Zaginięcia w Polsce. “Historia Jaworka pokazuje, że da się rozpłynąć w powietrzu”

7 min. czytania
26.07.2024 07:40
Obserwuj nas na Google

- Nawet w tym cyfrowym, przebodźcowanym świecie da się rozpłynąć w powietrzu. Pokazuje to historia Jacka Jaworka - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Szymon J. Wróbel, autor książki "Zawieszeni. O zaginionych i ludziach, którzy ich szukają”.

Policja
fot. Karol Makurat/REPORTER

Mateusz Kapera: Dlaczego zajął się pan tematem zaginięć?

Szymon J. Wróbel: - Miałem poczucie, że zaginięcia traktujemy jako clickbaitowe tytuły, albo element popkultury, za którym za bardzo nie idą emocje. A każde zaginięcie to są wielkie ludzkie dramaty, dramaty całych rodzin. To jest niewyobrażalny stan emocjonalny, który czasami trwa tylko chwilę, gdy dziecko nam się oddali na 15 minut i nie jesteśmy w stanie zidentyfikować, gdzie jest, a czasami trwa to tygodniami, latami. To jest wyniszczający stan, który w literaturze został kompletnie pominięty. Stąd chciałem napisać o tym książkę. Chciałem też, by była ona drogowskazem dla tych, którym faktycznie ktoś zaginie.

I chyba się udało. Siostra jednego z zaginionych Pawła Bogdana, o której m.in. piszę w książce, stwierdziła, że gdyby ta książka powstała wcześniej, to być może udałoby się uratować jej brata, bo finał poszukiwań mężczyzny był, niestety, tragiczny. Takie słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że faktycznie ta książka ma sens.

Bohaterowie pana książki często mówią, że zaginięcie dla wielu ludzi wydaje się abstrakcyjnym problemem. Jak było w pana przypadku?

- Mój przyjaciel operator ma brata trwale świadomie zaginionego. Kiedy po raz pierwszy powiedział mi o tym, to zastanawiałem się, o co w tym chodzi. Okazało się, że są osoby, które świadomie zrywają kontakt z rodziną. Będąc osobami pełnoletnimi, mają do tego prawo. Natomiast nawet w takim przypadku liczba pytań, które kotłują się w głowie każdej z osób w rodzinie, jest ogromna. Chociaż jest to łatwiejsze niż zaginięcie, w którym faktycznie są tylko same pytania i nie ma żadnych odpowiedzi.

Tak było, kiedy zaginął mój przyjaciel ze studiów Paweł Bogdan. Widziałem determinację jego rodziny, To co ta rodzina robiła, żeby go odnaleźć, jak te poszukiwania wyglądały od momentu zaginięcia do odnalezienia zwłok Pawła, to wszystko wydawało mi się niebywałe. Wtedy uznałem, że dobrze byłoby taką książkę stworzyć, że może być ona potrzebna.

Opisuje pan w książce 10 spraw zaginięć. Nie ma wśród nich sprawy Iwony Wieczorek, chyba jednej z najbardziej znanych. Dlaczego?

- Miałem wrażenie, że sprawa Iwony Wieczorek jest niezwykle ważna. Przewija się w rozmowach z moimi ekspertami, ponieważ większość najlepszych specjalistów w Polsce pracowała przy tej sprawie i ma swoje teorii na ten temat. Jako wątek poboczny ta sprawa musiała się w tej książce pojawić. Nie chciałem jednak robić z tego osobnego rozdziału, bo miałem poczucie, że jest wiele innych ciekawych, a mniej medialnych spraw, które warto opowiedzieć.

Redakcja poleca

Dlatego pokazuję sprawę Brunona Muschalika, chłopaka, który wyjeżdża w podróż marzeń do Indii i tam znika. Jego ojciec z niezwykłą determinacją szuka go 8 tysięcy kilometrów od swojego domu, w innej kulturze. Opisuję też sprawę podróżnika Justina Alexandra. Rodzina po roku od jego zaginięcia uznaje, że zginął i dokonuje symbolicznego pochówku. Natomiast ojciec Bruna cały czas szuka syna, mając nadzieję, że go odnajdzie. Jest też z pozoru romantyczna historia zaginięcia Doroty Gałuszki. Młoda dziewczyna poznaje miłość swojego życia w wieku 16 lat. Ta miłość przeobraża się w ogromny dramat.

Zajmuje się pan też bardziej znaną sprawą zaginięcia Ani Jałowiczor.

- Chciałem mocno uwypuklić, jak w latach 90. mogło dojść do zaginięcia dziecka w małej wsi, gdzie każdy o każdym wszystko wie. Tymczasem 200-300 metrów od miejsca zaginięcia dochodzi do odnalezienia zwłok jednej z mieszkanek miejscowości, a policja w ogóle nie łączy tych spraw.

Tajemnicza jest również sprawa zaginięcia Sabiny Konradt. Wydaje się, że dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu.

- Trzeba też zwrócić uwagę na to, że to są lata 90. Czas bez takiej liczby kamer, bez powszechnego dostępu do telefonów komórkowych. Ograniczenia techniczne były inne niż dziś, co nie zmienia faktu, że historia Jacka Jaworka sprzed kilku dni pokazuje, że jednak da się rozpłynąć w powietrzu, nawet w tym cyfrowym przebodźcowanym świecie.

Szymon J. Wróbel
Fot. Fot. adamslominski.com
Szymon J. Wróbel. dziennikarz

Sprawa Sabiny Konrad jest niezwykle intrygująca. Pamiętam, kiedy spotkałem się z jej siostrą. Rozmawialiśmy w pokoju, w którym były zdjęcia Sabiny. Ona gdzieś z nimi cały czas jest. Zresztą to jest cecha wspólna wszystkich rodzin, z którymi rozmawiałem - zdjęcia bliskich są elementami metafizycznymi. Pozwalają utrzymywać więź z zaginionymi. Dla kogoś, kto wchodzi w tę historię z zewnątrz, to jest niesamowicie trudne przeżycie, które zostaje na bardzo długo.

Opisuje pan również zaginięcie Krzysztofa Dymińskiego. O tej sprawie mówi cała Polska. Dlaczego niektóre sprawy zaginięć bardziej poruszają ludzi, mimo że są do siebie podobne?

- Zastanawiałem się nad tym i mam wrażenie, że głównym czynnikiem jest determinacja rodzin w poszukiwania zaginionych. W jakimś elemencie jest to czynnik, który powoduje, że jedne sprawy są bardziej medialne, a drugie mniej. Jak wynika z amerykańskich badań, tym czynnikiem także jest to, czy ktoś jest ładny, czy nie. Okazało się, że ludzi ładnych szukamy chętniej niż osoby o niezbyt eleganckiej aparycji. Jest to symptom dzisiejszych czasów, social mediów, naszej ery, która powoduje, że lepiej się z takimi osobami utożsamiamy niż z innymi. Jak popatrzymy na te najbardziej medialne sprawy w Polsce, to coś w tym jest.

Redakcja poleca

Weźmy np. niedawne zaginięcie Natalii, 39-latki spod Poznania. Piękna, młoda kobieta, której ciało zostało odnalezione cztery dni po jej zaginięciu. Ta sprawa od momentu zaginięcia do odnalezienia ciała przybrała formę kuli śnieżnej i znalazła się praktycznie we wszystkich największych mediach w Polsce. Krzysiek Dymiński?  Młody, przystojny, wysoki chłopak. Absolutnie wpisuje się w te badania. Iwona Wieczorek tak samo. Piękna blondynka o niebieskich oczach. To smutna prawda, ale podparta obserwacjami.

Media społecznościowe pomagają w poszukiwaniach czy niekoniecznie?

- Każda forma dotarcia z informacją do innej osoby o tym, że ktoś zaginął, jest słuszna. Nigdy nie wiemy, kto może być dostarczycielem tej konkretnej informacji, która spowoduje, że sprawę uda się rozwiązać. Natomiast w social mediach boję się ludzi, którzy zaczynają żyć życiem innych. Naturalne jest zainteresowanie tematami zaginięć i true crime, ale w granicach zdrowego rozsądku.

Gdy zaczynamy przenikać w świat osoby zaginionej lub stajemy się nieformalnymi rzecznikami jej rodziny, to zaczyna być coś nie tak. Poruszam tego typu wątek w książce. Przy jednej sprawie jest to mocno widoczne. Wiem, jakim obciążeniem dla rodziny osoby zaginionej jest ktoś, kto mienił się nieformalnym rzecznikiem tej historii.

Jakie są inne zagrożenia dla bliskich osób zaginionych?

- Tutaj odsyłam do rozdziału o zaginięciu Joanny Zawadzkiej. Piekło, przez które przeszła jej córka Klaudia z powodu ludzi, którzy chcieli czerpać różnego rodzaju korzyści w zamian za rzekome informacje o tym, co stało się z jej mamą, przeraziło mnie. Ta historia uzmysłowiła mi, jaki jest stopień dewiacji ludzi, których mijamy na ulicy. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. To, co Klaudia opowiada, nie pozwalało mi spać spokojnie tygodniami. Cały czas się zastanawiałem, jak ci ludzie mogą chodzić na wolności, próbując zrobić coś takiego osobom, które są w tak poważnym kryzysie od lat.

Oprócz wątku naciągaczy, jest też drugi - grupy ludzi, która chce zarabiać pieniądze na tragedii, ale oferując konkretne korzyści. Np. jeżeli rodzina może wynająć prywatną grupę poszukiwawczą czy prywatnego detektywa. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jakie to są pieniądze. Na jedno z moich spotkań autorskich przyszedł przedstawiciel takiej grupy i kiedy zapytałem go o kwoty, to powiedział mi o 26 tysiącach netto za tydzień poszukiwań. Takie olbrzymie pieniądze rodzina musi wyłożyć na starcie, żeby przedłużyć swoją nadzieję na odnalezienie bliskiej osoby. To wszystko jest handlem ludzką nadzieją.

Korzystanie z takich usług wynika często z tego, że ludzie nie są do końca zadowoleni z pracy policji, nie ufają jej.

- Ostatnio jedna z szefowych dużych grup poszukiwawczo-ratowniczych w Polsce napisała mi, że cieszy się, że w końcu ktoś poruszył wątek służb, które nie do końca działają, tak jak powinny. Nie bałem się tego wątku, bo opowiadali o tym moi bohaterowie na bazie swoich doświadczeń.

Kiedy kończyłem pisać książkę, zadzwoniłem do Rafała Dillera, jednego z oficerów Archiwum X. Powiedziałem mu, że publikacja nie będzie zbyt przychylna służbom. Odpowiedział, że zdaje sobie z tego sprawę, ale w polskiej policji brakuje ok. 16 tysięcy policjantów. Policja jest też niedofinansowana. Tym tematem naprawdę ktoś powinien się zająć, bo to się potem przekłada na jakość prowadzenia spraw chociażby zaginięć. Łatwiej jest komuś powiedzieć, żeby wrócił za 48 godzin, gdzie według statystyk w tym czasie ta osoba powinna się odnaleźć, niż od razu uruchomić akcję poszukiwawczą.

Tak było na przykład w przypadku sprawy Iwony Wieczorek.

- Stwierdzono na samym początku, że ona musi się wyszaleć na imprezie i na pewno wróci do domu. Pięć lat po zaginięciu Iwony Wieczorek powstał raport Najwyższej Izby Kontroli. Wskazuje on szereg błędów popełnionych przez policję w temacie zaginięć i daje rozwiązania, które powinny zostać wdrożone. Niewiele wydarzyło się od 2015 roku, kiedy to powstał raport. Zostało zmienione nazewnictwo. Nie ma kategorii zaginięć, są poziomy. Natomiast mam wrażenie, że na komisariatach niższego szczebla nie zmieniło się praktycznie nic. Siostra Sabiny Konradt dzwoni na tam, pyta co nowego w sprawie i czuje się jak natręt. 

W tytule pana książki jest słowo “zawieszeni”. Do czego się odnosi?

- Zawieszenie to jest permanentny stan, w którym tkwią rodziny osób zaginionych. Nazywam to “standby’em”. Każdej informacji towarzyszy nadzieja, że to będzie właśnie ta, która pomoże rozwiązać sprawę zaginięcia bliskiej osoby. Np. kiedy pisałem do mamy zaginionego Vlada na messengerze o północy, chcąc o coś dopytać, byłem pewny, że odpisze mi rano, a odpisała natychmiast. To jest więc taki stan, który nie pozwala tym osobom normalnie funkcjonować. Odbija się na ich zdrowiu. Tego stanu nie da się oddać słowami.

Szymon J. Wróbel: dziennikarz, pisarz, reżyser. Współpracował m.in. z krakowskim „Dziennikiem Polskim”, „Lounge Magazynem”, „Miesięcznikiem Znak”, TVN Style czy TVP Kraków. Reżyser i scenarzysta filmów dokumentalnych „Jego Oczami”, „Z domu…”, „Ojciec, czyli o Pieronku”, „Pamiętajcie!”, czy „Jukace. Magiczna historia”. Jako autor debiutował książką Jego oczami. Następnie ukazała się jego bestsellerowa biografia Ojciec, czyli o Pieronku, a w 2021 roku książka pt. Humorem i (u)Śmiechem. Od 2015 roku moderator Dyskusyjnego Klubu Książki w Gminnej Bibliotece Publicznej w Lipowej k. Żywca.

Źródło: Radio ZET

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET