`

Tysiak na rękę dla młodych nauczycieli. I możemy zapomnieć o temacie pieniędzy

10 min. czytania
04.02.2025 06:02
Obserwuj nas na Google

CO DALEJ Z EDUKACJĄ? - Porównałem sobie aktualne dane dotyczące pensji nauczycieli z sytuacją z kilkunastu lat wstecz i jak w pysk strzelił, jest tak samo. I tak ciągle dajemy w pysk temu zawodowi w Polsce - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Marek Pleśniar z Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.

Szkoła
fot. Karol Porwich/East News

Co dalej... - to nasz autorski cykl rozmów z nauczycielami, naukowcami i edukacyjnymi działaczami, w którym przedstawiamy konkretne propozycje zmian i pomysły na edukację i naukę. Jak jest, już wiemy. W naszych tekstach chcemy iść o krok dalej. Wspólnie z rozmówcami zastanawiamy się, do czego dążymy, jak mogłoby być, co zrobić, żeby to osiągnąć i wzmocnić to, co w edukacji i nauce mamy najlepsze.

Aleksandra Pucułek: - Możemy porozmawiać o szkole bez narzekania, da się?

Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty: - Spróbujmy.

Myślałam, że odpowie pan, że się nie da.

- Nie, to nie jest tak. Nie da się opierać pracy zawodowej pół miliona ludzi na tym, że jest źle.

Jest źle, dobrze? Ustalmy, na jakim etapie jesteśmy.

- Przeważnie ludzie oceniają obecny stan hasłem „skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?” Mniej więcej w tej chwili tak to wygląda. Mamy masę narzekania na to, jak uczone są dzieci i czego, ale z drugiej strony aktualnie jesteśmy na podium, jeżeli chodzi o kształcenie i ich wyniki w międzynarodowych konkursach. Nawet w edukacji matematycznej, niemodnej, sprawiającej problemy, jesteśmy w ścisłej czołówce. Pod względem wyników mamy więc świetną oświatę i wielu się dziwi, że tak dobrze nam to wychodzi, przy takim narzekaniu, realnych zaniedbaniach. I wszystko tak tanio.

Co dalej? Jakie realne zmiany trzeba wprowadzić, żeby było lepiej?

- Przed naszą rozmową sprawdzałem aktualne stawki wynagrodzenia nauczycieli. Ci z największym stażem, dyplomowani, z nadgodzinami i dodatkiem motywacyjnym, których jest naprawdę sporo, dostają przeciętnie na rękę od 5 do 6 tys. zł. Brutto to ok. 8 tys. zł. U końca swojej kariery zarabiają więc nieźle, porównywalnie ze średnią zarobków w gospodarce narodowej. Mają umiejętności, doświadczenie, w miarę zarobki, po czym kończą karierę. Natomiast nauczyciele początkujący zarabiają zniechęcająco mniej. Ich pensja w tym roku wynosi 3,5 tys. zł na rękę (5153 zł brutto) i przez dłuższy czas tak będzie, aż zyskają mianowanie, a potem dyplomowanie (kolejne stopnie awansu zawodowego – przyp. red.). Porównałem sobie te dane z sytuacją z kilkunastu lat wstecz i jak w pysk strzelił, jest tak samo. My tak w Polsce ciągle dajemy w pysk temu zawodowi.

Redakcja poleca

To co pan proponuje?

- Młodzi nauczyciele powinni zarabiać więcej. Od lat brakuje im jakiegoś tysiąca na rękę. Przez niedofinansowanie tego zawodu w pierwszych latach pracy młodzi ludzie, którzy jednak chcieliby pracować w szkole, uczyć, czują się bez przyszłości. Bo w jaki sposób wziąć kredyt hipoteczny, mieć rodzinę, dzieci i tak dalej? Para młodych nauczycieli, każde z tym tysiącem na rękę, miałaby akurat na miesięczną ratę.

W dodatku zawód nauczyciela jak na złość został umiejscowiony zarobkowo na styku dwóch progów podatkowych. Nauczyciele dyplomowani, którzy zarabiają lepiej, znajdują się tuż nad drugim progiem podatkowym. Nie da się i w dodatku nie warto w tym zawodzie więcej zarabiać. To przekleństwo tej profesji.

To dana grupa zawodowa powinna być zwolniona z progu podatkowego?

- Nie, nikt nie powinien być zwolniony z podatków. Mówię tylko o tym, że ta grupa zawodowa jest niefortunnie umiejscowiona.

Więc jak powinna być umiejscowiona?

- Właściwie to tkwi w pułapce, ponieważ nikt nauczycielom dyplomowanym, którzy przekraczają próg podatkowy, nie da znacząco więcej, a z kolei młodzi nauczyciele jedyne co mogą zrobić, to próbować dogonić ten próg, by w nim utknąć ze starszymi koleżankami i kolegami. Nauczyciel już dzisiaj, idąc do zawodu, może sobie założyć, że za 20 lat będzie zarabiał równowartość dzisiejszych 6 tys. na rękę i nie przeskoczy tego, ponieważ od razu trzykrotnie podskoczą mu podatki. Fatalna pułapka.

Ten zawód można więc tylko poprawić, płacąc lepiej młodym nauczycielom. Dzięki temu po pierwsze będą chcieli przyjść do tego zawodu, a po drugie - w nim zostać. Nawet z perspektywą 6 tys. na rękę. Wtedy byłby to znośny materialnie zawód, ale ci młodzi muszą szybciej dogonić ten próg.

Jak to się ma mieć do tych starszych stażem?

- A to niech samorządowcy, politycy to wymyślą, policzą.

Redakcja poleca

Dla wszystkich młodych tyle samo?

- W małych i średnich ośrodkach, co potwierdziła mi dyrektorka wiejskiej szkoły z Podkarpacia, nauczyciele mniej narzekają, ponieważ życie jest tam tańsze. Poza tym nauczyciele ze względu na to, że nie ma chętnych do zawodu, mają ogromną liczbę godzin ponadwymiarowych. Ratuje nas brak nauczycieli.

Po pana tonie mam wrażenie, że nie jest pan zwolennikiem zróżnicowania pensji nauczycieli w zależności od miejsca pracy?

- Nie jestem, ponieważ trudno byłoby sprawiedliwe rozstrzygnąć, czy i komu dać więcej. Uważam, że w tym zawodzie lepsza jest równość na przyzwoitym poziomie i stabilność.

Jeśli mowa o stabilności, rozmawiałam niedawno z nauczycielką mianowaną z zerówki, która ku mojemu zdziwieniu przyznała, że jej zarobki według niej są adekwatne do wkładu pracy. Nie zarabia kokosów, ale bardzo sobie ceni bezpieczeństwo pracy, to, że wraca do domu o stałej porze. Nie wyobraża sobie iść do pracy w niedzielę, w wigilię czy na noc jak jej mąż. Może to jest ten element, którym można zachęcić? Bezpieczeństwo, stałość pracy, pewna cykliczność, powtarzalność.

- Wchodzimy na śliski grunt - nielubianą przez sporą część społeczeństwa sferę stereotypów.

Ale podałam konkretny przykład i cytat, to nie są opinie społeczeństwa.

- Tak, taka też jest prawda o tym zawodzie. Sam jako młody nauczyciel ceniłem sobie czas, który mogłem spędzić z dzieckiem w wakacje, nie martwiąc się, jak zapewnić mu opiekę. Do czasu, gdy mijał kolejny rok i następny i ciągle patrzyłem na to, jaki jestem biedny i jak w banku się ze mnie śmieją, gdy chciałem wziąć kredyt na mieszkanie.

Społeczeństwo, kandydaci do zawodu mają już utrwalone w głowach że tu się mało zarabia i nawet nie sprawdzają ile. Da się o edukacji rozmawiać bez tematu pieniędzy?

- Oczywiście, że się da. Tysiak na rękę dla młodych nauczycieli i możemy zapomnieć o temacie pieniędzy, ponieważ w tym zawodzie, w korzystnych okolicznościach rzeczywiście się fajnie pracuje.

I to wystarczy?

- Nie, nadal będzie źle. Dlaczego? Chodzi o te „korzystne okoliczności”. Na przykład w Finlandii, do której się często odnosimy przy temacie edukacji, nauczyciele zarabiają przeciętnie, ale ich zawód jest szanowany, także przez państwo. Nie przeszkadza się nauczycielom, daje się im ogromną samodzielność w wyborze metod, programów nauczania. W efekcie na jedno miejsce na studia nauczycielskie przypada średnio siedem osób. Nauczycielom potrzeba poszanowania tego zawodu przez państwo. W szkole niezbędny jest dobry klimat, szacunek i spokój. Wszyscy mają dość ciągłych wynalazków, opowieści o tym, jaka szkoła jest zła i że trzeba koniecznie wszystko zburzyć i postawić od nowa. Od iluś lat nie możemy doczekać się stabilności, braku akcyjności, nacisków politycznych i ideologicznych.

Zadbajmy o dobrostan nauczycieli, o prestiż zawodu nauczyciela. Czyli co konkretnie trzeba zrobić? Bo mam dość pustych haseł.

- O dobrostan zadbałem, bo powiedziałem, że chcę tysiaka dla młodych. Do tego nauczycielom, dyrektorom, szkole potrzebna jest autonomia, a odczuwamy od wielu lat, i niestety z nowym rządem to się nie zmienia, zapędy centralizacyjne. Tyle lat pracowaliśmy nad tym, żeby szkoły były różne, żeby mogły kształtować się lokalnie, a ciągle mamy pomysły, żeby coś centralnie narzucić. Chociażby pokazała to tzw. ustawa Kamilka. Jak to ujęli niektórzy dyrektorzy szkół: gdzieś rodzice zabili dziecko i w związku z tym kilkadziesiąt tysięcy kucharek musiało udowodnić, że nie jest karana za przestępstwa przeciw dzieciom. Brutalne, ale prawdziwe.

No dobrze, a w praktyce jak wprowadzić tę autonomię?

- Rok temu spotkaliśmy się z nowymi władzami w ministerstwie edukacji. Napisaliśmy stanowisko z licznymi punktami, poradami, życzeniami, ale postulat zero był taki: nie zmieniajcie nic. Ciągle jesteśmy zasypywani radosną twórczością typu brak prac domowych. MEN gdy już ma kolejny pomysł, mówi nam: „postanowiliśmy, że zrobimy tak – co wy na to?” Zawsze przynosi się nam gotowe pomysły, na które możemy tylko przytaknąć albo ponarzekać, lecz nie pada pytanie: „czy w ogóle to trzeba zrobić?” To nie jest robienie czegoś razem, to nie jest też autonomia.

Redakcja poleca

Przychodzi mi tutaj do głowy od razu np. lista lektur. Grupa polonistów wnioskowała o to, żeby ją zmienić i jednocześnie na grupach nauczycielskich widziałam komentarze typu: usunąć Kochanowskiego, zostawmy Kochanowskiego, usuńmy Mickiewicza, zostawmy Mickiewicza. Jak w takim razie zostawić decyzję środowisku, które samo nie potrafi się porozumieć?

- Przede wszystkim po jakie licho jest jedna lista lektur, gdy w większości krajów Europy nie ma żadnego kanonu, jedynie zalecenia, proponowane lektury, które należałoby wziąć pod uwagę? Dlaczego nauczyciel nie może sam wybrać książek, które będzie omawiał z uczniami? Te same motywy znajdziemy w różnych utworach Mickiewicza czy Kochanowskiego, więc na egzaminach uczniowie będą mieli się do czego odnieść.

Znam wielu nauczycieli, którzy potrzebują sztampy, konkretnych wytycznych i czekają na nie.

- Nie stoję po stronie tych, którzy nie potrafią być samodzielni. Jeżeli mamy wrzucić jakiś kamyk do ogródka nauczycieli to właśnie ten – jeżeli ktoś się nie rozwija, nie czyta, nie chce mieć wolności to źle.

U tych nauczycieli to chyba bardziej wynikało z rutyny i końca kariery.

- Wszyscy znamy nauczycieli, którzy z rutyną najlepiej uczą. Tylko to są rzemieślnicy, ale bardzo cenieni przez dyrektorów i rodziców. No i co ważne rutyna, stałość wymagań i rzetelna nauka jest potrzebna uczniom.

W żadnym zawodzie nie ma samych artystów.

- Niektórzy rzemieślnicy sztuki też dają świetne koncerty i malują dobre obrazy. Poza tym to nie jest tak, że mamy dać ten tysiąc złotych i autonomię nauczycielom bez oczekiwań. Jeśli nie oczekujemy dobrego efektu, to nie ma rozwoju. Po to jest w szkole dyrektor, żeby zaglądał na lekcję i po to są rodzice, którzy pilnie obserwują szkołę. Tu nic nie ujdzie na sucho.

To jak w praktyce ma ta autonomia wyglądać? Nauczyciele sami mają ustalać listę lektur?

- Na przykład. Ale też mówimy tu o masie działań i projektów. Gdy pracowałem jako nauczyciel, lubiłem siedzieć do godz. 18 w pracowniach, coś sobie wyszukiwałem, coś ulepszałem. Oczekiwałem tylko jednego, niech mi się nikt nie wtrąca, nie sprawdza podejrzliwie, co robię i wtedy można było mną orać. Jeśli się wtrącali, to orać się odechciewało. I tym też można przyciągnąć nauczycieli do szkoły. Jeżeli będą mieć wolność w tworzeniu, w wymyślaniu lekcji, stosowania swoich metod nauczania, to ci twórczy dobrze będą się czuli dobrze w szkole i w niej zostaną za te 5 czy 6 tysięcy na rękę.

A co z tymi lubiącymi rutynę?

- Wśród rutyniarzy są zawsze kreatywni, naturalni liderzy. Zarządzanie szkołą w Polsce przypomina często warcaby: na planszy są jednakowe pionki i rozstawiający je dyrektor. Szkoda, że nie gramy w szachy, gdzie jest skoczek, wieża, królowa - figury nauczycielskie z różną osobowością, różnymi talentami. Dać nauczycielom, szkole wolność to znaczy po prostu odczepić się od nich, gdy tworzą, i docenić to. Dyrektor musi być człowiekiem, który umie odczepić się od swoich ludzi i dać im trochę władzy oraz musi mieć narzędzia doceniania tego, co ci ludzie robią. Trzeba mu dać takie
prawo i trochę pieniędzy na np. dodatki dla liderów. No i uwolnić go od biurokratycznego rozliczania się z działań. Zaufać.

To znaczy?

- Nie wychowamy wolnych ludzi metodą rozliczania ich „z wolności” na zasadzie: na ile punktów u państwa w szkole oceniamy wolność? Oczami wyobraźni już widzę takie sprawozdanie do kuratorium.

Dać wolną rękę dyrektorom, czyli co konkretnie zmienić?

- Są wyznania, w których ludzi uczy się czytać pismo, a są takie, w których przekazuje się w czytaniu, co należy rozumieć przez dany fragment. W szkole powinna obowiązywać ta pierwsza opcja, czyli dajmy ludziom ogólne prawo i niech z niego sami korzystają. To się nazywa konstytucyjna zasada pomocniczości państwa. Państwo pojawia się tylko wtedy, gdy musi. Wcześniej jedynie sprawdza, czy przestrzegamy prawa. Organy takie jak kuratorium, MEN, nie powinny nas kontrolować, tylko wspomagać w tym, czy się dobrze samooceniamy, czy tylko samooszukujemy. 25 lat temu uczyli nas tego Szkoci, po czym po latach zaczęli do nas przyjeżdżać i się szkolić, bo przestali stosować taką zasadę, a my umieliśmy już to robić. Potem to i u nas podupadło, ale może wrócić. Możemy dziś być bardziej szkoccy niż Szkoci.

Dlatego nas tak wścieka, gdy przychodzą kolejni pomysłodawcy i proponują idee, które znamy i o które zdążyliśmy czasem nawet rozbić nos. Od lat obserwuję u władz pęd na zasadzie: pójdę do telewizji i powiem, że od września w szkole będzie np. edukacja zdrowotna albo szachy (był i taki pomysł pewnego posła, a szachy od dawna są na WF, bo to jest sport). Nowy przedmiot przygotowuje się kilka lat, a ciągle słyszę, że od września coś będzie. Tak mówił minister Czarnek, Piątkowski, tak mówiła Zalewska, i niestety czasem mówi kolejna ekipa MEN.

Wspomniał pan o szacunku do zawodu. Jak to wprowadzić w praktyce?

- Szacunek to właśnie nasza przestrzeń wolności, a wolność wymaga wzajemnego poszanowania stron. Gdy myślimy, że inni nie mogą, nie potrafią działać, bo my wiemy lepiej, to ani nie ma wolności, ani szacunku. Ludzi twórczych to odstrasza. Od jakiegoś czasu obserwuję zjawisko, które nazywam na własny użytek „syndromem Nauczyciela Roku”. To znaczy zauważalna część laureatów tego konkursu po roku nie pracuje już w zawodzie. Ludzie chcą mieć pole do wolności, więc gdy nagle zaczynają występować na konferencjach, opowiadać o tym, jak pracują, a potem muszą wrócić do szkoły i realizować wszystkie zalecenia i listy lektur, to im się odechciewa.

Czyli mamy tysiak na rękę dla młodych nauczycieli, którzy sami mogą dopierać sobie lektury, pomoce naukowe. Mogą sobie sami organizować lekcje, jak chcą.

- Ale też sami oceniają się zgodnie z prawdą. Nie oszukują się. Nie chodzi tu o porzucenie nadzoru nad szkołą.

Do tego mamy dyrektorów, którzy potrafią wychwycić liderów, rzemieślników, artystów i ich dobrze poustawiać na szkolnej szachownicy. I MEN, które nie wymyśla centralnie zmian w szkole. I mamy to, do czego dążymy?

- Mamy to, więcej nie trzeba. Nauczyciele wiedzą, że nie każda wypłata to majątek i nie każdy posiłek to uczta. W Finlandii też o tym wiedzą, a jest to zawód lubiany. Dla jasności wcale nie stawiam ich za wzór do skopiowania, bo jest to szkolnictwo na miarę naszych dwóch województw. Inna skala.

W Polsce w tej chwili nauczyciele tak naprawdę mniej mówią o pieniądzach, więcej o tym, jaki ten zawód jest trudny i niezrozumiały dla społeczeństwa. To ich boli. Tylko bardzo powoli możemy to naprawić, ponieważ całe nasze życie społeczne jest stale psute. Wykonawcy innych usług publicznych, jak pielęgniarki czy policjanci, też spotykają się z niechętnymi postawami.

A w wypadku nauczycieli w grę wchodzi jeszcze dziecko.

- Akurat to dziecko jest najlepszym powodem by w tym zawodzie trwać. Wszystkie zawody służby, na których można się wyżyć, „bo są finansowane z naszych podatków”, cierpią. W edukacji po prostu nie chcielibyśmy rozbijać głową murów, tylko zwyczajnie twórczo popracować. Różne są środowiska, ale w szkole generalnie jest naprawdę fajnie. To jest wspaniała praca. Dzieci są wspaniałe, odmładzają nas, dają wiele radości.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET