"Szykuje nam się armagedon." Czy MEN i zmiana przepisów uratuje szkoły przed katastrofą?
Jeśli czworo uczniów zachoruje, Anna nie ma z kim prowadzić lekcji. Dokładnie tyle bowiem liczy najmniejsza klasa w jej podstawówce. Do największej chodzi 10 dzieci. - Już rok temu były głosy, że będą nas likwidować. Na razie na każdym kroku zabierają nam kasę - mówi. Katastrofa demograficzna wielkimi krokami zbliża się do podstawówek. Czy zmiana przepisów, którą zaproponowało właśnie MEN, pomoże uratować mniejsze szkoły?
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak wygląda szkolna demografia.
- Jakie zmiany zaproponowało MEN.
- Jakie działania podejmują szkoły, żeby pozyskać więcej uczniów.
Chociaż Anna nie uczy akurat matematyki, liczby te zna na pamięć: w jej szkole w woj. świętokrzyskim niedaleko Kielc jest 55 uczniów. Największa klasa liczy 10 dzieci, najmniejsza – 4. W podstawówce jest też przedszkole, oczywiście bez podziału na grupy wiekowe, bo w sumie chodzi tu 16 przedszkolaków.
- Już rok temu były głosy, że będą nas likwidować. Potem to ucichło, ale zabierają nam kasę na każdym kroku – mówi i opowiada: - Mieliśmy mieć szkolenie z pierwszej pomocy. Jednak nie będzie, bo gminy nie stać. Wcześniej chcieli nam zabrać pieniądze na pomoc psychologiczną dla dzieci, ale dyrekcja powiedziała, że już zamówiła wszystko i ostatecznie mogliśmy kupić, co trzeba. Nie lubią nas w gminie, bo pod względem kosztów na jednego ucznia jesteśmy najdrożsi – mamy mało dzieci, sporą kadrę - stwierdza.
Ta spora kadra to 11 osób na stałe, plus nauczyciele na pojedyncze godziny, którzy krążą po całej gminie, żeby uzbierać etat. Anna uczy sześciu przedmiotów, żeby mieć pełny wymiar godzin: biologii, przyrody, geografii, do tego dorobiła uprawnienia z edukacji dla bezpieczeństwa i WF. W gminie obecnie są cztery podstawówki. Było więcej. 15-20 km od szkoły Anny jeszcze kilka lat temu mieściła się kolejna podstawówka. Gdy zostało tam kilkanaścioro dzieci, gmina zamiast szkoły zrobiła autobus, który rozwozi teraz uczniów do dwóch innych szkół, w tym tej, w której uczy Anna.
Przypływ uczniów był jednak chwilowy. - Od kilku lat liczba dzieci utrzymuje się na mniej więcej równym poziomie, ale teraz my jesteśmy na celowniku. Szykują nam się miesiące niepewności i armagedon – nie ukrywa Anna. Wiele wskazuje na to, że właśnie tak może wyglądać przyszłość polskiej szkoły. Przynajmniej niektórych szkół.
Coraz mniej uczniów
Dane Głównego Urzędu Statystycznego są nieubłagane. W 2024 roku na świat przyszło zaledwie 252 tys. dzieci w Polsce, a współczynnik dzietności spadł do 1,099, co stawia nasz kraj w grupie państw z jedną z najniższych dzietności w Europie. Na koniec września liczba ludności w Polsce wyniosła 37 mln 376 tys. To spadek o 158 tys. rok do roku. Według GUS-u do 2060 roku liczba ludności zmniejszy się u nas aż o 6,6 mln osób. Wcześniejsze, nawet najbardziej pesymistyczne, prognozy dotyczące lat 2023–2060 nie przewidywały takich wartości.
Spójrzmy teraz na te liczby w kontekście szkół. Z danych Ministerstwa Edukacji Narodowej wynika, że w roku szkolnym 2024/25 do klas pierwszych poszło w całym kraju blisko 430 tys. dzieci. Był to całkiem niezły rok pod względem demografii, bo już 1 września 2025 roku naukę w podstawówkach zaczęło niespełna 397 tys. pierwszaków, czyli ponad 30 tys. mniej niż rok wcześniej. W kolejnych latach ma być jeszcze gorzej, bo w 2019 roku (to przyszłoroczne pierwszaki) urodziło się prawie 375 tys. dzieci, w 2020 r. - niepełna 354 tys., w 2021 r. - 331 tys., a w 2022 r. — 305 tys.
MEN sugerując się prognozami GUS, przewiduje, że do 2060 roku liczba dzieci zmniejszy się nawet o 30 proc. Co prawda według demografów zmiany w największym stopniu dotkną miast, bo do 2040 r. ma w nich ubyć blisko 4,3 mln mieszkańców, ale najbardziej poturbowane wyjdą z tego wiejskie szkoły. - Panuje tu pewien dualizm. Mamy ewidentny niż, widać go już w rekrutacji. Ale nawet mimo niżu Warszawa czy inne wojewódzkie miasta mają naturalny dopływ uczniów z gmin ościennych, a czasem i z całej Polski – wyjaśnia Maciej Rusiecki, dyrektor V LO w Warszawie.
Wspomina, że kiedyś miał uczennicę, która mieszkała ponad 100 km od Warszawy. Małe miejscowości na to nie mogą liczyć. Wręcz przeciwnie. - Jeśli ktoś mieszka na obrzeżach naszej gminy, a rodzice pracują w większym mieście, to tam zapisują dziecko, więc automatycznie tracimy kolejnego ucznia – mówi Anna.
MEN ogłasza zmiany
Stąd rząd na początku grudnia przyjął zmiany w prawie oświatowym zaproponowane przez MEN. Mają one ułatwić organizację szkół i umożliwić wykorzystanie wolnych przestrzeni w szkołach na potrzeby lokalnych społeczności. Projekt ustawy o zmianie ustawy Prawo oświatowe oraz niektórych innych ustaw zakłada:
- możliwość organizacji w szkołach opieki nad dziećmi do lat trzech, prowadzenie zajęć dla seniorów oraz działania związane z kulturą, zdrowiem,
- w uzasadnionych sytuacjach (oceny będzie dokonywał kurator oświaty) tworzenie szkół podstawowych obejmujących klasy I–III, I–IV albo IV–VIII (w tym ostatnim przypadku szkole obowiązkowo będzie podporządkowana co najmniej jedna szkoła filialna), dzięki czemu najmłodsze dzieci będą mogły uczyć się blisko domu, a starsi uczniowie w dobrze wyposażonych szkołach z pełnoetatowymi nauczycielami,
- łączenie wszystkich zajęć edukacyjnych w podstawówkach, w których do klas I–III uczęszcza łącznie maksymalnie 12 uczniów (za zgodą rodziców, nauczycieli i gminy),
- ułatwienie gminom łączenia w jeden zespół kilka podstawówek,
- w podstawówce do 70 uczniów możliwość organizowania zajęć na świetlicy także dla dzieci z oddziałów przedszkolnych, które działają w tej szkole,
- większą rolę kuratora oświaty przy zmianie obwodu szkoły, jej likwidacji albo przekształcenia,
- obowiązek przeprowadzenia konsultacji społecznych przed likwidacją danej szkoły i przekazanie pełnej informacji rodzicom o planach samorządu. Skargi na opinię kuratora w sprawie likwidacji szkoły będą trafiały bezpośrednio do właściwego sądu administracyjnego, by przyspieszyć postępowanie,
- szybszą wypłatę zaległych dotacji dla szkół w 2025 roku i szybsze potwierdzenie prawa do dotacji w 2026 roku dla nowych szkół.
- Część z tych założeń jak na przykład przyjmowanie przedszkolaków na świetlice, już u nas działa – zaznacza Anna. Argumentem o wykorzystywaniu przestrzeni szkolnej do różnych wydarzeń posługiwali się z kolei już dawno rodzice z podstawówki im. Korczaka z Dziepółci (gmina Radomsko, woj. łódzkie), kiedy szkole groziła pięć lat temu likwidacja. - Szkoła traktowana jest tutaj jak ośrodek kultury, rano uczą się dzieci, popołudniami są zajęcia, spotkania dla dorosłych. Szkoła żyje, rodzice aktywnie uczestniczą w jej życiu – przekonywali rodzice i nauczyciele. Ich protesty pomogły, bo kurator oświaty na likwidację podstawówki ostatecznie się nie zgodził.
Grzegorz Hajduczek, Naczelnik Wydziału Edukacji w Wodzisławiu Śląskim, w zaproponowanych zmianach zauważa jednak brak powiązania między przepisami bezpieczeństwa pożarowego – inne obowiązują w szkołach, inne w żłobkach. Jeśli więc w tych pierwszych miałyby się odbywać zajęcia dla dzieci poniżej 3. roku życia, budynki trzeba by zgodnie z przepisami do tego dostosować. Za dobry ruch postrzega na pewno propozycję łączenia w zespoły np. podstawówki czy przedszkola, bo to pozwoli samorządom na bardziej swobodny przepływ kadry. Na plus odbiera także zaproponowanie określonej ścieżki konsultacji społecznych przy np. likwidacji szkoły. - Kluczowa jednak i tak będzie w tej kwestii opinia kuratora, co wydaje się zbędne, bo procedura jest i tak szczegółowa i złożona – komentuje.
W szkole centrum dla seniorów
Likwidacje podstawówek czy przedszkoli, zmiana sieci szkół zawsze wzbudza emocje, bo każda ze stron ma swoje zasadne argumenty. Np. Wodzisław Śląski w 2022 roku przyjął potężną strategię zmian w edukacji. Pracowano nad tym, by odejść od ocen cyfrowych na rzecz oceniania kształtującego. Starano się zrezygnować z 45-minutowych lekcji i w zamian wprowadzić zajęcia blokowe, a jeden dzień w tygodniu poświęcić na wyjazdy i naukę poza szkołą. Dążenie do stworzenia edukacji na miarę XXI wieku zatrzymał jednak niż i w konsekwencji finanse.
Miasto musiało zrezygnować np. z autobusu oświatowego, którym uczniowie wyjeżdżali na zajęcia tzw. piątego dnia. Te, które zostały, są coraz trudniejsze do organizowania, bo wyjazd i robienie lekcji blokowych jest możliwe tylko wtedy, kiedy dyrektor jest w stanie tak ułożyć plan lekcji, żeby uczniowie pod opieką dwóch, trzech nauczycieli mogli wyjechać na cały dzień. - W momencie, kiedy mamy dosyć dużą sieć szkół w mieście ze zmniejszającą się liczbą uczniów, zaczynają nam się tworzyć pojedyncze klasy w poziomie, czyli mamy np. jedną klasę pierwszą w całej szkole. Wtedy mamy trudności w zastępowaniu nauczycieli, bo jest ich mniej i pracują zazwyczaj w kilku szkołach, żeby uzbierać etat – opowiadała nam w lipcu Izabela Kalinowska, wiceprezydentka miasta, pokazując, jak bardzo sieć szkół ma przełożenie na organizację życia szkolnego.
Według nauczycieli najlepiej gdy klasy liczą ok. 20 uczniów, bo wtedy można prowadzić zajęcia w grupach, zajęcia projektowe. W Wodzisławiu tymczasem nie brakuje takich, które liczą po 12-15 osób. To i tak o wiele więcej niż w szkołach wiejskich z klasami po trzy, cztery osoby. Jeśli trzech uczniów zachoruje, lekcji nie ma z kim prowadzić. Budynek oraz kadrę do wszystkich przedmiotów trzeba jednak utrzymać. - Szkoła musi być ocieplona, oświetlona, ogrzana. Natomiast dobrze byłoby te pieniądze jeszcze wydawać wprost na edukację, na wyjazdy, sprzęt, a ich zostaje tyle co kot napłakał, bo utrzymujemy np. niepotrzebną liczbę budynków. Stajemy się zakładnikami rzeczywistości – nie ukrywała Kalinowska.
Samorządy widzą też lepsze dla społeczności możliwości w zagospodarowaniu pustoszejących szkół. Np. w podstawówce Domaniewie (gmina Błaszki, woj. łódzkie) pięć lat temu uczyło się 38 dzieci. Szkołę zlikwidowano, a z początkiem tego roku w budynku powstało Centrum Opiekuńczo-Mieszkalne dla seniorów. Patrząc na demografię, takie przestrzenie są coraz częściej potrzebne niż szkoły. - Dzieci mają teraz mnóstwo problemów natury psychicznej. W małych szkołach możemy naprawdę indywidualizować zajęcia, każdego doskonale znamy, mamy też pedagoga i psychologa – odpowiada na te przykłady Anna.
Koronnym argumentem są tu jednak zawsze miejsca pracy, o które w małych miejscowościach nie jest tak łatwo i problemy z dojazdem dzieci do dalszych miejscowości. - Jak dzieci mają się spotykać po szkole, zaprzyjaźniać, gdy mają do siebie 20 kilometrów - pyta retorycznie Anna.
Szkoły szukają klientów
Część szkół widząc, co się dzieje, postanowiła sama powalczyć o „klientów”. - Staramy się być konkurencyjni, szkół wbrew pozorom takie pojęcie też dotyczy – przekonuje Magdalena, pedagożka i nauczycielka wychowania przedszkolnego w wiejskiej szkole prowadzonej przez stowarzyszenie w woj. świętokrzyskim niedaleko Skarżyska. - Inwestujemy w nowoczesne pomoce dydaktyczne i terapeutyczne dla dzieci z opiniami i orzeczeniami, których teraz jest bardzo dużo – mówi i wylicza: w szkole są np. komory akustyczne do wyciszenia dla dzieci w spektrum autyzmu, zestawy do treningu słuchowego metodą Warnkego, które służą do ćwiczenia podstawowych funkcji słuchowych, zestaw do biofeedbacku, czyli metody poprawiającej koncentrację i uwagę.
Gdy rodzice po raz pierwszy wchodzą do podstawówki, w której uczy Magdalena, nieraz mówią, że czują się jak w prywatnej, prestiżowej szkole. - Oczywiście, żeby można było to wszystko oferować, oszczędza się na nas, bo nauczyciele nie pracują na Karcie nauczyciela, tylko na kodeksie pracy, czyli zarabiamy o wiele mniej, ale przynajmniej mamy pracę – mówi. Przede wszystkim jednak rodziców przyciąga już przedszkole, które Magdalena prowadzi w szkole. Gdy zaczynała tu pracę, wszystkie dzieci miała w jednej grupie. Teraz liczba chętnych spowodowała, że trzeba było stworzyć dwie grupy: 2,5-latki, trzylatki i czterolatki uczą się wspólnie, a pięcio- i sześciolatki razem. Potem automatycznie rodzice zapisują je do tutejszej podstawówki.
Ta sama zasada, czyli przedszkole z dobrą opinią, zadziała w wypadku wiejskiej szkoły pod Sandomierzem, w której w klasach 1-3 uczy Bożena. - Dyrekcja mocno zainwestowała w przedszkole, w sąsiedniej miejscowości go nie było. W efekcie, chociaż nasza szkoła jest mniejsza, to radzi sobie znacznie lepiej, bo rodzice potem już zostawiają dzieci u nas – opowiada. Teraz Bożena dostała klasę pierwszą. Ma w niej aż 10 uczniów. - Jak na nasze warunki to super statystyka, miewałam czasem czworo, pięcioro uczniów – wspomina.
Przedsmak w żłobkach i przedszkolach
Przedsmak tego, co najpewniej będzie działo się w szkołach, poczuły na razie żłobki i przedszkola. - W jednym ze żłobków w centrum miasta trzeba było zamknąć dwie grupy. W sumie było tam pięć grup, więc od września funkcjonują tylko trzy w całej placówce – wyliczał nam na początku września Adam Dylus, dyrektor żłobka miejskiego w Katowicach. Marlena Wenta, która kieruje miejskim żłobkiem w Zawierciu, doskonale pamiętała lata, gdy na liście rezerwowych miała 160, 180 czekających. Jeszcze w zeszłym roku miejsc było na styk. Teraz kolejek i chętnych brak. Oprócz katastrofy demograficznej na taki stan rzeczy wpłynął też rządowy program „Aktywny rodzic”, w ramach którego rodzice zgłaszali się po tzw. babciowe (wtedy 1500 zł miesięcznie zostaje w ich budżecie domowym, a nie idzie dla żłobka).
W przedszkolach nie jest lepiej. - Rok temu otworzyliśmy o jedną grupę mniej. Teraz zdecydowaliśmy, że otworzymy o trzy mniej, czyli ubyło 75 miejsc. A i tak mamy jeszcze wolne miejsca. Do tego po drodze zamknęliśmy jedno przedszkole – wyliczała po pierwszym etapie rekrutacji Katarzyna Fijałkowska, zastępca dyrektora biura edukacji w urzędzie miasta w Zduńskiej Woli. - W tym roku po raz pierwszy od 13 lat zostały nam miejsca w trzylatkach i mamy rekrutację uzupełniającą. Rok temu zapełniło się wszystko i kolejni chętni jeszcze czekali – mówiła w podobnym tonie Dorota Kuchta, dyrektorka Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 2 w Legionowie.
A np. w Katowicach po naborze podstawowym i uzupełniającym pozostało 1454 miejsc. W Gdańsku po zakończeniu rekrutacji pozostało 850 miejsc, a we Wrocławiu ok. 1,7 tys. Żeby ocalić pustoszejące przez niż przedszkola, samorządy przenoszą sześciolatków z zerówek w podstawówkach do przedszkoli, łączą najmłodsze grupy, rok do roku zmniejszają liczbę oddziałów. Ale jak przyznają nauczyciele, to jak przelewanie z pustego w próżne. Demografia jest nieubłagana.
Projekt ustawy przygotowujący system oświaty na spadek liczby uczniów został skierowany do prac parlamentarnych. Nowe przepisy mają wejść w życie po 14 dniach od ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET