`

W podstawówce rodzice wymieniają się numerami do psychologów. W liceum do psychiatrów

6 min. czytania
16.01.2024 09:17
Obserwuj nas na Google

SZKOŁA OCZAMI RODZICÓW. - Najbardziej boję się momentu, gdy trzeba będzie wybrać: szkoła albo pasja córki - mówi Monika, mama szóstoklasistki. Nieraz sama znów czuje się jak uczennica. W dodatku nieprzygotowana. Gdy słyszy, "też tak mieliśmy i wyszliśmy na ludzi", przecząco kręci głową.

Szkoła
fot. Filip Naumienko/REPORTER

Szkoła oczami… - to nasz autorski cykl, w którym przedstawiamy historie uczniów, nauczycieli i rodziców z różnych miast i szkół. Kolejni nasi bohaterowie opowiadają nam, jak wygląda ich szkolny tydzień, co odpowiada im w polskiej edukacji, co by zmienili. Każda z tych grup – uczniowie, rodzice, nauczyciele – współtworzy polską szkołę. Jednocześnie często odbiera ją zupełnie inaczej. Połączenie tych spojrzeń daje pełny obraz polskiego systemu edukacji.

Ani, szóstoklasistce z Warszawy, z nauką nie zawsze idzie gładko. Zresztą szczególnie się nad nią nie pochyla. Gdy Monika, jej mama, delikatnie sugeruje: "masz sprawdzian, może byś zajrzała do książek", zazwyczaj słyszy w odpowiedzi: "przecież sama mówisz, że oceny nie są ważne". Monika pasuje.

Nauczycielki nie ma kim zastąpić

Żeby zrozumieć dlaczego, tę historię trzeba zacząć sześć klas wstecz. - W 1-3 córka trafiła na osobę, która nie powinna mieć nic wspólnego z dziećmi – wyjaśnia krótko Monika. Wychowawczyni poniżała, wyśmiewała, przedrzeźniała. - Jak dziecko recytowało wiersz, to pani w tym czasie: "bla, bla, bla". Tak pokazywała, że jej się nie podoba – podaje przykład Monika.

W trakcie pandemii i lekcji zdalnych rodzice zobaczyli, jak pani odnosi się do dzieci. Te długo nic nie zgłaszały. - Kiedy ktoś obdarzony władzą przekracza ich granice, to one przyjmują to za coś oczywistego. Uczą się tego przez 12 lat w szkolnych ławkach. Potem zachowują się tak w dorosłym życiu – to pierwsza gorzka konkluzja Moniki o szkole. Rodzice zgłosili sprawę dyrekcji i na własnej skórze poczuli kolejny problem systemu edukacji. Dyrektorka nie ukrywała, że chętnie wysłałaby nauczycielkę na emeryturę, bo ta osiągnęła już wymagany wiek, ale nie ma jej kim zastąpić.

Anię za to – przygnębioną, niewierzącą w siebie, skuloną, gdy tylko ktoś podnosił głos - trzeba było wysłać do psychologa. Nie tylko ją. - W podstawówce rodzice wymieniają się numerami do korepetytorów i psychologów. W liceum - do korepetytorów i psychiatrów – podsumowuje z jeszcze większą goryczą polską edukację Monika.

Jej dom też dobrze obrazuje szkołę. Mnóstwo opakowań, pudełek, kartonów. Nic już takiego nie wyrzuca, odkąd robiła makietę pałacu na plastykę. I nie tylko. Doskonale pamięta pięć godzin, które spędziła – w ferie zimowe – na wyklejaniu greckiej mozaiki. Córka wymiękła po dwóch godzinach. Zresztą wyprawka na plastykę była godna studenta ASP. Mimo wszystko czwarta klasa, zazwyczaj szok dla małego organizmu, bo oznacza przejście na system „wielu nauczycieli, wiele przedmiotów, wiele wymagań”, dla Ani i jej mamy był ulgą. Także pod względem transportu i organizacji.

Redakcja poleca

Szkoła albo pasja

Najtrudniej było, kiedy córka uczyła się w drugiej klasie, a syn w zerówce. Totalny chaos, ale kondycja nie z tej ziemi – tak wspomina ten czas Monika. Limit tysięcy kroków na zegarku wyrabiała bez problemu. Najpierw na godz. 8 odprowadzała syna. 20 minut żwawym krokiem. Wracała – kolejne 20 minut - i ponownie szła do szkoły z córką. Ta ze względu na brak miejsca w budynku chodziła na drugą zmianę, czyli na godz. 10 lub 11. Chwila przerwy i trzeba było odebrać syna o 12. A potem jeszcze córkę o 15.

Obecnie, w szóstej klasie, Ania lekcje zaczyna o godz. 9, kończy 13.30-14.30. Wraca sama do domu. Zje, w przelocie zrobi lekcje i jedzie na zajęcia z gimnastyki sportowej. Trzy razy w tygodniu po dwie godziny. Wraca do domu koło 21. O godz. 22 nieraz przypomina sobie, że musi zrobić jeszcze trzy zadania z matematyki z wielokątów, albo nauczyć się na kartkówkę z historii. W tygodniu ma trzy, cztery kartkówki. Zazwyczaj właśnie z historii i matematyki. Chodzi spać o północy.

- Tak, boję się, że przyjdzie taki moment – i to już niedługo - kiedy trzeba będzie wybrać: szkoła albo pasja. Na pewno Ania nie pozwoli się wypisać z treningów, bo to jest dla niej najważniejsza rzecz w ciągu dnia - mówi Monika. Na pytanie o lekcje WF wybucha śmiechem.

Mamo nie chcę iść na WF. Mamo mogę nie iść na WF? - słyszy niemal co tydzień Monika i kłamie w żywe oczy nauczycielowi, że córka ma skręconą kostkę i nie może ćwiczyć. - Dzieciak, który jest wysportowany jak żyleta, kombinuje jak koń pod górę, żeby omijać WF – mówi Monika. Ale niewiele na to może poradzić. Klasa nie ma podziału na grupy. Chłopcy ćwiczą z dziewczynami, czyli tak naprawdę nikt nic nie robi. Wuefista również.

Redakcja poleca

- Ania nie cierpi tego. Proponowałam jej przejście na edukację domową, ale żal jej przyjaciółek. To ją tam trzyma – podsumowuje szkołę Monika.

Sfrustrowany siedmiolatek

Marcin, młodszy syn Moniki, jest w czwartej klasie. Gdy poszedł do szkoły, stał się wycofany i sfrustrowany. Czym może być sfrustrowany siedmiolatek? - Parciem na oceny, wyścigiem po plusiki – wyjaśnia to Monika jak coś oczywistego. Trzy pierwsze osoby, które zrobiły zadanie, zdobywały upragniony plusik. Potem rzutowało to na lepszą ocenę. - Synku, przecież wiesz, że to potrafisz. Zrobiłeś to dobrze, tylko później. Ale ja tak chciałem. I płakał – tak często wyglądały popołudnia w domu Moniki.

Marcin ewidentnie męczył się w szkolnej ławce - podczas lekcji i na przerwie. - Wychowawczyni bała się, że zrobią sobie krzywdę, biegając po korytarzu, więc nawet na przerwach siedzieli w sali – wspomina wyjaśnienia nauczycielki.

W trzeciej klasie, w lutym, Marcin zaczął wymiotować. Codziennie po kilkanaście razy, przez niemal dwa miesiące. Wizyty u gastrologów, pediatrów i kolejne badania potwierdzały jedynie, że Marcin jest najzdrowszym dzieckiem świata. W końcu psychiatra rozpoznał ADHD i zaburzenia lękowe. - Po latach bezruchu w szkolnej ławce ulewało mu się w ten sposób nagromadzone napięcie – przytacza diagnozę psychiatry Monika.

Teraz Marcin chodzi do prywatnej szkoły alternatywnej. Jego rodzice prowadzą własną firmę, zajmują się branżą IT, więc finanse nie stały na przeszkodzie. 10-latek ma głównie zajęcia projektowe i manualne, np. w ramach historii klei z papieru rzymskie koloseum, na przyrodzie robi domki dla jeżyków. Na grupę – ta liczy 9 osób – przypadają dwie mentorki. Nie siedzi w ławce. Nie ma prac domowych.

Jak przełoży się to na egzaminy za kilka lat? O tym Monika nie chce na razie myśleć. Jest przekonana, że decyzja o przepisaniu syna do nowej szkoły była trafna. - Czy taki system można zorganizować w systemie publicznym? Nie, jakim cudem? Nie ma ludzi - odpowiada Monika.

Pasjonat? Jeden na szkołę

Zdarzają się, jak mówi, pasjonaci, którzy rzeczywiście potrafią. Od razu przypomina jej się anglistka ze szkoły córki. Powód, dla którego warto do tej szkoły przychodzić. Monika zawsze to podkreśla, opowiadając o podstawówce córki. - Przez pierwsze trzy lata Ani angielski w ogóle nie wchodził. W czwartej klasie przyszła pani Beata. Kobieta power. Wymyślała gry, kazała instalować specjalne apki i odblokowała klepki w głowie córce. Nagle angielski stał się jej ulubionym przedmiotem – opowiada. Anglistka, niestety, została dyrektorką i klasę musiała oddać.

Syn, teraz gdy w niedzielę słyszy szkoła, jest już spakowany. Córka z kolei ostatnio usłyszała od starszych koleżanek, że chodzą na wolontariaty, żeby nabijać sobie punkty do rekrutacji do szkół średnich. Monika myślami na razie jest przy siódmej klasie, ale i tak jest przerażona. Trzy nowe przedmioty: chemia, fizyka i drugi język. - To będzie hardcore. Matematykę ogarniam, ale fizyki, chemii już nie, więc nawet nie będę jej w stanie pomóc – mówi.

Czasem znów sama czuje się jak uczennica. W dodatku nieprzygotowana. Gdy słyszy, że „też tak mieliśmy i wyszliśmy na ludzi”, przecząco kręci głową. - Nie wyszliśmy. Nie potrafimy mówić o emocjach, potrzebach - wylicza. Rodzice, już dorośli ludzie, wciąż boją się szkoły.

Źródło: Radio ZET

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET