Czego tak naprawdę chce Trump? „Przyjął strategię globalnego predatora”
– Kiedyś zapytałem rosyjskiego dziennikarza, co dalej zrobi Władimir Putin. Odpowiedział, że Putin sam jeszcze tego nie wie, bo chce zrobić sobie niespodziankę. Trump jest do niego podobny. On jeszcze sam nie wie, czego chce i każdego dnia robi sobie i światu niespodziankę, głosząc absurdalne tezy i próbując zrealizować swoje kosmiczne pomysły – mówi o planach prezydenta USA były szef GROM, gen. Roman Polko.
Po pierwszej, nieco zachowawczej kadencji, w drugiej prezydent USA Donald Trump nie ma zamiaru dłużej zwlekać z realizacją swoich szalonych pomysłów. Atak na Wenezuelę i pojmanie jej przywódcy Nicolasa Maduro, groźby przejęcia Grenlandii, przygotowywanie ataku na Iran czy groźby celne skierowane do Europy to tylko kilka przykładów tego, jak daleko jest się w stanie posunąć amerykański przywódca, aby osiągnąć swoje cele. Pytanie, czego tak naprawdę chce Donald Trump?
Prezydent Stanów Zjednoczonych i jego administracja wyłożyli swoje cele w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA, którą ogłosili na początku grudnia 2025 roku. W jej założeniach widać diametralną zmianę w podejściu Stanów Zjednoczonych do światowego porządku. Strategia wskazuje na skoncentrowanie się na interesie narodowym, większą rywalizację z Chinami oraz mniejsze zaangażowanie w utrzymanie globalnego porządku i bezpieczeństwa. W skrócie Europa musi być bardziej samodzielna, bo może wkrótce zostać pozostawiona sama sobie.
– Jest to strategia globalnego predatora, drapieżcy, który chce mieć swobodę polowania na skalę światową. Trump nie chce mieć żadnych zobowiązań i ograniczeń, dlatego też ustalone normy czy troska o dobra wspólne są dla niego całkowicie nieistotne – komentuje politolog i były doradca prezydenta ds. międzynarodowych prof. Roman Kuźniar. Poparcie dla Trumpa maleje, a dla amerykańskiego przywódcy ważniejszym od interesów USA wydaje się być zapisanie się w historii.
Jednak zdaniem ekspertów rozpoczynanie kilku konfliktów naraz może mieć zupełnie odwrotny skutek. – Jego jedynym celem jest zaspokojenie własnej potrzeby istnienia, stąd ta nadaktywność, wywoływanie burz tylko po to, żeby wszyscy o nim dyskutowali – ocenia działania Trumpa gen. Roman Polko. Wojskowy zwraca uwagę, że tymi działaniami Trump szkodzi Stanom Zjednoczonym. – Szukanie wrogów dookoła nie służy dobrze reputacji i pozycji USA. Trump zraził do siebie Kanadę i państwa europejskie, takie jak Dania, która uczestniczyła w misjach amerykańskich i zawsze wspierała Stany Zjednoczone – dodaje.
Niszcząc swoją reputację na arenie międzynarodowej, Trump próbuje także odwrócić uwagę od tego, co dzieje się w USA, gdzie jego poparcie spada, a Amerykanie są coraz bardziej niezadowoleni z sytuacji gospodarczej i polityki migracyjnej jego administracji. – Ameryka przestała być demokratyczna. Tam już nie działa trójpodział władzy. Trump nie jest w żaden sposób kontrolowany. Udało mu się zdemolować amerykański system ustrojowy i teraz chce to samo osiągnąć na skalę globalną, by otworzyć sobie przestrzeń do arbitralnego, przemocowego działania w sytuacjach, które według niego uprawniają do używania siły, ponieważ służą jego interesom – mówi prof. Kuźniar. – To rewolucjonista, który wywraca stołek z kartami, patrzy, jak upadną i wtedy podniesie to, co będzie mu pasowało – dodaje amerykanista z Uniwersytetu Wrocławskiego, dr Karol Szulc.
Iran kolejnym celem Trumpa? „To przekaz dla świata: macie się mnie bać”
Nowy rok Trump rozpoczął atakiem na Wenezuelę i pojmaniem jej przywódcy Nicolasa Maduro oraz jego żony Cili Flores. Uderzenie nastąpiło po amerykańskiej kampanii nacisku na rząd Maduro, którego administracja Trumpa oskarża o zalewanie Stanów Zjednoczonych narkotykami i napływ wenezuelskich imigrantów do USA. Przywódca Wenezueli zarzucił z kolei Trumpowi wykorzystywanie wojny z narkotykami jako pretekstu do próby obalenia władzy w jego kraju i przejęcia ogromnych rezerw ropy naftowej.
Na fali sukcesu w Wenezueli Trump postanowił pójść za ciosem i rozwiązać kilka „konfliktów” w krótkim odstępie czasu. Jednym z nich jest Iran i rząd Ajatollahów. Prezydent USA od dawna publicznie domaga się zakończenia trwających od 37 lat rządów najwyższego przywódcy Alego Chameneiego. Jednak sytuacja Iranu i Wenezueli jest zupełnie inna, ponieważ Teheran z pewnością odpowiedziałby militarnie na atak, a Ameryka nie wyszłaby z tego bez szwanku.
– Trump zachowuje się jakby nie miał żadnych granic. Myśli, że wolno mu robić cokolwiek, aby przestraszać innych, a ci byli ulegli. Te demonstracje siły, które wykonuje, to jest przekaz dla świata: „macie się mnie bać”. Francis Fukuyama porównał ostatnio Trumpa do 10-latka, który znalazł w piwnicy u rodziców urządzenie do podpalania grilla i zorientował się, że przy jego pomocy może podpalać też inne rzeczy. Tu coś podpalił, tam wywołał pożar i to mu się zaczęło podobać – porównuje prof. Kuźniar.
Już raz USA bezprawnie zaatakowały Iran (w czerwcu ubiegłego roku), uderzając w trzy kluczowe obiekty jądrowe w kraju: Fordo, Natanz i Isfahan. Trump tłumaczył to wówczas powstrzymaniem zagrożenia nuklearnego ze strony Teheranu. Czy i tym razem dojdzie do ataku? – To jest infantylny gość, w związku z tym, czy on użyje siły tu czy tam, jest trudno spekulować – odpowiada prof. Kuźniar. – Jeżeli USA planują takie uderzenie, to potrzebują jeszcze trochę czasu na przygotowanie. Jednocześnie motywacja Amerykanów do ataku na Iran jest w tym momencie mniejsza, bo z tego co wiemy protesty ustały, więc moment, w którym atak miałby solidne podstawy, już minął – wyjaśnia amerykanista, dr Szulc.
Jednak samo zbombardowanie Iranu prawdopodobnie nie zmieniłoby reżimu, a jednocześnie mogłoby zniechęcić mieszkańców regionu do USA. Straszenie atakiem jest też grą psychologiczną, w którą często gra amerykański prezydent, obserwując, czy przeciwnik ulegnie presji, czy się sprzeciwi. USA nie wykluczają także pokojowego rozwiązania konfliktu, jednak zastrzegają, że potencjalna umowa musiałaby obejmować pozbycie się przez Iran całego wzbogaconego uranu, ograniczenie irańskich zapasów pocisków rakietowych dalekiego zasięgu oraz zmianę irańskiej polityki dotyczącej wspierania podmiotów proxy w regionie. Irańczycy zadeklarowali gotowość do rozmów, ale nie zasygnalizowali gotowości do zaakceptowania tych warunków.
Możliwe jest także, że Stany Zjednoczone szukają pretekstu, aby kolejny raz uderzyć w irański program jądrowy. Chociaż w czerwcu ubiegłego roku Donald Trump deklarował, że udało się go zniszczyć, to według źródeł agencji Reutera przed atakiem USA na ośrodek Fordo większość wzbogaconego uranu zostało wywiezione w inne miejsce. Dlatego amerykańscy urzędnicy podkreślają, że możliwość uderzenia „jest wciąż na stole”, a Trump kumuluje siły w regionie, o czym świadczy wysłanie tam grupy uderzeniowej.
Trudno przewidzieć dalsze posunięcia amerykańskiego przywódcy w regionie, ponieważ nawet w jego otoczeniu nie ma jednomyślności co do ataku na Iran. Część doradców naciska na ukaranie reżimu, podczas gdy inni twierdzą, że nie przyniesie to żadnych korzyści Stanom Zjednoczonym. Jak zaznacza ekspert ds. polityki międzynarodowej, „chociaż z jednej strony Trump jest impulsywny, śmieszny, czasem straszny, to stoi za nim bardzo precyzyjnie przemyślana strategia”. – Jest chaotyczny, ale jest też przedstawicielem wielkich sił politycznych i biznesowych, które w tej chwili rządzą Ameryką i przekształcają ją w państwo autorytarne i przemocowe. Widzimy to chociażby w ostatnich działaniach funkcjonariuszy ICE, którzy mordują niewinnych ludzi. Podobnie jest w stosunkach zewnętrznych, gdzie Trump używa siły, aby zrealizować amerykańskie interesy. Tam, gdzie świat się przestraszy, cofnie, tam wchodzą USA, a tam, gdzie stawi im czoła – jak w Grenlandii – Trump spotyka się ze ścianą i się cofa – wyjaśnia prof. Kuźniar.
Co dalej z Grenlandią? „To nie koniec historii”
Trump upatrzył sobie Grenlandię jako jeden ze swoich celów już podczas pierwszej kadencji. Pomysł ten podsunął mu w 2018 roku jego bliski przyjaciel, dziedzic potężnej firmy kosmetycznej Estee Lauder, Ronald Lauder, który według doniesień „The Guardian” dużo inwestuje w biznesy na wyspie. Wygląda na to, że interesy przyjaciela Trumpa współgrają z ruchami politycznymi amerykańskiego prezydenta. Oficjalnym powodem chęci przejęcia wyspy jest rzekome bezpieczeństwo USA. Według Trumpa jeżeli nie zrobią tego Stany Zjednoczone, Grenlandia trafi w ręce Chin lub Rosji.
– Wszystkie te opowieści, dlaczego Trump potrzebuje Grenlandii, to kompletne brednie – ocenia prof. Roman Kuźniar. Prawdziwym powodem jest skarbnica metali ziem rzadkich, jaka kryje się pod lodem, które są niezbędne do rozwoju sztucznej inteligencji, zaawansowanej broni i nowoczesnych technologii. Według Polskiego Instytutu Ekonomicznego wartość możliwych do zagospodarowania w obecnych warunkach zasobów Grenlandii ocenia się na około 186 mld dol., a wszystkie bogactwa wyspy szacuje się na 4,4 bln dol.
W przypadku Grenlandii Trump ponownie sięgnął po swoją ulubioną broń – zastraszanie. Państwom europejskim, które mu się sprzeciwiły, wysyłając na Grenlandię swoich żołnierzy, zagroził potężnymi cłami. – Ostatecznie to Amerykanie się cofnęli, ponieważ obawiali się, że cała ta awantura źle się dla nich skończy w sensie gospodarczym. Oni wiedzieli, że przelicytowali, musieli się cofnąć – wyjaśnia politolog. Według gen. Romana Polko Stany Zjednoczone mogą wejść i zdobyć Grenlandię nawet bez jednego wystrzału, ale byłoby to działanie, które łamałoby kręgosłup amerykańskiej armii. – Dla niej najgorszą rzeczą na polu walki jest tzw. blue on blue, czyli bratobójczy ogień. Mam nadzieję, że jest to bariera nie do przekroczenia – mówi wojskowy.
Roszczenia Trumpa do Grenlandii zmalały po spotkaniu z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte. Wówczas Trump oświadczył, że nie użyje siły do zdobycia wyspy, informując, że razem z szefem sojuszu „stworzył ramy przyszłej umowy dotyczącej Grenlandii”. Niepokój opinii publicznej wzbudziły słowa amerykańskiego prezydenta o tym, że nowe porozumienie „da Ameryce wszystko, czego chce”. Jednym z rozważanych scenariuszy ma być przyznanie USA suwerenności nad bazami wojskowymi na wyspie. Możliwość tę odrzuciła ministra zasobów mineralnych Grenlandii Naaja Nathanielsen, twierdząc, że „oznaczałoby to rezygnację z suwerenności”. – Wszystko jest do dyskusji, z wyjątkiem naszej suwerenności – powiedziała w wywiadzie dla POLITICO.
Jednocześnie w rozmowach na temat Grenlandii w Davos nie uczestniczyli ani przedstawiciele wyspy, ani Danii, co wzbudziło obawy o to, że ramy porozumienia zostaną ustalone ponad ich głowami. Podczas spotkania Ruttego z Trumpem miał zostać omówiony plan renegocjacji paktu amerykańsko-duńskiego z 1951 roku dotyczącego Grenlandii. Traktat ten reguluje stacjonowanie wojsk amerykańskich na wyspie. Według doniesień brytyjskiego dziennika „Financial Times” przywódcy omówili także sposoby zwiększenia amerykańskich inwestycji na wyspie i możliwości potencjalnego prawa weta USA wobec rosyjskich i chińskich inwestycji na tym terytorium. Trump miał zażądać też usunięcia z umowy wszelkich ograniczeń dotyczących obecności wojskowej USA na Grenlandii.
Jednak zdaniem prof. Kuźniara rozmowy nie wykraczały poza to, co jest już zapisane w umowie. – Mark Rutte po prostu uświadomił Trumpowi, że przeholował. Straszył, ale kiedy Europa się nie przestraszyła, to się cofnął. Domyślam się, że to nie jest koniec historii, że Trump będzie wracał do Grenlandii na różne sposoby, dlatego Europejczycy muszą być czujni – ostrzega politolog. Według amerykanisty dr. Szulca Trump zrozumiał, że nie osiągnie swoich celów na wyspie, w związku z czym ogłosi wszystkim, że od początku walczył o co innego. – Taką narrację sprzedaje Amerykanom od lat – dodaje. Amerykański prezydent słynie z przekuwania wszystkiego we własny sukces. – On jeszcze za nic nie przeprosił, nie przyznał się do do żadnej porażki – zaznacza gen. Polko.
„Tę prezydenturę trzeba po prostu przetrwać”
Jak więc obchodzić się z prezydentem jednego z najpotężniejszych państw na świecie, który – jak mówi gen. Polko – zachowuje się jak „duże, rozkapryszone dziecko z wybujałym ego”? Wielu przywódców nauczyło się rozmawiać z Trumpem tak, aby go nie urazić i osiągać swoje cele. – Oni wiedzą, że muszą przełknąć różnego rodzaju upokorzenia, bo tę prezydenturę trzeba po prostu przetrwać, nie można dać się sprowokować – mówi prof. Kuźniar. – Wokół Trumpa trzeba tańczyć jak wokół zbuka, żeby skorupki nie zbić, bo wtedy może rzeczywiście być nieprzyjemny zapach – dodaje gen. Polko. Jednak w tym przypadku „nieprzyjemnym zapachem” może być kolejny krwawy konflikt.
– Kluczowe jest to, aby zewrzeć razem szeregi i utrzymać Stany Zjednoczone w rodzinie demokratycznych państw – podkreśla wojskowy. Takiego samego zdania jest prof. Roman Kuźniar. Zaznacza jednak, że nie można traktować prezydenta Stanów Zjednoczonych niepoważnie, ponieważ jest to potężne państwo z armią, która dysponuje arsenałem nuklearnym. Amerykanista z Uniwersytetu Wrocławskiego twierdzi, że wobec Trumpa trzeba być stanowczym i asertywnym. – Zadziałało to po Alasce, gdy Trump chciał się wycofać ze wsparcia Ukrainy, zadziałało też przy Grenlandii, kiedy cały Zachód powiedział mu „stop” i on się zatrzymał. W tej kwestii Trump przypomina Putina – potrafi być silny, ale tylko wobec słabych – wyjaśnia dr Szulc.
„To bardzo niebezpieczne dla Polski”
O ile Europa gra do jednej bramki i wydaje się, że w obliczu kolejnych wybryków Trumpa potrafi się zjednoczyć, tak w Polsce kwestia ta tworzy jeszcze większe podziały. Obóz rządzący z ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim i premierem Donaldem Tuskiem na czele przyjął bardziej stanowczą postawę wobec Trumpa, z kolei prezydent Karol Nawrocki i jego środowisko boją się sprzeciwić amerykańskiemu przywódcy.
Przykładem tego jest reakcja na ostatnie skandaliczne słowa Trumpa o znikomym wkładzie żołnierzy NATO w wojnę w Afganistanie. Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty ocenił, że Trump „odniósł się w sposób pogardliwy w stosunku do żołnierzy innych, niż amerykańscy”. Podobnie zareagował premier Donald Tusk czy minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz. Z kolei prezydent Nawrocki tłumaczył Trumpa, twierdząc, że ten z pewnością nie miał na myśli Polski.
– Polscy politycy po raz kolejny zamiast skupić się na zwróceniu uwagi Trumpowi, poprzestali na wewnętrznym sporze o to, kto ma rację. Powinniśmy wywalczyć to, aby prezydent USA podziękował nam za bezwarunkowe wsparcie. Skoro Nawrocki wziął na siebie obowiązek kontaktów ze Stanami Zjednoczonymi, to powinien zareagować na te haniebne słowa. Nie można udawać, że pada deszcz, gdy na nas plują – komentuje sprawę gen. Roman Polko.
Zdaniem prof. Kuźniara polityka opozycji to kapitulacja przed Trumpem, a wręcz działanie na szkodę Polski. – Politycy tacy jak Nawrocki czy Kaczyński wykazują cielęcy proamerykanizm – naiwną wiarę w to, że Trump się im odwdzięczy, wzmacniając wpływy prawicy w Polsce. Próbują wykorzystać swoje kontakty z Trumpem do powrotu do władzy. To bardzo niebezpieczne dla Polski, ponieważ mamy do czynienia z nadrzędnością interesów partyjnych nad interesami państwa – mówi ekspert.
Donald Trump zraził do siebie europejskich przywódców nie tylko groźbami celnymi, ale także imperialistycznymi zapędami, które zdają się coraz dalej idące. Jednak czy uda mu się pogodzić tyle „konfliktów" na raz? – Absolutnie nie. Nie dali rady w Afganistanie, mimo że mieli wsparcie międzynarodowe, nie dali rady w Iraku i teraz też im się nie uda. W Wenezueli póki co Trump nie osiągnął nic konkretnego, z Grenlandii na razie też się wycofał, a cła przyniosły odwrotny skutek, niż sobie wyobrażał. Jednocześnie odsunął od Stanów Zjednoczonych Indie, które zbliżyły się do Chin i to samo robi z nami Europejczykami. Póki co nic mu się nie udaje – ocenia ostatnie działania Trumpa amerykanista, dr Karol Szulc.
Według gen. Polko ostatnie ruchy amerykańskiego prezydenta bardziej przypominają ryzykowne decyzje szaleńca niż przemyślaną strategię. – Odrzucając zachodni porządek świata i system wartości, który jest fundamentem bezpieczeństwa, Trump niewiele się różni od dyktatorów, którymi się fascynuje. Dowodem na to jest fakt, że wyciągnął z izolacji politycznej tego bandytę, Putina – zauważa wojskowy. Zresztą przyjmuje podobny do swojego rosyjskiego odpowiednika styl rządzenia, nagradzając w swoim otoczeniu każdego, kto go poprze, a besztając tych, którzy mu się sprzeciwią. Jednak według dr. Szulca taki model rządzenia nie pozwoli Trumpowi utrzymać się przy władzy. – Probierzem w tej sprawie będą wybory listopadowe – dodaje.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET