Polski nauczyciel to taka stara szkapa zaprzężona do bryczki jadącej do Morskiego Oka

9 min. czytania
05.02.2025 06:02
Obserwuj nas na Google

- Mam wrażenie, że polski nauczyciel to taka stara szkapa zaprzężona do bryczki jadącej do Morskiego Oka. W tej bryczce zamiast 14 osób siedzi 30. Szkapa mozolnie je ciągnie, aż w końcu usłyszała, że teraz będzie jej lepiej. Dlaczego? Bo nad Morskim Okiem powstanie nowe, piękne schronisko. Profil absolwenta. Tylko to nowe schronisko nic jej nie da - komentuje w rozmowie z RadioZET.pl Jarosław Pytlak, dyrektor warszawskiej szkoły.

Szkoła
fot. MAREK MALISZEWSKI/REPORTER

Co dalej... - to nasz autorski cykl rozmów z nauczycielami, naukowcami i edukacyjnymi działaczami, w którym przedstawiamy konkretne propozycje zmian i pomysły na edukację i naukę. Jak jest, już wiemy. W naszych tekstach chcemy iść o krok dalej. Wspólnie z rozmówcami zastanawiamy się, do czego dążymy, jak mogłoby być, co zrobić, żeby to osiągnąć i wzmocnić to, co w edukacji i nauce mamy najlepsze.

Aleksandra Pucułek: Często słyszę, że co zmiana w edukacji to na gorzej. Co w szkole zmieniono na plus?

Jarosław Pytlak, dyrektor szkoły STO w Warszawie, prowadzący blog „Wokół szkoły”: - Taką zmianą było na pewno ostatnie odchudzenie listy lektur i w ogóle podstaw programowych, choć wiadomo, że nie dało się zadowolić wszystkich. Na plus na pewno były podwyżki płac nauczycieli. Oprócz tego zmieniono zasady zadawania prac domowych w szkołach podstawowych, ale to już nie była dobra zmiana, i opracowano profil absolwenta, co mogłoby być ciekawe, gdyby nie miało posłużyć za fundament reformy programowej szykowanej „na kolanie”.

Czyli mówimy o zmianach z ostatniego roku, a wcześniej? Pamięta pan reformę dobrą dla szkoły?  

- Bardzo dobrze wspominam reformę Handkego, przy czym oczywiście i to jest dyskusyjne. Na pewno znajdą się osoby, które taką moją opinię oprotestują.

Czyli powołanie gimnazjów.

- Tak, tamta reforma różniła się od wszystkich następnych tym, że uwolniła mnóstwo ludzkiej energii. Pamiętam, ile było wtedy zapału, nowych pomysłów. Pozwalała na to podstawa programowa, która mieściła się na kilkudziesięciu stronach dla całej edukacji. To, co potem wskazano jako wadę, czyli powstanie wiele różnych podręczników, było zaletą. Mnóstwo ludzi chciało propagować swoje pomysły, a na bazie jednej podstawy programowej dawało się stworzyć różne pod względem ujęcia programu książki.

Minęło 25 lat i doszliśmy do tego, że podstawa programowa została postawiona na piedestał. W tej chwili np. wręcz nakazuje się, rzekomo dla dobra dzieci, zaznaczanie, że coś w podręczniku nie jest treścią z podstawy programowej. W istocie zabito jakiekolwiek dążenie do tego, by nauczyciel był jednostką twórczą.

Wróci jeszcze kiedyś ta energia, która była 25 lat temu?

- Nie.

Definitywnie?

- W perspektywie 10 lat na pewno, bo jesteśmy w innym momencie historii. Atmosfera społeczna nie zachęca do budowania, tworzenia, wykorzystywania nowych możliwości. Nie tylko w edukacji jesteśmy znużeni życiem. Tu wojna, tu różne bójki polityczne, tu Trump. Obserwuję w swoim otoczeniu ludzi w różnym wieku i widzę, że zatracili umiejętność zwykłego cieszenia się.

Szkoła to chłonie jak gąbka.

- Oczywiście, dzieci nie żyją na bezludnej wyspie. To jest pierwsza przyczyna, dla której nie wróci to, co było 25 lat temu.

Redakcja poleca

A druga?

- Nauczyciele są w innym miejscu.

W jakim? 

- Na biegunie frustracji, pogrążeni w apatii. Obserwuję działania obecnego rządu, który na sztandarach miał podsuwane przez edukacyjne ruchy hasła typu: docenić nauczycieli, uwolnić edukację od polityki. Uwolnienie od polityki się nie udało, bo wystarczy spojrzeć na to, co stało się z edukacją zdrowotną. Docenienie nauczycieli sprowadzone zostało do tego, że dostali jednorazowo więcej kasy, a potem? Nieszczęsne prace domowe są sztandarowym przykładem wotum nieufności wobec nauczycieli.

Wyjaśnijmy, mimo sprzeciwu sporej grupy nauczycieli wprowadzono przepisy, według których praca domowa w klasach 4-8 jest dla chętnych i nie na ocenę.

- A w klasach 1-3 zadawać jej w ogóle nie wolno.

Poza ćwiczeniami tzw. małej motoryki, czyli najprościej mówiąc, rozwijającymi umiejętności manualne. Takie zadania są wciąż obowiązkowe.

- Jeśli zaś mowa o wotum nieufności, to bardziej boli mnie zapowiedź rozpoczęcia przygotowań nowej podstawy programowej z wychowania fizycznego. Sławomir Nitras, minister sportu, powiedział wtedy słowa, których nigdy mu nie zapomnę. Zapowiedział, że nowa podstawa będzie „prosta, zrozumiała dla rodziców i uczniów”, bo „tylko wtedy będziemy w stanie wyegzekwować realizację tego planu od nauczycieli”. Powiedzieć, że to populizm, to mało powiedzieć. Tak naprawdę wskazał nauczycieli jako winnych temu, że młodzież się mniej rusza, że poziom sprawności fizycznej spadł. Takie wskazywanie palcem nauczycieli jako winnych odbywa się także w innych kwestiach.

Na przykład?

- Teraz opracowano profil absolwenta. Będzie on przełożony na fantastyczne podstawy programowe. Powstaną podręczniki, które mają perfekcyjnie realizować profil absolwenta. A gdzie w tym wszystkim jest nauczyciel? Mam wrażenie, że polski nauczyciel to taka stara szkapa zaprzężona do bryczki jadącej do Morskiego Oka. W tej bryczce wbrew przepisom zamiast 14 osób siedzi 30. Szkapa mozolnie je ciągnie, aż w końcu usłyszała, że teraz będzie jej lepiej. Dlaczego? Bo nad Morskim Okiem powstanie nowe, piękne, wygodne schronisko.

Redakcja poleca

Czyli profil absolwenta.

- Tak. Tylko szkapa nie jest w ciemię bita i wie, że nowe schronisko nic jej nie da, bo i tak będzie ciągnąć bryczkę po tej samej drodze pod górę i z góry. Obiecują jej środki dopingujące. To znaczy co? Ciepłą stajnię i siano? Nie! Zastrzyki stymulujące nazywane szkoleniem, po których będzie szybciej ciągnęła bryczkę pod górę. A jeśli zechce mieć dużo siana, to będzie ją ciągnąć przez 14 godzin na dobę i wtedy stajnia będzie mniej istotna, bo i tak będzie głównie w trasie. No i ja, ta stara szkapa, nie widzę w tym przyszłości.

Obrazowe porównanie. A jest władza, która może zadowolić wszystkich, zwłaszcza tak ogromną grupę osób, które składają się na edukację? Ile razy już słyszałam: oczekiwaliśmy, że będzie lepiej, a nie jest. Zawsze coś będzie nie tak.

- Nie ma rozwiązania, które może zadowolić wszystkich. Natomiast oczekiwałbym rozwiązań, które są mądre. Wtedy nawet jak by mi się nie spodobały, to będę je szanował.

Po tylu reformach i zmianach można się spodziewać, że coś jeszcze zmieni się na lepsze, patrząc na poprzednie doświadczenia? Jeszcze ktoś w to wierzy?

- Podobno jestem naiwny, bo liczyłem, że teraz coś zmieni się na lepsze. Głosowałem na zmianę. Przy prekonsultacjach odchudzania listy lektur dotarł do mnie populizm nowych władz, a wszystko w moich oczach runęło przy pracach domowych. Wtedy zdałem sobie sprawę, że po raz kolejny u władzy są ludzie, którzy nam nauczycielom nie wierzą i są głęboko przekonani, że jeżeli się nas odpowiednio poinstruuje, to będziemy świetnie pracowali. Wyszło, że jedynie przez trzy miesiące wierzyłem, że będzie inaczej.

Inaczej czyli jak? Co realnie trzeba zrobić, zmienić? Spójrzmy w przyszłość.

- Gdyby to ode mnie zależało, to reformę programową szykowałbym na 2028 rok, a nie na 2026, żeby mieć trzy lata, a nie rok na jej przygotowanie. Po drugie trzeba zacząć naprawiać proste problemy. 

Jakie?

- Na przykład co zrobić, żeby uczeń mógł legalnie pójść do łazienki w czasie lekcji. To jest symbol dwoistości prawa oświatowego, bo ja jako nauczyciel nie mogę wypuścić ucznia spod opieki, ale jak go nie wypuszczę, to łamię jego prawo. Rozwiązanie tego problemu byłoby odczuwalne.

Rozumiem, że MEN trzyma w szufladzie tzw. godzinę czarnkową jako argument do przyszłych negocjacji o pragmatyce zawodowej, ale dla środowiska oświatowego jej likwidacja byłaby gestem dobrej woli. Dowód na to, że ona niczemu nie służy, można znaleźć w szkołach niepublicznych. Nie znajdzie pani takiej, gdzie ona obowiązuje, ponieważ tu wiemy, że nauczyciel jest potrzebny wtedy, kiedy jest potrzebny, a nie wtedy kiedy ma wyznaczoną godzinę, i możemy tę wiedzę wykorzystać w praktyce. Ogromną pozytywną zmianą byłoby też stworzenie izb nauczycielstwa.

Redakcja poleca

Na czym one miałyby polegać? 

- Byłby to samorząd zawodowy, jak wśród lekarzy, pielęgniarek, adwokatów. Z inteligenckich zawodów nie mają go tylko nauczyciele. Izby nauczycielstwa mogłyby być reprezentacją tego zawodu, merytorycznym partnerem do dyskusji dla władzy, bo związki zawodowe nim nie są. Nie zajmują się tym, rozmawiają głównie o warunkach pracy. Projekt ustawy na temat izb nauczycielstwa istnieje już długo, ale żadnej władzy nie było po drodze, by wprowadzić go w życie.

Jeśli mowa o zmianach, to gdzie w tym wszystkim są uczniowie? Czy uczniowska sfera potrzebuje jakichś zmian? Bo cały czas mówimy o nauczycielach.

- Zmiany, jakie wymieniłem, dotykają też uczniowskiej sfery. Jeżeli nauczyciele zaczęliby lepiej zarabiać, to wielu uczniów by to odczuło.

W jaki sposób?

- Jeśli zatrudniam pięciu nauczycieli półtoraetatowych pracujących u mnie i w innej szkole, to oni są bardziej podatni na choroby z racji przemęczenia. Jak zachorują, to nie mam już zastępstwa, bo wyżyłowałem zasoby do granic możliwości. To nie jest indywidualny przypadek tylko dzień powszedni w oświacie. Jeżeli nauczyciele byliby mniej obciążeni pracą, czyli mieliby szansę godnie zarobić...

Czyli ile?

- Średnia krajowa dla dyplomowanego nauczyciela, ale nie wliczając w to nadgodzin, to absolutne minimum. Wtedy nauczyciel miałby więcej siły i chęci, żeby z każdym uczniem coś więcej robić. Zwłaszcza, że kiedyś klasa to była w miarę jednorodna grupa, pracowało się z klasą. Teraz w jednej ma się 20 czy 30 dzieciaków i z każdym trzeba pracować osobno. Nauczyciele uginają się pod ciężarem ogromnej liczby problemów rozwojowych dzieci, ich specjalnych potrzeb edukacyjnych. Pięć lat temu miałem w szkole kilkoro dzieci z orzeczeniem, teraz wielokrotnie więcej. Poza tym dzisiaj młodzież nie bardzo jest chętna do tego, żeby się kształcić, żeby współpracować.

Biorąc pod uwagę mnogość tych problemów, jaką rolę ma dziś szkoła?

- Kolejność dowolna ok?

Ok.

- Chłopiec do bicia, bo na szkołę można wszystko zwalić. Droga rozwiązywania problemów, bo dzieci są w kryzysie psychicznym, to np. wrzucimy do szkoły edukację zdrowotną i już będzie super. Nie będzie. Szkoła wciąż na pewno spełnia w największym zakresie funkcję opiekuńczą i jest to jedyna funkcja, której nie da się zastąpić sztuczną inteligencją. Jeśli chodzi o funkcję poznawczą, to szkoła jest w tej chwili otoczona powszechnym lekceważeniem. Dzieci mówią: „nie będę się tego uczył, bo to mi nie jest potrzebne”. To są autentyczne teksty uczniów.

Wiem, niestety, znam je.

- I wszystko byłoby w porządku, gdyby ktoś powiedział: „drogie dzieci uczcie się jak chcecie, ale wasze efekty kształcenia są waszym problemem”. Natomiast pozwoliliśmy na brak poczucia odpowiedzialności u nich, obowiązku wobec instytucji edukacyjnej, ale nie zwolniliśmy tej instytucji z pełnej odpowiedzialności za naukę ucznia. Stąd nauczyciele się frustrują, bo mają nauczyć, są z tego rozliczani, a tak naprawdę bywają bezsilni.

To jak zmienić to dzisiejsze popularne hasło „nic nie musisz” na „jednak powinieneś”? Jak pokazać, że możliwość chodzenia do szkoły, nauki trzeba rozpatrywać w kategoriach szczęścia? Jak dzisiaj pracuje się z taką młodzieżą?

- Nie ma jednej strategii. Na pewno jest w nas, nauczycielach, dużo bardziej niż kiedyś zakorzenione poczucie szacunku, respektu dla młodych ludzi. Z kolei szacunku, respektu dla nauczycieli młodym ludziom ubyło. Kiedyś jak nauczycielka powiedziała do mnie: „weź te kopyta spod mojego stołu”, to po prostu cofałem nogi, które mam długie, a nie zastanawiałem się, czy ona do mnie wystarczająco elegancko mówi. Teraz nauczyciel waży każde słowo, i słusznie.

A uczeń niekoniecznie.

- Ale uczeń jest młody i ma prawo nie rozumieć pewnych kwestii. Najgorzej jest, gdy rodzic nie waży słów i potem słuchając ucznia, słyszę rodziców. Nawet w najbliższym otoczeniu zauważyłem, że rodzice małych dzieci mają łatwość mówienia przy nich rzeczy, których nie powinny usłyszeć.

To kto ma dziś najlepiej w szkole? Rodzice, nauczyciele czy uczniowie?

- Nie ma nikogo, kto by miał najlepiej, bo mówimy o kilkuset tysiącach pracowników, o dzieciach w różnym wieku, o nieporównywalnych placówkach, bo mamy podstawówki, licea, technika. Myślę, że łatwiej o sens pracy w szkole ponadpodstawowej, w której przynajmniej część młodych ludzi jest z wyboru, a nie z przymusu. W klasach 1-3 działają jeszcze resztki autorytetu nauczyciela, natomiast najtrudniej jest pomiędzy klasą czwartą a ósmą. Myślę, że tam w tej chwili nikt nie jest szczęśliwy.

Z czego to wynika?

- Szkoła to są jakieś obowiązki, reguły. Nauczyciele mają jeszcze odruch, by czegoś wymagać i nie zawsze robią to wystarczająco sprytnie, łagodnie, umiejętnie, by napotkać na właściwy odzew.

To czego byśmy chcieli w edukacji? Do czego dążymy?

- Ja dążę do przetrwania.

Nie wierzy pan w zmianę polskiej szkoły?

- Nie wierzę, a już na pewno dopóki politycy o tym będą decydować. W obecnych warunkach jestem w stanie jedynie prowadzić szkołę, którą uważam za fajną. Wchodzę do szkoły, dzieci są uśmiechnięte. Jak mamy jakieś problemy, to je rozwiązujemy. Nauczyciele czasami słyszą od dzieci, że coś nie ma sensu, albo muszą udzielić uczniowi reprymendy, a następnego dnia przychodzi rodzic i mówi, że to było zupełnie inaczej i jego córka czy syn jest niewinny, ale to są rzeczy, z którymi idzie sobie poradzić.

Ale ciągle muszę sobie z czymś radzić. Pandemia np. to były dwa lata napięcia psychicznego i poczucia odpowiedzialności. A co robiło państwo? Mówiło, że dyrektor ma pełną możliwość podejmowania decyzji. Dzwoniłem więc do sanepidu i mówiłem, że chcę przejść na zdalne, bo mam jedną trzecią personelu chorą i słyszałem, że mi nie wolno. To była moja pełna autonomia.

O którą walczą przecież nauczyciele, dyrektorzy.

- Autonomia w oświacie polega na tym, że jak władza nie wie, co zrobić, to mówi, że mamy autonomię. A jak chce zakazać prac domowych, to wszystkim. System jest w tej chwili ukierunkowany na uszczęśliwienie wszystkich na siłę, bez rozumu. Dlatego buntuję się i dlatego jestem taki zgorzkniały, bo opinia publiczna jest karmiona komunikatem, że świetnie zmieniamy polską szkołę, bo zmienimy podstawy programowe. To jest propaganda, ponieważ przeciętny adresat komunikatów, jakie wydaje MEN, wie o szkole tyle, ile o niej usłyszał albo sam kiedyś do niej chodził, a interesuje się nią tylko wtedy, kiedy ma tam dziecko i temu dziecku ktoś nadepnął na odcisk.

Na koniec możemy mimo wszystko wskazać największą zaletę polskiej szkoły? Jest taka?

- Po prostu jest. Jak ktoś za bardzo narzeka przy mnie na szkołę, to mówię: „idź do pierwszej z brzegu podstawówki, wejdź na przerwę i zobacz, że dzieci z uśmiechem biegają po korytarzu, a nauczyciel nie przechadza się z kańczugiem, tylko też z uśmiechem”. I to jest to, co można uznać za łyk optymizmu.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET