`

Chersoń po przejściu wielkiej wody. Zobacz film naszego dziennikarza [WIDEO]

3 min. czytania
13.06.2023 14:53
Obserwuj nas na Google

Najpierw 9 miesięcy okupacji, potem codzienne bombardowania, teraz powódź wywołana zniszczeniem przez Rosjan tamy w Nowej Kachowce. Leżący na południu Ukrainy Chersoń zmaga się z największa w tym wieku katastrofą ekologiczną w Europie. Tylko na prawym, wyzwolonym w listopadzie 2022 roku brzegu zalanych zostało ponad trzy i pół tysiąca domów. Woda sięgała 2 piętra. I choć powoli poziom zaczął się obniżać, to teraz ukraińskie służby alarmują, że sytuacja może się jeszcze pogorszyć. Bo woda oprócz zniszczeń, przyniosła zanieczyszczenia i widmo epidemii.

Wielka woda

Tama w Nowej Kachowce została wysadzona 6 czerwca. 18 miliardów metrów sześciennych wody zaczęło wylewać się ze zbiornika, niszcząc wszystko na swojej drodze. Zalanych zostało kilkadziesiąt miejscowości, głównie na lewym brzegu Dniepru. To około 600 km kwadratowych – to tak jakby pod wodą znalazła się cała Warszawa. Liczby to jedno. Ale dopiero widząc skalę zniszczeń można zrozumieć dramat tysięcy mieszkańców Ukrainy. – Kiedy przyszła powódź najpierw uciekliśmy na dach – opowiada Tamara. Wraz z mężem i dziećmi czekali kilka godzin na ratunek. Ten przyszedł w ostatniej chwili. Gdy podpływała do nich łódka runęła jedna ze ścian. Chwilę później zawalił się cały dom.

Jednak nawet te budynki, których nie zmyła powódź, raczej nie będą już nadawać się do zamieszkania. Wiele z nich całkowicie przykrył rozlany Dniepr. Inne nieznacznie wychylają się znad lustra wody. – Widzicie mój dom? To tam na środku ulicy. Widać tylko dach – opowiada mi Iryna. Stoimy kilkaset metrów od miejsca, w którym jeszcze tydzień temu był brzeg Dniepru. Teraz woda jest kilka przecznic dalej. – Mi udało się ewakuować, ale przestraszone zwierzęta pochowały się tam, gdzie woda nie dotarła – dodaje.

Iryna przychodzi tu codziennie szukając swoich kotów. – Wolontariuszom już udało się dwa złapać, ale 3 wciąż gdzieś tam są – mówi. Takich historii jest wiele. Wolontariusze od  kilku dni codziennie wyruszają na poszukiwania zwierząt czy nielicznych, pozostałych w domach mieszkańców. Akcję skutecznie utrudniają Rosjanie, bombardując miasta na oślep i strzelając do ratowników. 

Miłosz Gocłowski
Fot.

Ukraińska solidarność

W Chersoniu punkty pomocy humanitarnej ruszyły już na samym początku okupacji. Przerwane zostały łańcuchy dostaw i w mieście brakowało wszystkiego. Ludzie dzielili się wszystkim co mieli, żeby wspomóc potrzebujących. Po odbiciu miasta z rąk okupantów, punkty zawiesiły działalność, albo znacznie ją zminimalizowały, bo w Chersoniu znowu otworzyły się sklepy, wypłacane były emerytury i pensję. Po tym co stało się tydzień temu – ruszyły pełną parą.

– Pracujemy po 24 godziny na dobę – opowiada Anastazja, wolontariuszka w jednego z takich punktów. – Potrzeby są ogromne, od wody, jedzenia czy leków, aż po ubrania czy pościel – mówi. Od rana przed każdym z takich punktów ustawiają się długie kolejki potrzebujących. Przy każdym odgłosie wystrzału, ludzie chowają się pod ścianą. Bo Rosjanie dobrze wiedzą, gdzie celować.

Redakcja poleca

"Rosija nawsiegda"

Rosjanie, zajmując Chersoń myśleli, że zostaną tu już na zawsze. Stworzyli swoją administrację, a na ścianach budynków malowali ruskie flagi i napisy "Rosja na zawsze". Dlatego po wypędzeniu ich w ubiegłym roku, po listopadowej kontrofensywie ukraińskich wojsk, zaczęli mścić się na mieszkańcach i samym mieście. Ostrzał trwa tu praktycznie non stop.

Sytuacja nie zmieniła się wraz z wywołaną przez nich powodzią. Tylko 12 czerwca, w tzw. Dzień Rosji, ostrzelali region blisko 40 razy. Gdy tylko przy pomocy dronów, zauważą wolontariuszy czy ewakuujących się mieszkańców, zaczynają tam strzelać.

– Pod artyleryjski ostrzał trafiłem już 3 razy. Na łódce, gdzieś pośrodku niczego – opowiada mi Władysław – jeden z ratowników. – Najgorsze jest to, że nigdy nie wiesz gdzie spadnie pocisk. Schowaliśmy się między budynkami i czekaliśmy, aż skończą strzelać. Ale przebiliśmy ponton. Gdyby nie to, że obok płynęli inni wolontariusze, to byśmy już tam zostali – wspomina. Niektórzy zostali. W weekend, podczas próby ewakuacji z lewego brzegu od serii z karabinu maszynowego zginęły 3 osoby, a kilkanaście zostało rannych.

Miłosz Gocłowski
Fot.

– Czy się boję? Wiesz, na pewno to nie jest komfortowa sytuacja, kiedy płyniesz łódką i słyszysz strzały i świst pocisków. Myślisz sobie, no cholera nie teraz. Jeszcze chciałem tam popłynąć, może jeszcze komuś pomóc. Ale jak pocisk już spadnie, gdzieś dalej, to myślisz sobie: no udało się. Może jeszcze kilka minut uda się pożyć – opowiada mi dalej wolontariusz.

Realizacja: Miłosz Gocłowski i Tomasz Chaciński.

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET