"Powykręcane ręce, bolący bark i szarpanie". Młodzi skarżą policję za brutalność
Uczestnicy Młodzieżowego Strajku Klimatycznego skarżą się na brutalność policji podczas "Strajku dla przyszłości”. Ta zaprzecza. "Powykręcane ręce, bolący bark i szarpanie to nie jest brutalność? - pytają nastolatkowie, którzy zapowiadają pozwy do sądu.
Nastoletni uczestnicy "Strajku dla przyszłości" protestowali przed komisariatem w Krakowie przeciw brutalności policji. W rękach trzymali transparenty „Uwaga, policja kłamie”. Z nastolatkami, którzy zapowiedzieli pozwanie funkcjonariuszy, rozmawiała "Gazeta Wyborcza".
Kraków. Nastolatkowie skarżą się na policję. "To była próba zastraszenia"
Ulicami Krakowa w minioną środę przemaszerował "Strajk dla przyszłości", którego uczestnicy chcieli przypomnieć, że katastrofa klimatyczna jest realna. Kilkudziesięciu manifestantów zostało otoczonych przez policjantów. "Kilka osób siłą wyciągnięto z tłumu i wciągnięto do policyjnych furgonetek. Spisano 145 z 200 obecnych na proteście osób. 95 proc. tych wylegitymowań skończyło się na wniosku policji o ukaranie do sądu" - informuje "Gazeta Wyborcza".
Wśród uczestników przemarszu było troje nastolatków z Krakowa: Weronika, Kinga i Piotr. Uważają, że policja mija się z prawdą, przedstawiając swoją wersję wydarzeń i oskarżają ją o wyjątkową brutalność. Weronika weszła na radiowóz, żeby uniknąć stratowania przez tłum. Jak twierdzi, miała zostać zepchnięta z maski samochodu przez jednego z policjantów. Nastolatka uważa, że negocjatorzy, z którymi młodzież była w kontakcie, zmieniali komunikaty. - Raz pozwalali nam przejść ulicą, a zaraz nie pozwalali wejść na chodnik - mówiła. Jak dodała, jeden z nastolatków miał zostać szarpany przez nieumundurowanych funkcjonariuszy. - Potem wyszarpywali pojedyncze osoby i wrzucali do furgonetek. Nie wiadomo, dlaczego - stwierdziła.
Z kolei przyjaciel Kingi, która na manifestacji dostała ataku paniki, może odpowiedzieć za znieważenie policjanta. Taki powód wylegitymowania się usłyszał od służb, mimo że - jak twierdzi nastolatka - nie kierował w ich kierunku żadnych niecenzuralnych słów. - Nasza święta krakowska policja tydzień temu udowodniła, ze niczym nie różni się od swoich kolegów z Warszawy - mówiła w rozmowie z "GW". Dziewczyna podkreśliła, że wychodząc na miasto, nie rozstaje się teraz z mleczkiem magnezowym, które ma ulżyć w bólu po ataku gazem pieprzowym. - Policja twierdzi, że nie było żadnej brutalności. Powykręcane ręce, bolący bark i szarpanie to nie jest brutalność? - pytała.
Piotr, chłopak Kingi, został zaciągnięty do radiowozu przez policjantów, którzy trzymali go mocno za szyję. - Nie mam wątpliwości, że była to próba zastraszenia. Ale my się nie boimy. Będziemy dochodzić swoich praw w sądzie - oświadczył i dodał, że złoży skargę na pracę policji.
Policja w oświadczeniu przesłanym krakowskiej redakcji "GW" twierdzi, że funkcjonariusze nie byli brutalni, ale że to młodzi demonstranci byli wrogo i wulgarnie nastawieni do nich. "Policjanci, korzystając ze swoich uprawnień, zastosowali środki przymusu bezpośredniego w postaci siły fizycznej, a konkretnie chwytów. Nie było w tym żadnej »brutalności«, policjanci nie byli agresywni, stosowano przewidziane prawem środki” - czytamy w komunikacie służb, cytowanym przez gazetę.
RadioZET.pl/"Gazeta Wyborcza"
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET