`

Justyna 7 godzin spędziła na SOR-ze, zmarła w karetce. Dyrektor szpitala zabrał głos

3 min. czytania
07.03.2023 11:38
Obserwuj nas na Google

32-letnia Justyna z Dębicy zmarła w nocy, w drodze na operację w Rzeszowie, po 7 godzinach spędzonych na SOR-ze w szpitalu w Dębicy. Rodzina zarzuca medykom zaniedbania. Teraz dyrektor placówki wyjaśnił, dlaczego pacjentka tak długo przebywała na oddziale ratunkowym.

Justyna Karaś/karetka
fot. WOJCIECH STROZYK/REPORTER/pomagam.pl

Justyna Karaś z Dębicy 24 stycznia źle się poczuła, gdy była w domu z rodziną. Miała duszności i skarżyła się na ból w klatce piersiowej, zaczęła też gorzej widzieć. Około godz. 16.00 mąż kobiety wezwał pogotowie. Ratownicy zrobili EKG, zmierzyli ciśnienie i cukier, podali kroplówkę. Następnie EKG powtórzono. Wyszło źle, natomiast nie na tyle, żeby medycy chcieli zabierać kobietę do szpitala. Na to nalegała ona sama, ponieważ bardzo źle się czuła - podaje "Gazeta Wyborcza".

Dębica. Justyna spędziła 7 godzin na SOR-ze. 32-latka zmarła

Mąż pomógł 32-latce zejść do karetki. Potem, już ze szpitala, kobieta pisała mu w SMS-ach, że działo się niewiele. Pacjentce zmierzono ciśnienie i saturację. Narzekała na to, że jest jej zimno i chce się jej pić. Przeprowadzono badania, jednak kobieta nie znała ich wyników. Dopiero około 21.15 pani Justynie zrobiono tomografię komputerową. Okazało się, że powstał tętniak aorty głównej, którego trzeba pilnie operować. Zapadła decyzja, że pacjentka musi być przetransportowana do szpitala specjalistycznego w Rzeszowie.

Około godz. 23 mąż przywiózł 32-latce potrzebne rzeczy. Karetka wyjechała kilka minut po północy. Niestety, w drodze do placówki u pacjentki doszło do zatrzymania krążenia. Była reanimowana. Ratownicy przewieźli ją do najbliższego szpitala w Sędziszowie Małopolskim. Tam kobieta zmarła kwadrans po godzinie 1.

Przeprowadzono sekcję zwłok 32 latki. - Ze wstępnych ustaleń wynika, że przyczyną śmierci był zawał serca – mówił szef Prokuratury Rejonowej w Dębicy Jacek Żak. Rodzina złożyła doniesienie do prokuratury. Śledztwo wszczęto w sprawie "narażenia w dniu 24 stycznia Justyny K. na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przez ratowników medycznych oraz personel SOR Szpitala Powiatowego w Dębicy" - informuje "GW". Prowadzi je Prokuratura Regionalna w Rzeszowie.

Redakcja poleca

Śmierć pacjentki w Dębicy. Dyrektor szpitala komentuje

Po śmierci 32-letniej Justyny Karaś szpital wydał oświadczenie, informując, że "został powołany specjalny zespół do ustalenia, czy sposób udzielania świadczeń zdrowotnych był zgodny z zasadami sztuki lekarskiej oraz obowiązującymi procedurami medycznymi". Podkreślono, że "pacjentka została przyjęta do SOR z zachowaniem procedur postępowania i przez cały czas pobytu w oddziale miała wykonywane badania diagnostyczne oraz była leczona adekwatnie do zgłaszanych przez chorą dolegliwości. Po postawieniu ostatecznej diagnozy i konsultacji kardiochirurgicznej niezwłocznie zorganizowano transport do kliniki kardiochirurgicznej w Rzeszowie. Zaprzecza to wersji przedstawianej w mediach, że pacjentka leżała w szpitalnym oddziale ratunkowym, nikt się nią nie interesował i nic się nie działo" - czytamy. Zaapelowano też o "powstrzymanie się od niesprawiedliwych osądów do czasu przekazania opinii publicznej ustaleń prokuratury".

Teraz głos zabrał dyrektor ZOZ w Dębicy Przemysław Wojtas, do którego należy szpital. - Nic się nie zmieniło. Podtrzymuję to oświadczenie. Ze względu na trwające śledztwo nie mogliśmy ujawnić zbyt wielu szczegółów. Może to był błąd - powiedział "GW". Więcej szczegółów podał, gdy poseł Paweł Poncyliusz w piśmie do starosty dębickiego zarzucił szpitalowi szereg nieprawidłowości.

Redakcja poleca

Mąż zmarłej zarzucił medykom zaniedbania. Ratownicy mieli być poinformowani o tym, że pacjentka cierpi na  zespół Marfana, czyli genetyczną chorobę tkanki łącznej, która może powodować problemy z układem sercowo-naczyniowym, a także tętniaka. Dyrektor zaprzeczył, jakoby szpital miał taką wiedzę. - Gdy pojawia się hasło "tętniak", to u ratownika czy lekarza od razu zapala się czerwone światło, wdraża się specjalne procedury. W tym przypadku ani ratownicy, ani potem na SOR-ze lekarze nie wiedzieli, że takie zagrożenie jest. Rodzina dopiero po śmierci pacjentki mówiła o zespole Marfana. Ale w dokumentacji medycznej nigdzie nie ma takiej informacji. Gdyby była, pacjentka byłaby zakwalifikowana w triażu z kodem czerwonym, a została zakwalifikowana z kodem żółtym. Powinna zostać przyjęta w ciągu godziny, zajęto by się nią szybciej - dodał.

Przemysław Wojtas odniósł się także do zarzutu rodziny o niewysłanie śmigłowca LPR. - Cała procedura wezwania, przylotu, a potem lądowania i startu trwałaby nawet do dwóch godzin. Dlatego zdecydowaliśmy się na transport karetką, bo kierowca miałby szansę dojechać do Rzeszowa w kilkadziesiąt minut - stwierdził dyrektor placówki.

Zdementował także doniesienia, jakoby 32-latką miała się zajmować lekarka bez uprawień do wysłania pacjentki do innego szpitala. - To nieprawda. Na SOR i w szpitalu była pełna obsada dyżurowa, wszyscy mieli prawo wykonywania zawodu - podsumował.

Krzysztof Karaś walczy o prawdę ws. przyczyny śmierci żony. W tym celu założył zbiórkę. Ma ona również wesprzeć finansowo ojca samotnie wychowującego dwójkę dzieci.

NAPISZ DO NAS

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś intrygującego lub bulwersującego? Chcesz, żebyśmy opisali ważny problem? Napisz do nas! Informacje, zdjęcia i nagrania możesz przesłać nam na informacje@radiozet.pl.

RadioZET.pl/"Gazeta Wyborcza"

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET