Zamknij

Obgadywanie, wyzywanie, kłótnie. Co się dzieje za drzwiami pokoju nauczycielskiego?

21.11.2022 08:10

Michał nie dbał o rankingi, postawił na uczniów. Spędzał z nimi przerwy, dużo rozmawiał. Szybko stał się ich ulubionym nauczycielem. I najmniej lubianym w pokoju nauczycielskim. Gdy Anna zaczęła wygrywać olimpiady z uczniami, druga nauczycielka zaczęła pisać na nią skargi. Do Pawła już mało kto się odzywa w pokoju. Chciał coś zmienić w szkole i zupełnie inaczej pracować z uczniami. - Nauczyciele odchodzą z zawodu nie tylko przez zarobki. Drugi powód to atmosfera w pokoju – przyznają.

Pokój nauczycielski (zdjęcie poglądowe)
fot. PIOTR KAMIONKA/REPORTER

Michała, nauczyciela geografii, pokój przyjął neutralnie, z czasem zaczęły się schody. Liceum było nastawione na rankingi, on – na dobro ucznia. - Uczniowie w szkole przebywają ponad 30 godzin tygodniowo. Do tego jeszcze korepetycje, zajęcia dodatkowe, często rozwijanie niespełnionych marzeń rodziców. Wszystko to doprowadza młodzież i dzieci do zaburzeń odżywiania, depresji – mówi.

Chciał pomóc swoim uczniom, był zawsze dla nich dostępny. Uważał, że nauczyciel i uczeń powinni tworzyć wspólny świat, a nie dzielić się na dwie grupy. Poza tym wciąż powtarzał, że nauczanie formułek, dat, postaci mija się z celem, bo taka wiedza nikomu nigdy się nie przyda. - Potrzebni są nauczyciele i władze szkół, które realizowałyby nie tylko zadania edukacyjne, ale też wychowawcze. Szkoła to drugi dom dla dziecka, powinno ono znaleźć tu wsparcie, pomoc w zmaganiu się z problemami także pozaszkolnymi – podkreślał, czym również nie zaskarbił sobie sympatii wśród kadry.

Uczniowie za to często przychodzili do Michała. Spędzali z nim przerwy na rozmowach. Michał stał się jednym z ulubionych nauczycieli nastolatków. - I jednym z najmniej lubianych w pokoju nauczycielskim – dodaje od razu. - Część kadry, by mieć dobre relacje ze współpracownikami, miała gdzieś uczniów. Ci, którzy postawili na uczniów, byli dystansowani przez pozostałych – mówi o sytuacji w gronie pedagogicznym.

W pokoju nauczycielskim panowały więc, lekko mówiąc, napięte stosunki. - Obgadywanie, rozmowy za plecami, albo cisza, gdy wchodzę do pokoju. Potem skargi do dyrekcji, np. że nie realizuję podstawy programowej, tylko zajmuję się czymś innym – wylicza Michał. Jeszcze gorsze, jego zdaniem, było nastawianie uczniów i rodziców przeciwko lubianemu nauczycielowi. Trwało to kilka lat.

Mobbing w szkole na porządku dziennym

U Anny zaczęło się od sukcesu – miała dwóch olimpijczyków z polskiego. Sukces – wbrew pozorom – był początkiem porażki. Koleżanka zaczęła na nią donosić do dyrekcji. A to, że Anna nie realizuje listy lektur, a to, że uczniowie nie zdadzą matury. - Zazdrosna. Była uważana za najlepszą polonistkę w szkole, a to ja miałam olimpijczyków – tłumaczy Anna. Niestety, potem skargi dotarły do rodziców, którzy zażądali spotkania z obawy, że będą problemy z maturą. - Przygotowywałam się do niego tydzień. Niczym mnie nie zagięli. Niektórzy nawet potem przeprosili za zamieszanie, ale stres był ogromny – wspomina Anna.

W kolejnym roku szkolnym liceum zatrudniło młodego anglistę. Miał świetne pomysły na pracę z młodzieżą. Od razu z Anną złapał kontakt. I w zasadzie tylko z nią. W ich „obozie” był jeszcze wuefista. - Pozostali? Dołączyli do koleżanki polonistki. Zamiast ruszyć się do pracy, bali się, że od nich też będzie się czegoś więcej wymagać – opowiada. Zaznacza, że sama ma 20-letni staż w szkole, więc też mogłaby osiąść na laurach i odliczać do emerytury.

Atmosfera zrobiła się gęsta. - Jak któreś z nas wchodziło do pokoju, zapadała cisza. Albo gadali za plecami. Parę razy nawet było tak, że siadałam przy stole, a ktoś przesiadał się dwa krzesła dalej. To już nasi licealiści zachowywali się dojrzalej – wspomina. W końcu do pokoju nauczycielskiego prawie nie schodzili. Siedzieli w pokoju wuefistów. Co na to dyrektor? - Doskonale o tym wiedział, ale podziały były mu na rękę. Łatwiej taką grupą sterować - ocenia Anna.

Dla Adama, nauczyciela niemieckiego i wiedzy o społeczeństwie, momentem przełomowym były wybory prezydenckie. On zachęcał młodzież po prostu do oddania głosu, tłumaczył zasady, a inny nauczyciel zaczął wprost prowadzić agitację wyborczą. Łącznie z głoszeniem nacjonalistycznych i antyfeministycznych haseł. Uczniowie wychodzili mocno pogubieni po jego lekcjach, nieraz nawet płakali, gdy spróbowali się sprzeciwić i powiedzieć o swoich poglądach. - Dyrektor nie reagował – wspomina Adam. Po interwencji rodziców nauczyciel uspokoił się, a Adam został czarną owcą. - Bo tamten to taki fajny chłopak, pracował tu od zawsze, po prostu żartuje, a ja jestem nowy, młody i robię we własne gniazdo – opowiada, co nieraz słyszał.

Oprócz tego już wcześniej nie ukrywał, że uwielbia swoją klasę (uważaną za najgorszą w szkole). Udało mu się z nią porozumieć. W przeciwieństwie do innych, starszych nauczycieli. Z niecierpliwością wyczekiwał końca roku szkolnego. - Wchodziłem do pokoju, to większość kadry odwracała wzrok. Albo w ogóle wychodziła z pokoju – mówi. Przez ostatnie tygodnie czerwca już nie wytrzymywał. Poszedł na zwolnienie lekarskie i odszedł ze szkoły.

- Zarobki owszem wpływają na to, że tak dużo ludzi odchodzi z zawodu. Ale drugi powód to atmosfera w pokoju. Media nie chcą o tym rozmawiać, żeby nie psuć wizerunku nauczycieli, bo walczymy o podwyżki. Tylko trzeba w końcu powiedzieć o tym na głos. Polska szkoła jest okropna. Na porządku dziennym jest mobbing. Dyrektor wobec nauczycieli i nauczyciele między sobą – stwierdza Adam. - Problemem nie jest wbrew pozorom MEiN, kuratorium, podstawa programowa. Największym problemem jest dyrekcja szkół oraz nauczyciele – potwierdza Michał.

Zazdrość o ucznia, pieniądze...

We wszystkich historiach powtarza się jedno hasło: zazdrość. O uczniów i o popularność w szkole, tak jak u Michała. O sukcesy, tak jak u Anny. Ale też o plan lekcji, kto ma lepszy, kto gorszy. I o pieniądze. Konkretnie o dodatek motywacyjny, bo jest on uznaniowy. Decyduje o nim dyrekcja. - O 100 zł są takie walki i podgryzanie się, że to jest niemożliwe. Wysokość tych kwot nie jest jawna, ale wiadomo, że nauczyciele plotkują, więc wiedzą, kto ile ma – opowiada Adam.

I co wtedy? Obgadywanie, krytykowanie, kłótnie – to wszystko, jak opowiadają nam nauczyciele, jest na porządku dziennym w wielu pokojach nauczycielskich. - Żrą się między sobą. Nie mówią sobie dzień dobry, albo wyzywają się od kapusiów, pedałów. Takie teksty lecą w pokoju nauczycielskim. Ludzie wykształceni, po studiach, a zachowują się jak uczniowie – opowiada Adam.

- I nie daj Boże pojawić się w telewizji – dodaje Paweł, polonista. Gdy zmieniono listę lektur, głośno komentował nietrafione zmiany. Media to podchwyciły. Potem nieraz proszono go o skomentowanie lex Czarnek albo innych pomysłów ministra. - Usłyszałem parę razy za plecami, o to ten, co się tak promuje. Albo niektórzy w oczy rzucali uwagi, czy ja uczę, czy się pokazuję? Odpowiadałem też w oczy, że pracuję na 1,5 etatu, mam wychowawstwo i z każdego wypracowania, klasówki wystawiam ocenę kształtującą, której im się nie chce pisać – opowiada.

Wielu też ironizowało na temat jego metod nauki, np. stawia na pracę w zespołach, więc poprzestawiał ławki w klasie. Przez wrzesień nie stawia też jedynek. - Dogadywali mi, zobaczysz, jak będą ściągać. Albo że mi wejdą na głowę. Niczego takiego nie zauważyłem – mówi. Wręcz przeciwnie. Uczniowie przychodzą i opowiadają mu, kto się w kim zakochał, kto się z kim pokłócił. - Znów słyszę, że odbiera mi to autorytet. A ja uważam, że jest zupełnie na odwrót. Młodzież jeszcze bardziej mniej szanuje – mówi. Rodzice także. Parę razy dostał maile z podziękowaniem od mamy czy taty ucznia, gdy udało mu się pomóc im wychowawczo.

Chociaż wtedy czuje zazdrość o sympatię rodziców. Potrzeba dużo samozaparcia, żeby to wytrwać. - Przychodzi ktoś młody do szkoły, chce coś zmienić, ma super pomysły, ale szybko dostaje po nosie od starszej kadry, której się po prostu już nie chce. Albo zaczynasz krakać tak jak ona, albo frustrujesz się i odchodzisz – to częsty scenariusz, który obserwuje Paweł i Adam.

Nauczyciele wiedzą najlepiej

- Z drugiej strony nauczyciele zawsze wszystko wiedzą najlepiej. Trudno przychodzi im przyznanie się do tego, że czegoś nie wiedzą – dodaje Ola, która przez pięć lat pracowała w szkole w klasach 1-3. Sama zresztą u siebie zauważyła takie objawy. - Przyjaciółki, gdy o czymś dyskutowałyśmy, zwracały mi uwagę, że w ogóle nie biorę pod uwagę ich argumentów. Gdy coś tłumaczyłam mężowi, to odpowiadał, żebym nie mówiła do niego jak do dzieci – wspomina. Wtedy zdała sobie sprawę z tego, że szkoła, która powinna być miejscem pracy, stała się sposobem na życie, to nie było dobre.

Według Oli najbardziej toksyczne pod tym względem są jednak fora dla nauczycieli. - Na jednym kiedyś zastanawialiśmy się, jak rozwiązać zadanie, bo polecenie było niejasne, nie wiadomo było, o co chodzi. Od razu pojawiły się komentarze: to nie wiecie, a to nie wzięliście tego pod uwagę? Nie ma pomocy, tylko zwracanie uwagi i wytykanie błędów – mówi. Zresztą pamięta, jak na jednym z takich forów jej koleżanka napisała, że zaczęła chorować na depresję przez pracę. Pod jej wpisem posypała się lawina komentarzy. - Każdy miał najlepszą radę, często w ogóle nie na temat. Wszyscy nagle byli psychiatriami – opowiada.

Z drugiej strony co chwila widzi wpisy z pytaniami typu: czy muszę brać udział w szkoleniu, które dyrektor zorganizował wieczorem. Albo że dyrekcja dowolnie zmienia sobie termin rady pedagogicznej, chociaż wcześniej był ustalony dzień tygodnia i co można z tym zrobić? - Widać, jak duża jest nieznajomość przepisów i jak łatwo się wierzy temu, co ktoś napisze, powie. Nie sprawdza się u źródła. Poza pracą pouczamy innych, a w szkole siedzimy cicho. Czy ktokolwiek oficjalnie zgłosił dyrekcji, że nie może w takiej radzie uczestniczyć, czy zgłosił łamanie prawa pracy organowi prowadzącemu, inspekcji pracy? Jestem przekonana, że nie – mówi. Najbardziej martwi ją to, że obserwują to uczniowie i potem postępują podobnie w życiu.

Od lat mówi się o braku solidarności w tym zawodzie. Zwłaszcza pokazał to strajk w 2019 roku. - O tych co nie strajkowali mówiło się łamistrajki. Obgadywano ich, więc w sumie jak czuć się solidarnym z taką grupą, która cię obgaduje? - zastanawia się Adam. Od razu zaznacza, że on strajkował, ale z tymi, którzy się na to nie zdecydowali, miał ochotę porozmawiać, dowiedzieć się, skąd taka decyzja, a nie wytykać ich palcami. Podobne mało solidarne zachowania widać przy okazji każdej wycieczki szkolnej. Najpierw padają pytania o płatne nadgodziny. - Potem każdy pogada pod nosem, jedna osoba się nie zgodzi, a reszta i tak jedzie bez dodatkowej wypłaty – opowiada Ola.

Mobbing w białych rękawiczkach

Nauczyciele nieraz doświadczają też mobbingu ze strony dyrekcji. Zazwyczaj, jak mówią, jest wykonywany w białych rękawiczkach. Np. ktoś mimo osiągnięć nie dostaje dodatku motywacyjnego. Jak udowodnić, że powinien dostać? - Nie da się, nie ma podstaw, bo to dodatek uznaniowy, dyrekcja nie musi podawać oficjalnych powodów – mówi Adam. Plan też tak można ułożyć, żeby ktoś miał zmarnowany dzień. - Np. piątki dostałem takie, że przychodziłem na godz. 8, miałem lekcję, okienko, lekcję, okienko i dwie godziny lekcji. Kończyłem przed 17, chociaż mogłem wyjść po czterech godzinach ze szkoły – wspomina Adam.

Anna prawdziwe kłody pod nogi z planem lekcji miała rzucane, gdy zamarzył się jej doktorat. Najpierw niespodziewanie dostała zmniejszony etat, do trzech czwartych. - Nie prosiłam o to, ale dyrektor tłumaczył, że w ten sposób pomaga mi w karierze naukowej. Tak naprawdę uciął mi po prostu wypłatę – opowiada. Zgłosiła wcześniej, że w czwartki będzie mieć zajęcia na uczelni, więc poprosiła o dzień bez lekcji lub o poranne godziny pracy. Na uczelnię musiała dojechać do Krakowa, to godzina drogi z jej szkoły. - Dostałam lekcje do godz. 13.30. Pod koniec lekcji czasem już siedziałam w płaszczu, żeby szybko wybiec i zdążyć na busa – wspomina.

W piątek z kolei zaczynała o 7 rano. - Znów chyba zazdrość. Dyrektor nie chciał, żeby podwładna miała wyższy stopień naukowy niż on, a sam nie robił nic, żeby się rozwijać – stwierdza. Na niemal każdej radzie była wytykana palcami, że czegoś nie zrobiła, a to brak sprawozdania, a to brak odpowiedzi na maila.

Ola nie pamięta konkretnej sytuacji, gdy podpadła dyrektorowi, chociaż nie ukrywa, że była tą, która często i na głos krytykowała decyzje kierownictwa. Bardzo dobrze zna więc pisanie sprawozdań za karę. - Dostawaliśmy ich dziesiątki. W kolejnych były te same punkty do wyjaśnienia tylko w innej kolejności. To znaczy, że nikt nie czytał tego, co ja piszę po nocach. Czułam, że ktoś robi ze mnie wariata. Mówiłam o tym głośno - opowiada. Dyrektor zlecił jej więc pisanie protokołów z zebrań kolejnych zespołów. W pewnym momencie miała 20 rzeczy na głowie, a ktoś nic. - To było irytujące – wspomina.

Szkoła jak korporacja

Zdaniem dr Joanny Leek z Wydziału Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Łódzkiego problem zaczyna się już od zwykłego wyglądu pokoju nauczycielskiego. Bo jak zazwyczaj wygląda? Ma klamkę, najczęściej tylko od środka, więc uczeń nie może wejść. Przez drzwi nie widać, co lub kto jest w środku. - Często widzimy też kartkę typu: wstęp tylko dla nauczycieli, a uczniowie są proszeni, żeby dzwonić. Pokój nauczycielski już przez sam wygląd jest nieprzyjazny i źle kojarzony przez uczniów – wyjaśnia ekspertka. Ale wpływa też na nauczycieli.

Dr Leek źródło konfliktów, spięć i niesnasek w gronie pedagogicznym widzi w kulturze nieufności, która funkcjonuje w polskiej edukacji i jest spadkiem po autorytarnym systemie oświaty w Polsce, który zaczyna się już od ministerstwa. Sama prowadzi właśnie grant badawczy, w ramach którego wraz z zespołem odwiedza pokoje nauczycielskie m.in. w szkołach, które przyjęły program międzynarodowy. - Nauczyciele pracujący w tym systemie mówią, że dla nich największą różnicą jest to, że odeszli od kultury nieufności na rzecz włączającego pokoju nauczycielskiego. Uczą się od siebie nawzajem, współpracują, to zupełnie inna kultura pracy – opowiada.

Do tego dochodzi silna wymiana pokoleniowa. - W szkole są emeryci, bo nie ma kto uczyć i młodzi pasjonaci zaraz po studiach. Często nie ma tego środka, łącznika – mówi ekspertka. I działa tu zamknięte koło: młodych nie ma, bo nawet jeśli przyjdą, to zniechęceni przez dużo starszych kolegów, odchodzą. Zostają więc ci starsi.

Skąd tyle zazdrości? Natura ludzka. Ale oprócz tego według ekspertki neoliberalizm, który widzimy w korporacjach, przechodzi na inne obszary życia społecznego. Wchodzi do różnych instytucji, także do szkoły. - Słyszymy od pracujących w korporacjach o wzajemnym kopaniu dołków, donoszeniu. Na szczeblu szkoły mamy dokładnie to samo. Być może szkoła staje się korporacją? - zastanawia się dr Leek.

Jednym jednak się różni. Często przez wiele lat pracuje tam jedna grupa osób i to zazwyczaj niewielka - maksymalnie kilkadziesiąt osób. Wtedy o konflikty łatwiej. - Badania pokazują, że po 15 latach pracy, zwłaszcza w jednym miejscu, jest silny syndrom wypalenia zawodowego – dodaje ekspertka. Zmiana środowiska, pojawienie się nowych osób wnosi świeżość, inne spojrzenie.

Nauczyciele dodają, że liczne konflikty w środowisku biorą się z frustracji, a frustracja z braku docenienia, finansowego i nie tylko. Czasem pomogłoby pochwalenie za zaangażowanie od dyrekcji czy rodziców. Zamiast tego jest ogromna presja na wyniki np. z matury. - Gdy przychodzą na koniec roku, na radzie jest najebka. Pytają cię na forum: co pan zrobił, żeby uczeń zdał. Potem trzeba pisać plan naprawczy, więc znów dochodzą kolejne obowiązki i frustracja, bo po uczniu, który nie zdał, zazwyczaj to spływa – mówi Adam.

Gramy do jednej bramki

Wpływ na atmosferę, jaka panuje w pokoju nauczycielskim, na pewno ma dyrekcja. - Donosy były zawsze i tego nie unikniemy, pytanie czy dyrektor na nie przesadnie nie reaguje – mówi naukowczyni z UŁ. Od kierownictwa głównie zależy tworzenie wspólnoty i poczucia, że gramy do jednej bramki. Dyrektor powinien być liderem, menadżerem. - A rada pedagogiczna zespołem. Powinna mieć wspólną wizję rozwoju. Ważne jest podzielenie odpowiedzialności, to znaczy każdy nauczyciel powinien dostać swój obszar, za który jest odpowiedzialny. To ludzi upełnomocnia. Daje poczucie, że mają na coś wpływ i są ważni, to działa na samopoczucie i podejście do pracy.

Doświadczył tego Michał, geograf. Miał moment, że mocno zastanawiał się nad odejściem z zawodu. - Nie z powodu, że nie lubiłem swojej pracy, bo uczniów i pracę z nimi kocham. Byłem zmęczony fizycznie i psychicznie relacjami pomiędzy nauczycielami – mówi.

Został tylko dla uczniów. - Wiem, że jestem im potrzebny i czuję się doceniany przez nich. Zresztą nawet kiedyś coś im wspomniałem, że myślę o odejściu i to oni mnie zatrzymali. Młodzież to świetni ludzie, jestem pod ich wrażeniem – mówi. Nie tylko oni. Miał szczęście, dyrekcja stanęła na wysokości zadania. Organizowała wiele rozmów, spotkań, próbowała rozwiązać konflikty. W końcu postawiła na tych, którzy pracują z uczniami, a nie dla rankingów. - Odżyłem, poprawiło się – mówi Michał.

Adam z kolei znalazł pracę w dużej firmie logistycznej i ani myśli wracać do szkoły. W liceum Anny młody anglista zaczął chorować na depresję i zwolnił się. Wuefista przeszedł do szkoły sportowej i tam się rozwija. Anna poszła na urlop dla poratowania zdrowia. Czy wróci? Jeszcze nie wie.

Ola pracuje nadal z dziećmi, ale już nie w szkole. - Gdy tak ciągle narzekałam na niesprawiedliwy podział obowiązków, mąż w końcu mi powiedział: gdy boli cię ząb, wyrwij go albo idź do dentysty. A nie narzekaj, że boli. Zmobilizował mnie – mówi. Nie ukrywa, że gdyby nie dyrekcja, pewnie jeszcze pracowałaby w szkole.

Paweł o odejściu nawet nie myśli. - Mam poparcie dyrekcji dla wszystkich moich szalonych pomysłów. Zresztą jak wchodzę do klasy i widzę uśmiechnięte twarze, to widzę, że to działa. Robię swoje, na razie – mówi.

Zmieniłam imiona niektórych bohaterów tekstu.

loader

RadioZET.pl