`

"Strach wychodzić na ulicę". Przepisy i znaki drogowe dla uczniów trudne do przejścia

6 min. czytania
22.12.2025 06:02
Obserwuj nas na Google

- Jestem przerażona liczbą błędów, jakie dzieci popełniają, zdając testy na kartę rowerową – przyznaje nauczycielka techniki z Łodzi. Potem nie jest wcale lepiej. - Syn ani myśli o kursie na prawo jazdy, bo musiałby się uczyć wszystkiego zupełnie od podstaw - przyznaje Alicja, mama 18-latka. Dlaczego robienie prawa jazdy tuż po osiemnastce nie jest już oczywistością i czemu uczniowie nie rozróżniają podstawowych znaków drogowych?

Rowerzysta na pasach
fot. Dawid Wolski/East News

Filip zaraz po tym jak skończy 18 lat, miał zapisać się na kurs na prawa jazdy. A raczej tak planowała jego mama. Im bliżej czerwca, czyli jego urodzin, tym znajdował więcej wymówek. A to koniec roku szkolnego, a to wakacyjna praca, a to znów początek szkoły. Albo po prostu standardowe „nie chce mi się”, „za dużo zachodu.” - To „za dużo zachodu” jest tutaj w pewnym sensie zrozumiałe – domyśla się Alicja, mama 18-latka z Łodzi. - W wypadku Filipa pójście na kurs i uczenie się zasad ruchu drogowego oznaczałoby uczenie się zupełnie od podstaw, bo nie zna podstawowych zasad, znaków – stwierdza.

Nie dotyczy to tylko Filipa. Widać to już dużo wcześniej, w podstawówkach, kiedy dzieci zdają testy, by zdobyć karty rowerowe. Beata Bednarek, nauczycielka techniki w SP nr 81 w Łodzi, prowadzi taki kurs w piątych klasach. Przy współpracy z nauczycielami informatyki organizuje dzieciom test teoretyczny, a potem z wuefistami przeprowadza egzamin praktyczny. Oczywiście wszystko to jest poprzedzone tygodniami wspólnej nauki. - Jestem przerażona liczbą błędów, jakie dzieci popełniają, np. rozwiązując teorię – nie ukrywa.

Podstawowe zasady pierwszeństwa, co oznaczają poszczególne znaki drogowe – te elementy sprawiają dzieciom coraz większe trudności. Nie tylko w szkole - Dzisiaj nawet wracając z pracy, widziałam jak dziecko zza samochodu nie patrząc, wjeżdża na hulajnodze na drogę i gdyby nie refleks kierowcy, to byłaby tragedia. Dlatego zawsze powtarzam uczniom, nawet jak masz zielone światło, poczekaj, aż kierowca się zatrzyma – mówi. - Najlepiej się uczyć zasad w praktyce, czyli jedziemy samochodem, pokazujemy dany znak i uczymy dziecko, co on oznacza – dodaje.

Duże miasto, prawo jazdy niepotrzebne

I to kuleje. Bo np. droga Filipa z domu do szkoły albo wspólny wyjazd do dziadków wygląda zazwyczaj tak, że wraz z uruchomieniem silnika twarz Filipa ginie za telefonem komórkowym. Gdy dźwięk ustaje, nastolatek podnosi głowę i pyta, czy już są na miejscu. - To czego, czy my jeszcze uczyliśmy się naturalnie, obserwując drogę, pytając, co oznacza dany znak, zanikło. Jeśli więc chce się mieć dziś prawo jazdy, trzeba wkuwać wszystko na pamięć od początku, a to zawsze, jak wiadomo, przynosi gorsze efekty – zgadza się Alicja.

Michał Fijałkowski, współwłaściciel Ośrodka Szkolenia Kierowców Władcy Dróg w Lublinie, dodałby do tego jeszcze popularne taksówki na aplikację, dobrze rozwiniętą komunikację publiczną w dużych miastach i kłopoty z parkowaniem. To powody, dla których prawo jazdy tuż po 18. roku życia nie jest już takie oczywiste jak jeszcze 10, 15 lat temu. - Chociaż wciąż najwięcej osób, bo ok. 80 proc., zapisujących się na kurs prawa jazdy to 18-latkowie – zaznacza Fijałkowski.

Redakcja poleca

Przemek, 19-latek spod Kielc, przyznaje, że coś w tym jest, bo on wręcz odliczał dni, kiedy będzie mógł zdawać egzaminy na prawo jazdy. Podobnie jak jego dziewczyna, czy koledzy z klasy. Rok temu to był główny temat na przerwach – kto już zdał, za którym razem, do jakiej szkoły jazdy się zapisał. To dodatkowo nakręcało i zachęcało do dzielenia tych doświadczeń z rówieśnikami. - Wszystko miałem wyliczone co do dnia. Egzamin praktyczny zdawałem w dzień moich 18. urodzin – wspomina.

Przemek zdał za pierwszym razem i teraz może dojeżdżać sobie do szkoły albo na siłownię autem. Pochodzi jednak z 60-tysięcznego miasta, w którym autobusy, czy busy nie jeżdżą zbyt często. Przynajmniej nie na jego osiedle. - Osoby mieszkające poza miastem z pewnością odczują fakt posiadania prawa jazdy, nie idąc kilometr na busa – zgadza się Fijałkowski.

Praca dla tych, co mają prawo jazdy

Rozbił się też o to Artur, który jest szefem regionalnym w firmie farmaceutycznej we Wrocławiu. - Nasz rejon to Wrocław i okolice, najdalszych klientów mamy w Jeleniej Górze i Wałbrzychu. Gdy szukaliśmy przedstawicieli handlowych, okazało się, że ludzie 20, 30 plus, którzy wysyłali nam swoje CV, nie mają prawa jazdy, a to był nasz jeden z głównych wymogów – opowiada. Jak tłumaczyli, nigdy nie był im taki dokument potrzebny, bo wszystko mieli pod nosem. Wszędzie mogli dojechać komunikacją miejską, która we Wrocławiu jest dobrze rozwinięta. Ewentualnie podwozili ich znajomi albo rodzice.

W efekcie Artur zatrudnił chłopaka, który chociaż nie miał najlepszego CV, to mógł jeździć autem. - A zrobił je właśnie dlatego, że pochodził z małej miejscowości pod Wrocławiem – dodaje Artur. Do tego czasem nawet dwa auta przypadające na rodzinę i podwożenie wszędzie dzieci autem – do szkoły, na zajęcia dodatkowe – też robi swoje. Nie muszą sobie same radzić, więc w praktyce nie ćwiczą przepisów. - Strach będzie zaraz wychodzić na ulicę, jak przybędzie nam takich kierowców - mówi Alicja.

Redakcja poleca

Właściciel szkoły jazdy do tego dodałby inne priorytety, które ma dzisiejsza młodzież. - Dla starszych pokoleń motoryzacja, jazda samochodem to był element marzeń. Interesowaliśmy się tym. Dziś osoby urodzone po dwutysięcznym roku nie mają takiego ciągu do motoryzacji. Auto jest traktowane raczej użytkowo. Niewiele jest osób, które interesują się, co jest pod maską, jak działa samochód, to jest drugorzędne – mówi.

W trakcie nauki jazdy sporą zmianą, jaką zauważa instruktor, jest duży problem z utrzymaniem koncentracji i potrzeba ciągłej zmiany, różnorodności na lekcjach. - Dzisiejsza młodzież nie jest od nas ani lepsza ani gorsza, jest po prostu inna, wychowana w innym świecie – zaznacza. Jeśli już młode osoby zrobią prawo jazdy, to nie do szuflady. Tylko rzeczywiście z niego korzystają. Najczęściej zresztą czeka na nich już w domu auto od rodziców, to też pewien znak czasów.

Prawo jazdy dla 17-latków

Mimo ewidentnych zmian pokoleniowych i problemach z praktyką rząd postanowił jeszcze obniżyć granicę wieku, od którego można uzyskać prawo jazdy. Ogłoszona na początku grudnia nowelizacja ustawy o zmianie ustawy - Prawo o ruchu drogowym oraz niektórych innych ustaw wprowadza możliwość kierowania samochodami osobowymi (kat. B) przez osoby, które osiągnęły 17 lat. Taki dokument ma być ważny tylko w Polsce,a 17-latek przez pół roku od otrzymania prawa jazdy lub do ukończenia 18 lat ma jeździć z co najmniej 25-letnim kierowcą, który ma prawo jazdy od co najmniej pięciu lat. Rząd tłumaczył zmianę przepisów koniecznością „zmniejszenia zjawiska wykluczenia komunikacyjnego.” Przepisy mają wejść w życie w marcu 2026 roku.

Niezbyt przychylnie na zmiany patrzą eksperci. - W swojej praktyce zawodowej zauważam, że często nawet 18-latkowie nie są na tyle dojrzali emocjonalnie i społecznie, żeby brać udział w kursie na prawo jazdy, a później bezpiecznie poruszać się po drogach. To osoby często bardzo wrażliwe, które nie mają jeszcze dobrej odporności psychicznej. Także poczucie własnej wartości bywa na niskim poziomie. I nagle zderzają się z ruchem drogowym, który jest bardzo dynamiczny. Jest dużo wymagań, a błędy mogą mieć bardzo poważne konsekwencje. Wtedy pojawiają się problemy - komentowała w rozmowie z RadioZETpl. Magdalena Wit-Wesołowska, psycholog transportu.

Jak podkreślała, badania lekarskie nie pozwalają na rzetelną ocenę, czy nastolatek może być kierowcą. Nie przekonują jej też argumenty o walce z wykluczeniem transportowym wśród młodych osób. - Lepiej byłoby zainwestować w rozwój transportu publicznego. W lepsze połączenia autobusowe czy kolejowe. Ale są to wydatki niewspółmiernie duże w porównaniu do obniżenia wieku do zdobycia prawa jazdy – mówiła Wit-Wesołowska. Zresztą jeśli taki 17-latek miałby mieć obok opiekuna, to i tak sam do szkoły nie dojechałby.

Jeszcze więcej w szkole o przepisach

Beata Bednarek, nauczycielka techniki w SP nr 81 w Łodzi, tym bardziej uważa, że każde dziecko obowiązkowo powinno mieć lekcje z wychowania komunikacyjnego. Tymczasem w nowej podstawie programowej na zajęciach praktyczno-technicznych (bo tak od września miałaby się nazywać technika w podstawówkach) część tematów poświęconych zasadom ruchu drogowego jest fakultatywna. - Nie zgadzam się z tym, żeby dzieci decydowały, czy będą przyswajały tę wiedzę czy nie, bo jeśli nie będą do tego zobligowane, to wiedzy bez tego im nie przybędzie. Chciałabym, żeby wszyscy uczniowie byli zobligowani do przystępowania do egzaminu na kartę rowerową – mówi.

Wręcz poszłaby o krok do przodu i obecne osiem tygodni w podstawie programowej przeznaczone na naukę znaków, przepisów ruchu drogowego wydłużyłaby o jeszcze kilka lekcji. - Jeśli nie będzie to obligatoryjne, doprowadzimy do tego, że 18-latek nie będzie znał przepisów ruchu drogowego, bo nie uczy się już tego naturalnie – stwierdza nauczycielka.

Na razie i tak reforma edukacji po prezydenckim wecie stanęła pod znakiem zapytania, a wraz z nią wszelkie ewentualne zmiany w programach nauczania. Filip na wakacje już rozgląda się za pracą. Tata podsunął mu ofertę w podłódzkich magazynach. Ale pojawił się problem dojazdów.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET