w tramwaju. Potem obiad z książką i pędzi na dodatkowe lekcje z angielskiego. Tak dwa razy w tygodniu. Wraca po godz. 19 i nie wychodzi z pokoju. Często siedzi nad lekcjami do północy. Gdy Bartek wstaje do pracy o 6, u córki w pokoju świeci się już światło. Iga wypija kawę i znów do szkoły. Coraz bardziej zmęczona, przez to coraz bardziej wkurzona. Chodzi po domu jak chmura gradowa, bo wie, że za chwilę znowu musi siąść do lekcji.
- Najgorsze nawet już nie są pracę domowe, ale sprawdziany. Iga ma teraz trzy w tygodniu już na nowy semestr. Plus kartkówkę – wylicza Bartek. A semestr jeszcze na dobre się nie zaczął. Weekendy wyglądają niewiele lepiej.
Gdy rodzina planuje spotkanie ze znajomymi albo wyjazd do pobliskiego Zakopanego, Iga nie może, musi się uczyć. W ostatni weekend spała u koleżanki. Ale od razu poprosiła, by tata w sobotę przyjechał po nią o godz. 10, bo musi się uczyć. - Przejmuje się. My naprawdę tego od niej nie wymagamy. Gdy ostatnio dostała trójkę z chemii, odtańczyliśmy z żoną taniec radości, żeby pokazać jej, że trójka też jest super – mówi.
Uczeń przygotowany, nauczyciel nie
Iga uczy się w klasie językowej. - Śmiga po angielsku niesamowicie. Gdy ostatnio słuchałem, jak rozmawiała z koleżanką z Włoch, aż przecierałem oczy ze zdumienia – wspomina Bartek. 15-latka chciała się jeszcze uczyć hiszpańskiego. Niestety, zabrakło czasu. Priorytetem są dla niej języki, ale rozszerzony ma też program historii. A historyczkę wymagającą. Tak jak sprawdziany. Ostatni – z całej starożytności. Daty, bitwy, style. Po co to komu? Tego wątku – suchego wkuwania encyklopedycznej wiedzy na pamięć – Bartek już nawet nie chce poruszać.
Przez tydzień, dzień w dzień Iga siedziała nad znienawidzoną epoką, gdzieś pomiędzy odrabiając matematykę i polski. Poprosiła tatę, czy może opuścić dodatkowe zajęcia z angielskiego. Inaczej nie da rady, nie wyrobi się. - Skoro tak chciała, zgodziłem się. Lekcje już opłacone, ale trudno. I tak była wystarczająco wymęczona – opowiada Bartek. W dzień sprawdzianu wstała jeszcze o godz. 5 i powtarzała materiał.
Ze szkoły wróciła wściekła. - Pani sprawdzianu jednak nie zrobiła, bo zapomniała wziąć kserówek z domu. Nie powtórzę, co sobie pomyślałem o tej kobiecie. Dzieci siedzą po nocach, rezygnują ze swoich pasji, a pani jak gdyby nigdy nic przekreśliła to. Czy przeprosiła? Nawet nie muszę odpowiadać – stwierdza z przekąsem Bartek. Zyskali na tym ci, którzy olali. Ci, którzy chcieli być fair i przyłożyli się, zyskali tylko dodatkowy stres.
Zaledwie miesiąc później doszło do podobnej sytuacji. Polonistka o godz. 17 napisała na librusie (dziennik elektroniczny), że jutro kartkówka. Iga stała już w drzwiach. Szła na 17.30 na dodatkowe zajęcia z angielskiego. Wróciła się, angielski przepadł. Uczyła się do 1 w nocy. Na drugi dzień sprawdzianu nie było. Nauczycielka stwierdziła, że dała klasie za mało czasu. - Uczeń nie może być nieprzygotowany, a nauczyciel może – kwituje Bartek gorzko.
Podwyżki dla nauczycieli? Jestem zły
Dlatego gdy słyszy o podwyżkach dla nauczycieli, jest zły. - Za co? - pyta. Według niego Iga ma tylko jedną nauczycielkę z prawdziwego zdarzenia, matematyczkę. Świetnie tłumaczy, a klasa - przypomina - nie jest matematyczna. W każdej chwili można się zgłosić do nauczycielki po pomoc z tego przedmiotu. Uwielbiają ją i uczniowie, i rodzice. - Wymagająca, ale cierpliwa. Konkretna. Z powołania – mówi zachwycony. Ale to jedna na całą szkołę. Pozostałe przedmioty według niego polegają raczej na przedstawieniu tematu i nauce go w domu. - To gdzie się uczą te dzieci, w domu czy w szkole? - pyta Bartek.
Na co dzień obserwuje też to, o czym mówią coraz częściej psycholodzy: brak wsparcia rówieśniczego. Iga w klasie ma znajomych, ale ich kontakt polega raczej na wymianie wiadomości, co z czego zrobić, kto będzie pytał, co może być na sprawdzianie. Wszystko kręci się wokół szkoły i nauki. - Nie wtrącam się. Iga tego nie chce. Nie odrabiam z nią lekcji, zresztą pewnie większości już bym nie potrafił. Ale obserwuję to wszystko i jestem wściekły, bo codziennie widzę swoje dziecko: wymęczone, niewyspane, zestresowane. Nie poznaję jej - przyznaje.
Z bólem stwierdza, że powoli zapomina, jak wygląda jej uśmiech. Dlatego przed świętami rodzice zabrali córkę na tydzień do Włoch. - Tak, w trakcie semestru, w trakcie roku szkolnego, tuż przed wystawieniem stopni – odpowiada twardo Bartek. - Żeby oderwała się trochę od tej fabryki, kieratu. Zobaczyła, że świat się nie zawali, jak czegoś się nie douczy, coś ją ominie. Inaczej w szkole można zwariować – mówi Bartek.
Źródło: Radio ZET
- W podstawówce rodzice wymieniają się numerami do psychologów. W liceum do psychiatrów
- Prof. Bralczyk: „Dobra zmiana, gorszy sort na jakiś czas jeszcze z nami zostaną”
- Nauczyciele z obiecanymi podwyżkami, ale niezadowoleni? "Wypaleni. Pieniędzmi się tego nie załatwi"
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET