Alarm w Lublinie. Urzędnicy poszli do parku, uczniowie zostali na boisku. Ekspert w szoku
Pracownicy Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego po usłyszeniu syren alarmowych przeszli do pobliskiego Ogrodu Saskiego, mimo że w budynku jest schron. W niektórych szkołach z ewakuacją też były problemy. Uczniów prowadzono do sali gimnastycznej lub zostawiano na szkolnym boisku. Jedna z dyrektorek napisała do rodziców, żeby zabrali dzieci do domu.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego ewakuacja na Lubelszczyźnie była chaotyczna?
- Jakie były błędy w stosowaniu Poradnika bezpieczeństwa?
- Co wpłynęło na decyzje urzędników w czasie alarmu?
- Które miejsca według ekspertów okazały się niewłaściwe do ewakuacji?
Czwartkowy (17 września) alert RCB o zagrożeniu atakiem z powietrzac zaskoczył wielu mieszkańców Lubelszczyzny i Podkarpacia. Przed południem zawyły też syreny alarmowe. Miało to związek ze zmasowanymi atakami Rosji na zachodnią Ukrainę. Wszystko działo się w środku dnia pracy i nauki. W wielu urzędach, firmach i szkołach zarządzono ewakuację. Scenariusze były diametralnie różne. I często sprzeczne z zaleceniami z „Poradnika bezpieczeństwa”.
Po uruchomieniu syren alarmowych pracownicy Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego wyszli z budynku przy ul. Spokojniej, w samym centrum miasta i przeszli do Ogrodu Saskiego. Tam czekali około godziny do odwołania alertu. - Nie za bardzo rozumiem skąd taka decyzja, skoro w podziemiach budynku jest schron. Ale takie dostaliśmy polecenie i wszyscy się do niego zastosowali. Problem w tym, że to niezgodne z instrukcjami z rządowego przecież „Poradnika bezpieczeństwa” – mówi RadioZET.pl jeden z urzędników wojewody lubelskiego.
Ewakuacja po alercie. Jedni na salę gimnastyczną, inni do domu
Różnie wyglądały też ewakuacje w lubelskich szkołach. W dużej części z nich uczniów sprowadzono do podziemi, gdzie znajdują się szatnie. Ale były też placówki, gdzie dzieciom kazano się udać do sal gimnastycznych, a nawet pozostać na terenach zielonych, np. na boisku szkolnym.
- Syna zabrano do sali gimnastycznej, która ma wielkie okna. W razie wybuchu odłamki szkła latałyby wszędzie. A przecież alert był jednoznaczny – znajdź bezpieczne miejsce. Czyli bez okien, z grubymi ścianami. Wertowałem później „Poradnik bezpieczeństwa” i tam jest to napisane wprost – mówi rodzic ucznia jednej z lubelskich podstawówek.
Tak postępowano w wielu placówkach w Lublinie, ale nie tylko. Podobne sygnały otrzymywaliśmy także z innych miejscowości województwa lubelskiego. Nauczyciele przyznawali, że dla niektórych dzieci sytuacja była bardzo stresująca, niektóre płakały.
Z kolei Iwona Wąsik, dyrektora Szkoły Podstawowej nr 50 w Lublinie dziennikiem elektronicznym przesłała wiadomość do rodziców: „Szanowni Państwo, w związku z potencjalnym zagrożeniem, proszę odebrać dzieci ze szkoły”. Potwierdza to jedna z mam: - Dostałam taką wiadomość, więc od razu przyjechałam. Dużo ludzi przyjeżdżało i zabierało dzieci. Przede wszystkim ze strachu. Dopiero później pomyślałam, że to bez sensu – mówi kobieta. W piątek próbowaliśmy się skontaktować z Iwoną Wąsik. Bez skutku. Rano nikt nie odbierał telefonu, po południu usłyszeliśmy, że dyrektorki już nie ma. I że atmosfera w szkole dziś była „dość nerwowa”.
W lubelskim ratuszu urzędnicy zaszli na najniższe kondygnacje. Z kolei w Urzędzie Marszałkowskim w Lublinie żadnej ewakuacji nie było.
Urzędnicy wojewody: Nie było informacji o bezpośrednim zagrożeniu
Wojewoda lubelski Krzysztof Komorski ( Koalicja Obywatelska) w czwartek po południu twierdził, że system zadziałał. Zarówno jeśli chodzi o syreny alarmowe, jak i ewakuację w wielu instytucjach. Gdy pytamy o to, dlaczego jego urzędnicy poszli do parku biuro prasowe Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego odpowiada, że nie była to typowa ewakuacja, a „opuszczenie przez część pracowników budynków Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego”. I że odbyły się zgodnie z procedurą.
„Ogród Saski jest miejscem określonym w procedurach Urzędu jako miejsce zbiórki w przypadku opuszczenia urzędu, przed dalszymi działaniami. Dodatkowo, Ogród Saski znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie budowli dysponujących miejscami ujętymi w wykazie punktów schronienia. Celem przemieszczenia się pracowników LUW do Ogrodu Saskiego było więc zgromadzenie ich w jednym miejscu, z którego w razie potrzeby byliby kierowani do punktów schronienia w sposób zorganizowany.” - tłumaczy Aneta Galek z biura prasowego LUW. Dodaje też, że cała procedura odbyła się zgodnie z wytycznymi MSWiA i MON zawartymi w „Poradniku bezpieczeństwa”.
Problem w tym, że biało-czerwona książeczka w przypadku zagrożenia z powietrza nakazuje szukanie schronienia w budynkach, a nie na otwartej przestrzeni. Gdy zwracamy na to uwagę urzędniczka doprecyzowuje: „Decyzja została podjęta na podstawie informacji dostępnych w tym czasie służbom wojewody i kierownictwu Urzędu, w szczególności informacji, że żaden obiekt stanowiący potencjalne zagrożenie nie przekroczył w tamtej chwili granicy państwowej. Nie mieliśmy zatem informacji o bezpośrednim zagrożeniu dla uderzenia w budynki LUW ani rejon centrum Lublina.”
Twierdzi też, że Ogród Saski nie został wskazany jako miejsce schronienia, a miejsce zbiórki po opuszczeniu budynku. „W chwili podejmowania decyzji dotyczącej pracowników LUW dostępne informacje nie wskazywały jednak na bezpośrednie zagrożenie atakiem na Lublin. Decyzje podejmowano na podstawie aktualnej wiedzy o sytuacji i z uwzględnieniem specyfiki oraz ograniczeń technicznych budynków Urzędu.” - dodaje.
Z kolei schron, o którym mówią pracownicy nie nadaje się do użytku. Wymaga generalnego remontu.
Prezydent Lublina Krzysztof Żuk (z lewej) i wojewoda lubelski Krzysztof Komorski (z prawej)
Prezydent Lublina: „Procedury zadziałały”. Ale będzie analiza
Także prezydent Lublina Krzysztof Żuk (Koalicja Obywatelska), któremu podlegają szkoły w mieście w czwartek po południu w portalach społecznościowych przekonywał, że wszystko zadziałało jak trzeba. „Od dłuższego czasu przygotowywane były procedury i plany działania w takiej sytuacji. Gdy dziś zaistniała zadziałały. Bardzo dziękuję za sprawność i odpowiedzialność w działaniu” – napisał.
Gdy podajemy przykłady wysyłania wiadomości o odebraniu dzieci, czy gromadzenia ich w salach gimnastycznych lub na otwartej przestrzeni Justyna Góźdź, rzeczniczka prezydenta ponownie przekonuje, że „System alarmowania zadziałał, a wdrożone procedury zostały uruchomione.”
W odpowiedzi na nasze pytania pisze, że pracownicy Urzędu Miasta Lublin gromadzili się na korytarzach, część na niższych kondygnacjach. A uczniowie szkół? Według rzeczniczki ewakuację dostosowywano do specyfiki konkretnych budynków. Uczniów kierowano do piwnic, podziemnych szatni czy korytarzy bez okien. „W kilku przypadkach dyrektor podjął decyzję, że bezpieczniej będzie opuścić budynek, na przykład ze względu na duże przeszklenia dachu czy ścian. W takich sytuacjach wykorzystano inne położone blisko miejsca, np. parkingi podziemne. To dyrektor, znając specyfikę swojej szkoły, oceniał sytuację i podejmował decyzję.” - tłumaczy Justyna Góźdź.
I dodaje: „Odnośnie działań podjętych przez szkołę SP 50 taka informacja oficjalnie do nas nie dotarła, opieramy się na doniesieniach medialnych. Będziemy ją oczywiście weryfikować.”
Władze miasta w przyszłym tygodniu mają też zorganizować spotkanie z dyrektorami szkół, na którym będzie analizowana sytuacja z czwartku. Także obszary wymagające usprawnienia.
Ekspert: Nie rozumiem dlaczego urzędnicy opuszczali budynek
Eksperci ds bezpieczeństwa są zaskoczeni reakcją na zagrożenie w opisanych przez nas przypadkach. Jak tłumaczą, postępowanie dotyczące alarmu powietrznego jest dość jasno opisane w procedurach. - Zarówno w „Poradniku bezpieczeństwa”, jak i różnych materiałach dodatkowych, przygotowanych chociażby też przez Państwową Straż Pożarną, uczeni jesteśmy, że kiedy znajdujemy się w budynku, to należy pozostać w tym budynku. Zejść na niższe kondygnacje, jeśli jest taka możliwość, szukać pomieszczeń bez okien. To może być korytarz, klatka schodowa, łazienka bez okien, magazyn, inne podobne pomieszczenia. Tak zrobiono w wielu obiektach. Widzieliśmy zdjęcia ze szkół, gdzie zachowano się prawidłowo. Przerwano zajęcia, młodzież się zgromadziła w centralnych korytarzach, z dala od okien. Została w ten sposób wdrożona reguła dwóch ścian, dwóch przegród, które ochraniały w sytuacji ewentualnego ataku – mówi RadioZET.pl Sergiusz Parszowski, ekspert ds. bezpieczeństwa, prezes think tanku Obserwatorium Bezpieczeństwa.
I dodaje: - Absolutnie nie rozumiem dlaczego urzędnicy i interesanci opuszczali budynek. Nie jest to postępowanie, które w przypadku zagrożenia z powietrza wskazuje „Poradnik bezpieczeństwa”, ani żadne inne materiały. Podobnie sale gimnastyczne nie są dobrym miejscem schronienia. Gromadząc tam ludzi złamano zasadę minimalizowania liczby poszkodowanych. Najlepsze jest rozśrodkowanie, czyli umieszczenie osób w różnych pomieszczeniach, salach, korytarzach, piwnicy. Tak, aby przy tym złym scenariuszu, że uderza dron, rakieta w jakąś część budynku, poszczególne jego ściany, przegrody chroniły ludzi znajdujących się w innych częściach budynku.
Według naszego kolejnego rozmówcy problemem jest zarówno brak odpowiednich procedur w kokretenych instytucjach, jak i dziurawe prawo. - W kontekście wydarzeń z 17 września widać przykłady właściwego działania oraz przypadki fatalnego reagowania zarówno na alerty RCB, jak i na modulowany dźwięk syreny alarmowej. Wynika to z kilku powodów. Przede wszystkim nie mamy doświadczenia w tego typu zdarzeniach. Po drugie, brakuje odpowiednich procedur reagowania na modulowany dźwięk syreny w organizacjach, obiektach oraz urzędach. Prawo nie nakłada obowiązku na administratorów obiektów w tym zakresie. Trzeci problem jest związany z działaniem intuicyjnym. Liderzy bezpieczeństwa, nie mając procedur, podejmują działania instynktownie. To krytyczny błąd, wynikający z niezrozumienia specyfiki zagrożenia atakiem dronowym czy rakietowym - mówi mjr rez. dr hab. inż. Jarosław Stelmach, ekspert ds. bezpieczeństwa, prezes Safety Project.
„Sytuacja absolutnie niedopuszczalna”
Jak dodaje w przypadku zagrożenia atakiem z powietrza kategorycznie nie można dopuszczać do gromadzenia się większych grup ludzi na zewnątrz. - To bardzo ryzykowne, naraża ludzi bardziej, niż zostaliby w obiekcie, z którego zostali ewakuowani. Niedopuszczalne jest też apelowanie o przyjazd po dzieci do szkoły, gdy trwa alarm dronowy czy rakietowy. To naraża dodatkowo rodziców, którzy sami powinni pozostać w miejscu bezpiecznym oraz tworzy atmosferę paniki i chaosu. Jak temu zapobiegać? Osoby decyzyjne powinny opracowywać procedury obiektowe w organizacjach, biznesie, infrastrukturze krytycznej. Powinniśmy też pamiętać o szkoleniach, budowaniu świadomości, nie tylko liderów bezpieczeństwa w obiektach, ale również każdego z nas. Powinny się też odbywać ćwiczenia, które pozwolą realnie wypracować zasady postępowania w przypadku wystąpienia różnego rodzaju zagrożeń - dodaje eskpert.
Sergiusz Parszowski nie ukrywa, że sytuacja, w której dyrektorka poprosiła o zabranie dzieci do domów jest dla niego po prostu szokująca. - To coś strasznego, sytuacja, którą trudno skomentować. To proszenie się o wywołanie paraliżu komunikacyjnego w mieście, zgromadzenia wielu osób przed szkołą. Gdyby inne osoby decyzyjne tak się zachowały to mielibyśmy paraliż instytucji, urzędów, niepokoje i panikę. Sytuacja absolutnie niedopuszczalna – podsumowuje Parszowski.
Wojewoda lubelski Krzysztof Komorski w rozmowie z RadioZET.pl zapewnia, że prześle odpowiednią instrukcję postępowania do dyrektorów szkół. Sytuacja z kierowanego przez niego także ma być analizowana. Wojewoda przyznaje, że schron nie nadaje się do użytkowania. Poza tym zmieściłby zaledwie 250 osób. W LUW pracuje ponad 1,2 tys. urzędników.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET