Polonista o kanonie lektur: Może być obszerny, gdyby uczeń z niego wybierał jak z pudełka czekoladek
- Trudno młodzieży przebrnąć przez poezję. Uczniowie lepiej rozumieją Dostojewskiego, czy „Lalkę” Prusa, kiedy Wokulski rzuca książkami, ma dość wszystkiego. Te fragmenty robią wrażenie na młodych ludziach, bo oni też mają ochotę czasem trzasnąć drzwiami, rzucić zeszytami, wygarnąć paru osobom, co o nich myślą - o kanonie lektur w rozmowie z RadioZET.pl opowiada Dariusz Chętkowski, polonista.
Aleksandra Pucułek: - Możemy powiedzieć coś dobrego o kanonie lektur na początek?
Dariusz Chętkowski, polonista w XXI LO w Łodzi, prowadzący BelferBlog: - Jest bardzo obszerny, szczególnie w liceum.
To plus?
- Byłby to plus i kanon mógłby być nawet bardzo obszerny, gdyby uczeń mógł z niego wybierać niczym z pudełka czekoladek. Jeśli ktoś ma swobodę wyboru i może sam wybrać pastę do zębów, szczoteczkę, to lepiej się czuje i chętniej myje zęby. Wszędzie jest wybór, poza kanonem lektur.
Gdy patrzy pan na obecny kanon lektur, to widzi pan co właściwie? Albo kogo?
- Dużo starych tekstów. Widać, że listę lektur układali filolodzy. Oni cenią klasykę, która stanowi fundament naszej kultury, ale przesadzili z nią. Pomylili magistrantów polonistyki z licealistami.
Spora pomyłka.
- Efekt może być odwrotny od zamierzonego. Tzn. uczeń znienawidzi klasykę. Zresztą Francuzi przeprowadzili jakiś czas temu taki eksperyment. Nauczyciel ogłosił, że w ogóle nie będą czytali lektur. Zajmą się czymś, co jest dla nich wartościowe. Uczniowie sami sobie wybierali książki. Padło głównie na literaturę amerykańską.
Nauczyciel widząc to, na koniec powiedział swoim uczniom: "wyobraźcie sobie, że młodzież z Ameryki nie chce tego czytać". Ci zdziwieni, stwierdzili, że tamci są chyba idiotami, skoro nie sięgają po takie ciekawe książki. Problem polegał na tym, że Francuzi czytali, bo chcieli, a Amerykanie musieli czytać, więc nie czytali. Kluczem jest więc poluzowanie przymusu.
Festiwal pomysłów na zmiany w edukacji trwa i niemal każdy chce coś zmienić. Uczniowie w naszym niedawnym cyklu "Szkoła oczami..." zgodnie jednak wskazywali kanon jak coś, co im najbardziej nie odpowiada. Stąd też nasza rozmowa i pytania o zmiany. Proporcje omawianych epok literackich powinny być inne?
- Pani minister edukacji sugerowała, że powinno być więcej literatury XXI wieku. Tylko żeby wprowadzić literaturę najnowszą do kanonu w zamian za klasykę, to trzeba by otrzymać rekomendacje od krytyków.
Po co?
- Ponieważ z punktu widzenia wydawnictwa, które opublikowało daną pozycję i odpowiada za jej promocję, to dana książka jest arcydziełem. Natomiast nie wiadomo, czy przetrwa próbę czasu. Musielibyśmy więc skorzystać z pomocy niezależnych krytyków.
Znaleźlibyśmy takich?
- Paru jest, chociaż prezentacja książek w mediach publicznych padła, więc żeby wprowadzić literaturę najnowszą do kanonu, najpierw trzeba byłoby odbudować programy poświęcone książkom w telewizji, w radiu. Wtedy ujawniliby się niezależni krytycy i moglibyśmy skorzystać z ich pomocy. Inaczej wprowadzimy coś, co może okazać się gniotem. Klasyki na pewno są wartościowe, ponieważ przetrwały próbę czasu. Tego argumentu nie da się zastosować do literatury najnowszej.
Oczywiście nie ma ryzyka, jeśli w kanonie znalazłaby się książka naszej noblistki Olgi Tokarczuk. Ale łatwo możemy popełnić ten sam błąd, jaki popełniamy z romantyzmem. Czyli za dużo danego autora. I kolejne pokolenia będą marzyły, żeby nie czytać Tokarczuk.
Właśnie skąd ten nadmiar romantyzmu?
- Poloniści kochają romantyzm.
Czemu?
- Z jakiegoś powodu pasuje im, szczególnie polonistkom. Postawa romantyczna, nieszczęśliwa miłość, romantyczne spotkania w górach, nad jeziorem albo w jakichś niebezpiecznych miejscach. To się łatwo omawia. Każdy nauczyciel romantyzm ma w małym palcu. Gdybyśmy to zastąpili literaturą najnowszą, to pierwszym uczniem musiałby być nauczyciel.
Ale nauczyciele podkreślają, że są grupą zawodową, która się najwięcej dokształca.
- Tak, pod warunkiem, że nie spadnie naraz z wielu stron obowiązek dokształcania się we wszystkim. Już musimy się dokształcić w pracy z uczniami bez zadawania prac domowych. Przyzwyczailiśmy się jednak do tego, że jest kartkówka, odpowiedź, jest ocena. Teraz panują tendencje, żeby mniej oceniać, więcej inspirować, więc już tu są potrzebne szkolenia. Jeśli dołożymy do tego jeszcze konieczność czytania lektur, plus sprawdzanie prac, plus nowe formy prowadzenia lekcji, to polonista zrobi to po łebkach.
Jak już jesteśmy przy tym wątku, to ile jest chęci w nauczycielach do tego, żeby uczyć inaczej, żeby inaczej chociażby spojrzeć na kanon lektur?
- Wiele może zmienić podwyżka, bo na razie zajęliśmy się dorabianiem, braniem nadgodzin, bieganiem do drugiej szkoły. Nie ma czasu na innowacje. Jeżeli tak jak zapowiada pani Barbara Nowacka, w ślad za podwyżkami pójdzie odbudowa prestiżu naszego zawodu, to wtedy wypada być mistrzem. Nie tym, który chałturzy, tylko tym, który się zna.
Jakiś tytuł czy autor z końcówki XX wieku albo z XXI wieku, co do którego nie byłoby wątpliwości, nasuwa się jeszcze panu?
- Współcześnie literatura jest bardzo podzielona, czyli mamy fanatyków fantasy, komiksów, kryminałów. Jeśli zostanie wprowadzony kryminał, i to w całości, to ci od fantasy się obrażą. Amator fantasy nie przebrnie przez cały kryminał i będzie się czuł tak samo, jakby czytał „Dziady” Mickiewicza. Rozwiązaniem są fragmenty, które służyłyby zachęceniu do czytania, a nie poznaniu całego dzieła.
Czy te dawne utwory dałoby się omawiać tak, żeby były dla uczniów wartościowe, żeby mogli odczytać w nich współczesne problemy?
- Oczywiście, wokół dawnych tekstów tyle się dzieje! Jeśli lekturę objaśnia nauczyciel, to rzeczywiście trudno mu się wyrwać z dydaktyzmu, ponieważ szuka treści pouczających, wartościowych. Ale można pozwolić uczniom na zaprezentowanie książki. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma bzika na punkcie jakiegoś tekstu.
Dariusz Chętkowski, polonista
Ostatnio moja uczennica zgłosiła się, żeby zaprezentować „Odyseję”. Znalazła w internecie animowany musical. Przedstawiła jego fragmenty, sama przetłumaczyła teksty, opowiedziała, jak wygląda całość. Wszystkim szczęka opadła, mnie najbardziej. Potem zaczęliśmy rozmawiać o piosenkach, które śpiewają wędrowcy. I tak od „Odysei” przeszliśmy do tematu podróży, do szant. Pomysł często rodzi się sam, gdy pozwoli się uczniom przejąć inicjatywę. Jeśli kapitanem zawsze pozostaje nauczyciel, a reszta ma wykonywać jego polecenia, to będzie trudno.
Kogóż może obchodzić np. sen jakiegoś urzędnika carskiego z III części "Dziadów"? Ale jak posłuchamy klasy, nagle okazuje się, że ktoś interesuje się snami, psychologią i oburza się na pozostałych, że nie cenią motywu snu. Jeśli to oburzenie wyjdzie od ucznia z pasją, to wtedy ma on szansę przekonać pozostałych niedowiarków. A nauczyciel się po prostu wycofuje z prowadzenia lekcji, bo ma przed sobą mądrych ludzi.
Działa efekt Pigmaliona, czyli samospełniającej się przepowiedni. Jeżeli uważamy ludzi za kretynów, to oni zachowują się po kretyńsku. Natomiast jeżeli odwrócimy to tak jak Pigmalion, zachwycimy się rozmówcą, wychowankiem, to on może pięknie zakwitnąć. Ludzie są tacy, jak ich traktujemy.
O czym chcą czytać uczniowie? Czego szukają w literaturze, w lekturach?
- Wielkim zainteresowaniem cieszy się psychologia. Wielu uczniów bierze leki albo konsultuje się u psychologa, albo słucha, jak koleżanki czy koledzy się leczą, więc wątki w literaturze, które dotyczą problemów psychicznych, nietypowych skłonności, natłoku myśli, są na topie.
Czyli lektury z romantyzmu jednak pasują.
- Tak, ale trudno młodzieży przebrnąć przez poezję. Lepiej rozumieją Dostojewskiego, czy „Lalkę” Prusa, kiedy Wokulski rzuca książkami, kiedy ma dość wszystkiego. On to robi jak romantyczny bohater, ale Prus to inaczej opisał. Te fragmenty robią wrażenie na młodych ludziach, bo oni też mają ochotę czasem trzasnąć drzwiami, rzucić zeszytami, wygarnąć paru osobom, co o nich myślą.
Można by się pozbyć kanonu lektur zupełnie?
- Przechodzą przez to inne kraje. Niemcy bardzo mocno ograniczyły lektury na rzecz sprawności językowej. Parę lat temu jak byłem tam na wymianie, klasa opisywała, bardzo poważnie to traktując, argumenty za i przeciw karmienia dziecka butelką. Wyglądało to niesamowicie. Akurat w tym samym wieku byli moi uczniowie, więc tamtejsza nauczycielka zapytała, co z nimi omawiam. Zajmowaliśmy się wtedy literaturą baroku. Szczęka jej opadła. Stwierdziła: "co za ambicja!"
Ambicji rzeczywiście nam nie brakuje, ale efekt omawiania wielu poetów baroku jest mizerny. Podejrzewam, że polskie szkoły za parę lat zrozumieją, że należy rozmawiać o współczesnych problemach niekoniecznie przy pomocy narzędzi literackich.
Czyli dałoby się uczyć bez kanonu lektur? Dopytuję, bo pewnie pojawią się głosy, a co z maturą?
- Można by to zrobić tak jak na języku angielskim, czyli po prostu maturzysta ma napisać esej i zaprezentować swoje stanowisko. Ambitne osoby mogłyby się realizować na poziomie rozszerzonym. Wedy opierałyby się na literaturze. Na poziomie podstawowym można by ocenić sprawność językową, jasność myśli, logikę wywodu i zdolność przekonywania.
Można uczyć bez lektur. Przeszliśmy taką reformę w XVIII wieku, kiedy Komisja Edukacji Narodowej zlikwidowała na wydziałach medycznych nauczanie literatury. Dawniej uczono tego medyków, żeby mieli o czym rozmawiać z pacjentem. Kiedy KEN zlikwidowała tę dziedzinę, bo medycyna już się tak rozwinęła, że nie było czasu na wykłady literackie, to sami lekarze się zbuntowali. Bo jak to człowiek należący do elity nie będzie znał się na literaturze? Dzisiaj uznaje się za normalne brak zajęć literackich na medycynie.
To co usuwamy, co na pewno zostawiamy?
- Kiedyś w szwajcarskim podręczniku znalazłem „Ferdydurke”. Czyli Szwajcarzy uczyli się o Gombrowiczu, ale tam był jeden akapit na temat tego dzieła. I to jest rozwiązanie - maleńkie fragmenty i nauczyciel, który znając klasę, jej potrzeby, rozwój intelektualny, powiększa je albo zmniejsza. Wtedy wszyscy usłyszą o III części „Dziadów” i o Mickiewiczu, ale niektórzy przeczytają je w całości, a inni obejrzą tylko okładkę, usłyszą na lekcji czytany fragment i zrozumieją ten fragment. Trzeba zaufać nauczycielom.
Nawet „Dziady”, nawet „Pan Tadeusz” we fragmentach?
- Tak, bo szkoły są zróżnicowane. Gdybym proponował coś do usunięcia i coś do wprowadzenia, to popełniłbym ten sam błąd, który popełnili twórcy obecnego kanonu. Chcą, żeby uczniowie czytali to, co twórcy kanonu lubią. A nie o to chodzi.
Młodzież ma inny kapitał kulturowy. Jeżeli ludziom, którzy są oczytani, pochodzą z domów inteligenckich, podamy skromne danie w postaci kilku lektur, to będzie to dla nich uwłaczające. Jeśli osobom, które mają niski kapitał kulturowy, damy olbrzymią porcję lektur, to będzie to dla nich zabójcze. Mimo że wszyscy chodzą do liceum, to część będzie studiować prawo, inni medycynę. Nie da się wprowadzić dla całej Polski, dla wszystkich szkół jednakowego kanonu lektur. Musi on być zróżnicowany. Bez sensu jest, żeby każdy umiał wszystko. Jeśli potrzebuję iść do lekarza, to idę, bo sam nie jestem lekarzem.
Powinnam zacząć od tego pytania, ale skończę na nim. Uczniowie w ogóle czytają?
- Tak i to bardzo dużo, ale niekoniecznie lektury. Ci, którzy czytają, czytają coraz więcej. Ci, którzy nie czytają, nie czytają też coraz więcej, czyli nic.
Źródło: Radio ZET
- W podstawówce rodzice wymieniają się numerami do psychologów. W liceum do psychiatrów
- Byłem podrapany do krwi w szkole, uderzony w twarz. Dodatek za trudne warunki pracy? Niecałe 300 zł
- Samookaleczenia, leki psychotropowe, depresje. Wszystko to przerobiłem w swoich klasach
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET