Cała prawda o „białym złocie”. Czy lit to druga ropa?
Amerykanie odkryli właśnie drugie „gigantyczne” złoże litu. Twierdzą, że dzięki temu uniezależnią się od Chin. Czy to element gry politycznej, czy też niebywałe szczęście w niespokojnych czasach – zapytaliśmy Łukasza Bednarskiego, autora książki „Lit: złoto przyszłości”.
O co chodzi z litem? To faktycznie „białe złoto” czy może chwilowy trend?
Łukasz Bednarski: To zależy, czy wierzymy w przejście na samochody elektryczne. Wiele osób mówi, że to jednak będzie wodór, ale patrząc przez pryzmat głębszych badań, to technologia bateryjna jest znacznie bardziej rozwinięta i ma większe szanse, żeby stać się standardem. Wytyczne unijne mówią, że od 2035 roku nie będziemy już mogli kupować nowych samochodów napędzanych konwencjonalnie. W Wielkiej Brytanii, która wyszła z Unii, też jest mowa o 2035 roku. Lit staje się w pewnym sensie nową ropą. Choć musimy pamiętać, że lit nie jest paliwem. Z paliwem jest tak, że się je wydobywa, a potem momentalnie spala. Natomiast litu nie będziemy tracić tak szybko. Bateria starcza na 10-15 lat, a są jeszcze jakieś możliwości recyklingu, gdzie może nie odzyska się całości, ale powiedzmy 30-40 procent.
Karty rozdają Chiny?
Łukasz Bednarski: I tak, i nie. Chiny są trzecim na świecie producentem litu, jeśli chodzi o lit wydobywany z ziemi i największym producentem, jeśli chodzi o lit rafinowany, czyli oczyszczony, używany w baterii jako chemikalium, ale największym wydobywcą ogółem jest Australia.
Kto jeszcze siedzi przy stoliku?
Łukasz Bednarski: Chile i Argentyna. Reszta wydobywa śladowe ilości.
Amerykanie „prężą muskuły”, mówiąc o drugim „gigantycznym złożu” odkrytym w ciągu kilku tygodni? Najpierw Kalifornia, teraz Pensylwania...
Łukasz Bednarki: Złóż litu nie brakuje. Jest ich naprawdę dużo – około 90 milionów zmapowanych depozytów na całym świecie. Natomiast od odkrycia złoża do momentu, gdy kopalnia zacznie produkować, mija najczęściej 10-12 lat. W ciągu najbliższej dekady Stany Zjednoczone raczej więc z tych złóż nie skorzystają.
Podobno jest jakiś problem z oczyszczaniem litu.
Łukasz Bednarski: Zbudować kopalnię i wydobyć lit to jedno, ale trzeba jeszcze ten surowiec przekształcić w chemikalium używane w bateriach. To się nazywa proces rafinacji. Czystość tego litu jest bardzo wysoka, powyżej 99,9 procent, a wszystkie zanieczyszczenia, takie jak śladowe ilości żelaza czy siarki, muszą być pod kontrolą. Jeśli chodzi o proces rafinacji, to 90 proc. mocy rafinacyjnych w skali globalnej znajduje się w Chinach. Amerykanie, żeby uniezależnić się od Chin w produkcji litu, muszą zbudować nie tylko kopalnie, ale i rafinerie. Koszt budowy kopalni to ok. 500 mln dolarów, rafinerii – podobnie.
Pod każdym artykułem dotyczącym litu pojawia się mnóstwo wątpliwości, czy „zielona energia” na pewno jest zielona. Koszt energetyczny produkcji baterii elektrycznej nie niweluje korzyści dla środowiska?
Łukasz Bednarski: W pewnym sensie tak. Żeby auto elektryczne miało mniejszy ślad węglowy od auta tradycyjnego, musi przejechać kilkadziesiąt tysięcy kilometrów. Natomiast warto spojrzeć też na inną rzecz. Samochód elektryczny nie emituje spalin, co jest istotne dla zdrowia.
W Polsce jest lit?
Łukasz Bednarski: Z tego, co mi wiadomo, to nie. Do tej pory lit nie był na radarze, dopiero od niedawna ludzie zaczęli o nim myśleć w kategoriach komercyjnych. Dotychczas używany był głównie w ceramice, w produkcji szkła, a śladowe ilości także w farmakologii. Na świecie jest obecnie około 100 kopalń litu w różnym stopniu zaawansowania – większość na samym początku. Myślę, że za 10-20 lat będą rozsiane równomiernie po całym świecie. Może ktoś się tym zainteresuje i spojrzy na jakieś stare mapy geologiczne także w Polsce.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET