`

"Może alergia albo astma? Uczniowie masowo "chorują" przed maturą, by mieć więcej czasu na egzaminie

8 min. czytania
29.01.2025 09:01
Obserwuj nas na Google

Ania, tegoroczna maturzystka, by móc dłużej pisać maturę, wzięła zaświadczenie od lekarza o problemach z pęcherzem. Przemek, trzecioklasista, po sugestiach matematyczki też wybiera się po taki dokument, ale zastanawia się jeszcze, czy woli mieć wpisaną astmę czy alergię. - Zjawisko to stało się masowe. Jest to ewidentne kłamstwo i uczenie oszustwa dzieci - komentuje socjolog prof. Ryszard Cichocki.

Matura
fot. Tomasz Jastrzebowski/REPORTER
  • Uczniowie przed maturą starają się o zaświadczenia o chorobie przewlekłej, by mieć więcej czasu na egzaminie. Jak opowiadają, lekarze bez większych wątpliwości takie dokumenty wystawiają.
  • 15 lat temu było trzech uczniów, którzy musieli mieć wydłużony czas, teraz ok. 60 - wylicza dyrektor jednego z lubelskich liceów. Nie ma wątpliwości, że część zaświadczeń jest co najmniej wątpliwa.
  • Zdaniem socjologa z UAM brakuje reakcji instytucjonalnej, ale też obywatelskiej. - W Niemczech osoba, która by np. ściągała, byłaby towarzysko skończona. U nas, niestety, takie oszukiwanie jest hołdowane przez rodziców, niektórych nauczycieli i lekarzy - komentuje prof. Ryszard Cichocki.

- Może na alergię albo na astmę – zastanawia się na głos Przemek, uczeń III klasy liceum z woj. świętokrzyskiego. - Nie potrzebujesz konkretnej choroby. Ja przed egzaminem ósmoklasisty poszłam do lekarza rodzinnego, wyjaśniłam, o co chodzi i wpisał mi po prostu „ze względu na chorobę przewlekłą”. Teraz wzięłam takie samo i przeszło – odpowiada mu Wiktoria, koleżanka z klasy. W dyskusję włącza się mama Przemka. - Jakąś alergię możesz mieć. Pójdziemy do pani S. (tu pada nazwisko lekarki) i wystawi – stwierdza.

Rozmowa, w której w zasadzie dodatkowych pytań nie trzeba już zadawać, dotyczy zaświadczenia, które uprawnia do wydłużenia czasu na maturze lub egzaminie ósmoklasisty. Konkretnie o pół godziny na egzaminie pisemnym i 15 minut na ustnym w wypadku matury i od godziny do 45 minut - w zależności od przedmiotu - na sprawdzianie na koniec podstawówki. O taki dokument mogą ubiegać się m.in. uczniowie w spektrum autyzmu, niedowidzący, niedosłyszący, z zaburzeniami emocjonalnymi, lękowymi, a także z trudnościami zdrowotnymi, takimi jak choroby przewlekłe. Ten ostatni podpunkt mieści w sobie wiele, zbyt wiele.

Wydłużony czas na egzaminie. Dla kogo?

Centralna Komisja Egzaminacyjna wprowadziła możliwość wydłużenia czasu dla wybranej grupy, by wyrównać szanse i wesprzeć uczniów z problemami, którym z pewnością takie udogodnienie ze względu na ich schorzenia pomaga. Dla wielu nastolatków, a raczej dla ich rodziców, przepisy stały się jednak wytrychem do nieuczciwego zdobycia kolejnych cennych minut na egzaminie.

- Ok. 10 proc. uczniów u nas ma takie zaświadczenie – szacuje Jakub Szewc, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 8 w Łodzi. - Stany depresyjne, cukrzyca, astma – te choroby najczęściej widzi na zaświadczeniach. - U nas też ostatnio „objawiła” się astma w ósmej klasie – dodaje Michał Różański, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 4 w Łodzi. W podstawówkach jednak, jak zgodnie przyznają obaj dyrektorzy, aż takiej fali korzystania z możliwości spędzenia więcej czasu nad arkuszem nie ma. Większość zaświadczeń jest zasadnych, bo uczniowie przynoszą je już wcześniej, nie w ostatniej klasie, a wypisują je lekarze specjaliści.

- Zresztą przez ostatnie dwa, trzy lata zadania są tak proste, że 100 minut jest wystarczające, żeby zrobić wszystkie zadania – dodaje Szewc, który jednocześnie uczy matematyki, stąd odnosi się do tego egzaminu. Co innego w liceach, w których od dwóch lat w związku z reformą edukacji obowiązuje nowa formuła matury. W opinii niektórych nauczycieli - trudniejsza (choć nie aż tak jak przewidywano) i bardziej przekrojowa.

Redakcja poleca

Jakiś lekarz, jakieś zaświadczenie

- 15 lat temu było trzech takich uczniów, a była jeszcze wtedy końcówka wyżu demograficznego. Teraz na 218 przystępujących do matury mamy 120 osób z różnymi dostosowaniami, z czego ok. 50 proc. to właśnie wydłużony czas – wylicza Grzegorze Lech, dyrektor III LO w Lublinie. Nie ma wątpliwości, że część zaświadczeń o konieczności dłuższego pisania matury, w dodatku przyniesiona na koniec edukacji, w ostatniej klasie liceum, jest co najmniej wątpliwa. - Dostajemy jakieś zaświadczenie od jakiegoś lekarza i niestety niewiele możemy z tym zrobić – stwierdza.

Mówiąc jakieś zaświadczenie, dyrektor liceum ma na myśli to, że niewiele na takim zaświadczeniu trzeba wyjaśniać. Niektórzy lekarze wpisują konkretną jednostką chorobową, np. wspomnianą alergię, czy astmę, inni tylko kod jednostki chorobowej, a jeszcze inni wskazują tylko na chorobę przewlekłą, tak jak u Wiktorii.

- Ja mam akurat wpisane problemy z pęcherzem. Moja koleżanka miała wpisane problemy z nerkami i liczyła, że dzięki temu będzie mogła wychodzić do toalety w trakcie egzaminu. Stąd też poszłam w tym kierunku – opowiada Ania, uczennica klasy maturalnej z jednego z warszawskich liceów. Zaświadczenie może wypisać "jakiś lekarz", czyli każdej specjalizacji, także rodzinny. - Ja akurat mam od chirurga. Moja mama też jest lekarzem i załatwiła – nie ukrywa Ania.

Gdy szkoła dostaje od ucznia takie zaświadczenie, opiniuje je rada pedagogiczna. - I najczęściej opinia jest pozytywna, bo nie mamy kompetencji ani narzędzi do tego, by zweryfikować to, co stwierdził lekarz. Nawet jak zaświadczenie wydaje nam się co najmniej dziwne – przyznaje Lech.

Liceum tak, technikum nie

Powód zdobywania dziwnych zaświadczeń tłumaczą uczniowie. - Może się przydać, zwłaszcza na rozszerzonej matematyce. Nad niektórymi zadaniami trzeba dłużej posiedzieć i wpaść na sposób ich rozwiązania – wyjaśnia Przemek. - Żeby nie stresować się czasem – dodaje Wiktoria. Podobne powody jak Przemek podaje Ania, z tym, że odnosi je do chemii i biologii, bo te przedmioty rozszerza na maturze. - Biologia jest przekrojowa, trzeba się tam mocno rozpisać. Na chemii trzeba wszystko pięć razy sprawdzić – tłumaczy.

Czy to pomoże? Z obserwacji dyrektora ZSP nr 8 w Łodzi problemy takich uczniów polegają raczej na poradzeniu sobie z danym przedmiotem, np. matematyką niż z presją czasu. Niektórzy nawet gdyby siedzieli cały dzień nad arkuszem i tak by go nie rozwiązali poprawnie. - Są osoby, które mają wydłużony czas i wychodzą po 15 minutach i takie, które siedzą do końca. W tej drugiej grupie szału zwykle nie ma, jeśli chodzi o wyniki, ale trudno powiedzieć, co by było, gdyby nie mieli wydłużonego czasu – mówi Jakub Szewc.

Redakcja poleca

- Bardziej chodzi im o komfort psychiczny, pewne zabezpieczenie niż o rzeczywisty brak czasu. Spora część kombinuje, a potem i tak z tego nie korzysta, bo wychodzi wcześniej – stwierdza Milena Cybulska-Rakoczy, dyrektorka Zespołu Szkół Rzemiosła w Łodzi. A mówi to na podstawie opowieści kuzynów, którzy właśnie kończą liceum. W ZSR nie przypomina sobie ucznia, który przyniósłby zaświadczenie o konieczności wydłużenia czasu na maturze. Dlaczego?

Dyrektorka za kluczową kwestię uważa tu typ szkoły. W technikum ważniejsze są egzaminy zawodowe, do matury młodzież częściej podchodzi na zasadzie "byle zdać". - Stąd mamy tyle dyslektyków, dysgrafów itd., bo wtedy mają inne zasady oceniania i łatwiej im uzyskać wymagane 30 proc. Lepszy wynik, o który można powalczyć dzięki dłuższemu czasowi, jest już dla nich mniej ważny – wyjaśnia Cybulska-Rakoczy. Przypomina też, że w technikum sporo osób jak zda egzaminy zawodowe, rezygnuje z obowiązkowego egzaminu rozszerzonego na maturze (od roku nowe przepisy dają taką możliwość), a podstawy w standardowym czasie można spokojnie napisać. W liceum walczy się przede wszystkim o wynik z rozszerzeń, bo to one decydują o rekrutacji na studia.

Co na to nauczyciele i rodzice?

Oprócz zmniejszenia presji czasu i ułatwienia sobie zdobycia lepszego wyniku, a co za tym idzie dostania się na studia, są jeszcze dwie inne kwestie wpływające na to zjawisko. - Sama matematyczka nam poradziła, żeby wziąć takie zaświadczenie, jak ktoś ma jakąś alergię czy cokolwiek - wyjaśnia Przemek. - Wychowawczyni mówiła, że co prawda nie powinna do tego zachęcać, ale lepiej postarać się o takie zaświadczenie – niemal identyczne słowa usłyszała Ania. Nic złego nie widzi w tym też mama Przemka. - Skoro rzeczywiście może mu się to przydać, to czemu mam nie wziąć takiego zaświadczenia i mu nie pomóc? - pyta retorycznie.

Redakcja poleca

- Bo jest to ewidentne oszustwo i kłamstwo i niestety stało się to zjawiskiem masowym – odpowiada prof. Ryszard Cichocki, socjolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Znacznie poważniejsza jego zdaniem jest jednak tu druga kwestia, czyli uczenie oszustwa dzieci. - To jest jedna z najgorszych rzeczy, jaką można robić – nie ma wątpliwości socjolog i wraca tu do państw o wysokich standardach edukacyjnych, gdzie takie zjawisko jest nie do pomyślenia.

- Załatwianie naciąganych zaświadczeń to tryb nieuczciwości podobny do ściągania na egzaminach. W Niemczech osoba, która by ściągała, byłaby wykluczona, towarzysko skończona, dlatego to zjawisko nie istnieje. U nas jest, niestety, hołdowane przez rodziców, część nauczycieli, a przede wszystkim jest to też oszustwo ze strony lekarzy. Część tego środowiska jest pod tym względem zdegenerowana i wystawia każde zaświadczenie, jakie pacjent tylko chce – mówi wprost prof. Cichocki i przypomina: - Gdy ktoś nielegalnie wydłuża sobie czas, to poprawia sobie warunki konkurencji kosztem innych, uczciwych. Ci uczciwi wychodzą na frajerów – nie bez powodu użył właśnie tego określenia.

Polskie kombinatorstwo wiecznie żywe

Wiktoria gdy słyszy określenia kombinatorstwo, oszustwo, milczy. Ania tłumaczy się, że wszyscy tak robią, a Przemek po argumencie o „wszystkich” dodaje jeszcze: - Inni też przecież mogą załatwić sobie taki papier. To ich problem, że są frajerami i tego nie zrobili.

Zdaniem socjologa, by sytuacja wróciła na właściwe tory, a młodzież nie miała problemu z określeniem, co jest oszustwem, a co nie, potrzebna byłaby reakcja instytucjonalna, której niestety brak. - Wystarczyłoby oprócz zaświadczenia wymagać od lekarza pełnej dokumentacji medycznej leczenia choroby. Wtedy byłoby wiadomo: dziecko od 10 lat leczy się na astmę, więc tę astmę ma, a jeśli leczy się od tygodnia przed egzaminem, to jej nie ma. System oświaty powinien reagować – uważa prof. Cichocki. Gdy zasady są jasne, wtedy trudniej oszukiwać.

Ale w grę wchodzi tu jeszcze inny aspekt - ludzie, których naprawić tak łatwo się nie da. - Dlaczego niemieccy studenci nawet nie próbują takich rzeczy robić? Bo tam byłaby reakcja obywatelska. U nas na taką nie ma co liczyć. Wręcz jeśli obniżam ocenę za ściąganie, to słyszę, że dziecko - dwudziestoparoletnie zresztą - zostało pokrzywdzone – opowiada sytuacje z uczelni prof. Cichocki.

Polskie kombinatorstwo, wciąż chętnie kontynuowane i praktykowane przez najmłodsze pokolenia, ma długą historię. - W PRL-u ten system tylko rozkwitł, ale powstał dużo wcześniej. Poniekąd wynika z moralności religijnej, która mówi: "możesz zgrzeszyć, ale jak obiecasz poprawę, to wszystko ok". W środowiskach protestanckich powtarza się, że jak grzeszysz, to nie jesteś wybrany do zbawienia tylko do potępienia. Działa tu zupełnie inny mechanizm motywacyjny – mówi socjolog. Zasady te kultywowane w religii przeszły niejako na zachowania społeczne.

Dłuższy egzamin ósmoklasisty

Prof. Cichocki do tego dodałby upadek standardów moralnych w społeczeństwie, z którym ewidentnie mamy do czynienia w ostatnim czasie. A to z kolei – w postaci oszustw na egzaminie - prowadzi do spadku jakości kształcenia. - Odczuwamy to na studiach. Widzimy osoby, które jakimiś metodami zdały maturę, ale ewidentnie nie miały do tego kwalifikacji – mówi ekspert. Ponieważ system ewidentnie pozostawia lekarzom luki, a na opór obywatelski nie ma co liczyć, socjolog widzi jeszcze inną, pośrednią metodę rozwiązania problemu. - Wystarczyłoby dać wszystkim pół godziny dłużej na egzaminie. Ci, którzy potrzebują z tego skorzystać, mogą. Ci, którzy nie chcą, wychodzą wcześniej – stwierdza.

Wydaje się, że Ministerstwo Edukacji Narodowej poszło w tym kierunku na razie przy okazji egzaminów ósmoklasisty, które od tego roku mają być wydłużone o 25 proc. Egzamin z języka polskiego miałby trwać 150 minut, z matematyki – 125 minut, a z języka obcego nowożytnego – 110 minut. Jednym z argumentów tej zmiany była właśnie chęć przeciwdziałania nieuczciwym praktykom ubiegania się zdających o zaświadczenia lekarskie, na podstawie których mogli mieć przedłużony czas trwania egzaminu.

Jak wynika z informacji CKE, w 2024 roku do skorzystania z wydłużonego czasu na egzaminie maturalnym uprawnionych było 28 912 osób (na ok. 250 tys. zdających). Na egzaminie ósmoklasisty wydłużony czas miało 52 604 uczniów (spośród niespełna 230 tys. zdających). Danych za 2025 rok jeszcze nie ma, na przedstawienie odpowiednich dokumentów w szkole uczniowie mają czas do 15 lutego.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET