Obserwuj w Google News

Gdzie jest ciało Anny Garskiej? To jedna z największych zagadek polskiej kryminalistyki

18 min. czytania
24.11.2023 12:54
Zareaguj Reakcja

Latem 2012 roku na Górnym Śląsku zaginęła Anna Garska. Miała 29 lat, była matką kilkuletniej Dominiki i żoną policjanta. Rodzina i znajomi Anny byli bardzo zaskoczeni jej zaginięciem. Tym bardziej, że kobieta miała dobrowolnie opuścić dom i zostawić ukochaną córkę oraz męża. I to właśnie jej mąż, Marek, był najmniej zaskoczony i poruszony całą sytuacją. 

Gdzie jest ciało Anny Garskiej? To jedna z największych zagadek polskiej kryminalistyki
fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Wyborcza.pl

Czeladź, niewielkie miasto na Górnym Śląsku. W mieszkaniu przy ulicy Wincentego Pola, niedaleko drogi ekspresowej łączącej Sosnowiec z Katowicami, mieszka Anna Garska z mężem Markiem. Para poznała się w 2002 roku. Po kilku latach wzięli ślub. W 2010 roku na świat przyszła ich córka - Dominika.

Rodzina Garskich nie wyróżnia się niczym specjalnym. To normalni, spokojni ludzie. Anna ma 29 lat. Pracuje w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. W jej życiu najbardziej liczy się rodzina. Bardzo kocha swojego męża. Chce mieć z nim drugie dziecko.

Redakcja poleca

Marek jest policjantem w Komendzie Miejskiej Policji w Sosnowcu. Zajmuje się zwalczaniem przestępczości gospodarczej. Cieszy się dużym szacunkiem wśród kolegów i koleżanek z pracy. Z wykształcenia jest prawnikiem, ale zna się także na obsłudze komputerów i innych urządzeń telekomunikacyjnych. Marek bardzo dba o swoją rodzinę. W jego życiu pojawia się jednak ktoś jeszcze - Wioletta, koleżanka z pracy.

Anna podejrzewa Marka, że zdradza ją z inną kobietą. Rozmawia o tym z matką i siostrą. Obie nie wierzą jednak, że Marek mógłby zdradzać Annę. Mężczyzna cały czas dba o żonę i córkę. Daje im wyrazy swojej miłości. 

Sobota, 7 lipca 2012 roku

Marek wychodzi rano do pracy. Anna zostaje z córką. Po południu Marek wraca do domu. Jest upalny dzień. Młodzi rodzice biorą Dominikę na taras. Dziewczynka kąpie się w małym basenie. Panuje radosna atmosfera. W pewnym momencie Ania z Dominiką wrzucają Marka do basenu. Około godziny 17:30 Marek zawozi córkę i żonę do fryzjera. Do domu wracają o 20. Anna szykuje Dominikę do snu. Sama, zmęczona całym dniem, idzie wziąć kąpiel. Marek w tym czasie relaksuje się przeglądając internet. 

Wydawało się, że kolejny dzień rodziny Garskich dobiegł końca. Jednak coś jeszcze wydarzyło się w mieszkaniu przy ulicy Wincentego Pola w Czeladzi.

Dwa dni później, w poniedziałek Marek idzie do pracy. Zwierza się swojemu koledze, że w weekend jego żona wyszła z domu bez słowa i wciąż nie dała znaku życia. Jest zdenerwowany. Wspomina, że miał z Anną małą sprzeczkę. Po niej kobieta opuściła mieszkanie. Miała jednak wkrótce wrócić po córkę. Grzegorz, kolega Marka, stara się załagodzić sytuację. Tłumaczy, że Anna na pewno szybko wróci do domu. Mimo wszystko radzi mu, żeby zgłosił formalnie zaginięcie żony. Marek robi to, ale na komisariacie w Czeladzi. Powinien zrobić to jednak w Będzinie. To tam znajduje się jednostka zajmująca się poszukiwaniem osób zaginionych.

Zaginięcie

Marek mówi policjantce przyjmującej zgłoszenie, że między nim a zaginioną żoną doszło do sprzeczki o niepodlane kwiatki. Relacjonuje, że po niej Anna wybiegła z domu zostawiając córkę. Policjantka dopytuje go, dlaczego nie pobiegł za żoną i nie zatrzymał jej. Marek odpowiada, że powstrzymał go przed tym płacz córki, która nagle się obudziła. Tłumaczy, że dzwonił po znajomych i rodzinie, ale nikt nie widział Anny. Policjantka zapamięta, że zdziwiło ją zachowanie Marka. Powie później, że w trakcie zgłoszenia był “odcięty” od emocji. Przeważnie ludzie zgłaszający zaginięcie bliskich są rozdarci emocjonalnie. Zaznaczy jednak, że zgłaszający był policjantem, co mogło mieć wpływ na jego opanowaną postawę. 

Redakcja poleca

Poszukiwaniom Anny zostaje nadana II kategoria. Zalicza się do niej osoby, które opuściły ostatnie miejsce swojego pobytu w okolicznościach, które nie wymagają zapewnienia ochrony życia osób zaginionych. Ze względów formalnych sprawa zostaje przekazana do komisariatu w Będzinie. Dlaczego Marek od razu nie zgłosił tam zaginięcia żony? Jako policjant musiał przecież wiedzieć, że ta jednostka jest właściwa do poszukiwania jego żony. To pytanie będzie nurtować śledczych pracujących przy tej sprawie.

Tego samego dnia Marek jedzie do oddziału ZUS-u, w którym pracuje Anna. Wypytuje jej koleżanki, czy żona pojawiła się w pracy. Jedna z nich zwraca uwagę, że Anna miała mieć wizytę w szpitalu. Marek nie komentuje tego. Kobieta jest tym zaskoczona. Dostrzega, że mężczyzna jest bardzo opanowany i spokojny pomimo niespodziewanego zniknięcia żony.

Poszukiwania

10 lipca policjanci zaczynają poszukiwania Anny. Próbują namierzyć telefon zaginionej. Sprawdzają bilingi telefoniczne. Anna nie zjawia się na zabiegu usunięcia migdałów. Kobieta od dłuższego czasu cierpiała na bóle gardła. Matka zaginionej, Michalina, przekazuje śledczym, że dla córki był to bardzo ważny zabieg. Nie wyleczone anginy były

przeszkodą do podjęcia kolejnych prób zajścia w ciążę z drugim dzieckiem. Dlatego policjantów bardzo dziwi, że Anna nie zgłosiła się do szpitala na tak ważny i wyczekiwany zabieg. Zgodnie z relacją męża, Anna przecież dobrowolnie wyszła z domu po kłótni i miała wkrótce wrócić. U śledczych po raz pierwszy zapala się czerwona lampka.

Redakcja poleca

Kilka dni po zaginięciu Anny, Marek spotyka się z Wiolettą. To koleżanka z pracy, ale do niedawna także jego kochanka. Wioletta ostatnio oddaliła się od Marka, bo czuła, że mężczyzna nie zostawi swojej żony. Początkowo nie chce zgodzić się na spotkanie, ale w końcu mu ulega. Spotykają się w jej samochodzie niedaleko siłowni, którą odwiedza Marek. Mężczyzna próbuje zbliżyć się do Wioletty. Chce ją przytulić, ale kobieta odtrąca go. Prosi, aby powiedział jej, co ma takiego ważnego do przekazania. Nagle Wioletta sztywnieje. Marek mówi jej, że Ania odeszła. Niepewnie dopytuje go, co to znaczy “odeszła”? Marek odpowiada krótko: “odeszła ode mnie, zostawiła mnie”.

Wioletta słysząc te słowa nie wie jeszcze o zaginięciu Anny. Mimo to czuje się nieswojo. Dziwi ją, że Marek nie było zrozpaczony odejściem Anny. Tak, jakby tego oczekiwał. Czuła, że mężczyzna chciałby, aby to ona zajęła miejsce żony. Dzwoni do swojej przyjaciółki, Anny D. Opowiada jej o spotkaniu z Markiem. Przyjaciółka mówi jej, że Marek w poniedziałek zgłosił zaginięcie żony. Wioletta jest w szoku. W jej głowie pojawiają się myśli, że to Marek może stać za zniknięciem swojej żony. Tak samo na komisariacie coraz więcej osób zaczyna podejrzewać Marka o zabicie Anny.

Kobiety

Marek nie przejmuje się odrzuceniem ze strony Wioletty. Umawia się z poznaną na portalu randkowym Agnieszką D. Pierwszy kontakt z nią nawiązał już dzień po zaginięciu Anny. Po miesiącu internetowej znajomości zabiera Agnieszkę w góry. Spędzają noc w schronisku. Zbliżają się do siebie. Marek wraz z córką Dominiką odwiedza Agnieszkę i jej córkę w ich warszawskim domu. Kobieta wypytuje Marka o sprawę zaginięcia jego żony, ale mężczyzna odpowiada zdawkowo. Agnieszkę dziwi, że Marek nie jest załamany tą sytuacją i bardzo szybko szuka pocieszenia w ramionach innej kobiety. Ostatecznie uznaje, że nie chce angażować się w związek z Markiem. Tłumaczy to dużą odległością, która ich dzieli. Ona mieszka w Warszawie, a on na Śląsku. Aktywność Marka na portalach randkowych nie maleje. Niedługo później poznaje kolejną kobietę, Justynę J.

Zachowanie Marka niepokoi jego teściową, Michalinę. Kobieta odkrywa, że jej zięć spotyka się z innymi kobietami. On ani jego rodzina nie przejmują się zaginięciem Anny. Tak naprawdę nie próbują jej nawet szukać. Już w pierwszych dniach zaginięcia córki Michalina dostrzega, że Marek bardzo skrupulatnie posprzątał mieszkanie i wymienił dywaniki w łazience.

Marek z każdym dniem zaskakuje. Likwiduje kartę płatniczą Anny, składa w sądzie wniosek o ograniczenie jej władzy rodzicielskiej nad córką, a także o rozdzielność majątkową. 

Przesłuchania

Policjanci przesłuchują matkę zaginionej, Michalinę. Kobieta nie wierzy, że córka tak po prostu wyszła z domu i zostawiła kilkuletnie dziecko. Dzieli się ze śledczymi niepokojącymi spostrzeżeniami na temat zachowania Marka. 

Kilka dni później funkcjonariusze przesłuchują mężczyznę. Marek relacjonuje kolegom po fachu dzień zaginięcia Anna. Mówi, że około godziny 21 doszło do sprzeczki między nimi. Chodziło o niepodlane kwiatki, ale tak naprawdę ich małżeństwo przeżywało kryzys. Kłótnia zakończyła się zejściem Anny do piwnicy po dużą walizkę na kółkach. Następnie spakowała ubrania, rzeczy osobiste, kosmetyczkę, a także depilator. Na koniec wzięła ze sobą ich wspólne zdjęcia ślubne. Gdy wychodziła nagle obudziła się ich córka. Dominika zaczęła płakać, dlatego Marek poszedł ją uspokoić. Gdy wrócił z jej pokoju Anny już nie było w mieszkaniu. Zadzwonił do niej, ale nie odebrała. Nagrał się:

“Ania nie wygłupiaj się, gdzie jesteś, wracaj do domu".

Anna nie odbierała kolejnych telefonów, więc Marek wyszedł z mieszkania, aby ją odnaleźć. Tak przynajmniej powiedział policjantom niedługo po zaginięciu żony.

Policjanci intensyfikują działania. Sprawdzają okolice, w tym dworzec PKP. Rozpytują mieszkańców i taksówkarzy. Nikt jednak nie widział Anny z dużą walizką na kółkach. Śledczy analizują logowania telefonu kobiety i bilingi telefoniczne. Ku zaskoczeniu, odkrywają, że telefon aż do godziny 2:49 w nocy logował się do stacji BTS obejmującej zasięgiem mieszkanie małżeństwa. Według Marka, Anna miała opuścić mieszkanie o 22:30. Po tej godzinie kilkukrotnie dzwonił do niej, a więc usłyszałby dźwięk dzwonka telefonu lub wibracje. Oczywiście, istnieje możliwość, że komórka Anny byłaby kompletnie wyciszona lub leżała w niedostępnym miejscu, za szafą lub łóżkiem. Problem w tym, że chwilę później telefon zalogował się w Katowicach. Miejski monitoring nie zarejestrował jednak wizerunku Anny, a… Marka.

Wątpliwości

Policjanci zaczynają podejrzewać, że mężczyzna ich okłamuje. Zaginięcie Anny wydaje im się coraz mniej prawdopodobne. Nic nie wskazuje na to, że kobieta dobrowolnie opuściła dom. W grudniu 2012 roku, pół roku po tajemniczym zdarzeniu, rusza prokuratorskie śledztwo. Sprawę od policjantów z Będzina przejmuje Komenda Wojewódzka Policji w Katowicach.

Jedna z wersji wydarzeń zakłada, że Marek zabił swoją żonę i ukrył jej ciało. Kłopot w tym, że śledczy mają sporo poszlak, ale praktycznie brak dowodów przeciwko Markowi. Dlatego prawie wszystkie kolejne działania koncentrują się wokół jego osoby.

Najpierw sprawdzają zawartość jego komputera. Okazuje się, że mężczyzna w dniu zaginięcia Anny o godzinie 23:41 wpisuje w wyszukiwarkę internetową hasła: “poczta”, “katowice”, “całodobowa”. 

Ustala, że w Katowicach przy dworcu PKP znajduje się całodobowa placówka pocztowa. Kolejny raz włącza komputer dopiero o godzinie 2:38 w nocy. 12 minut później wpisuje do wyszukiwarki internetowej frazy: “niemcy adres”; “monachium hostele”; “kod pocztowy” “kody pocztowe info”. 

Minutę później wpisuje kolejne: “kody pocztowe info, katowice, radosna”. Po co szukał tych lokalizacji? Odpowiedź nasunęła się śledczym badając telefon Marka. 

O godzinie 23:10 mężczyzna dzwoni do Anny. Włącza się poczta głosowa. Marek nagrywa się: “Ania nie wygłupiaj się, gdzie jesteś, wracaj do domu”.

W momencie tego połączenia, jak i kolejnych, telefony Marka oraz Anny logują się do tej samej stacji BTS obejmującej zasięgiem ich mieszkanie. 

Godzina 23.47 - kolejne nieodebrane połączenie: 

“Aniu, no gdzie ty jesteś? Weźże się nie wygłupiaj, jest wpół do dwunastej, wracaj do domu… Halo”.

Pomiędzy godziną 23:40 a 23:50 telefon Anny zostaje wyłączony. Marek ponownie dzwoni: 

“Ania jest środek nocy, gdzie ty jesteś? Odezwij się, włącz telefon, odezwij się i wracaj do domu, co ja powiem rano Dominice, wracaj do domu".

Między tym połączeniem a kolejnym są prawie 3 godziny różnicy. Marek dzwoni jeszcze o 2:22 w nocy, ale telefon jest wyłączony. Niespełna 20 minut później zostaje włączony. Lokalizacja? Ta sama, co wcześniej. Śledczy nie mają wątpliwości, że jest to mieszkanie małżeństwa. Co działo się między godziną 23:50 - kiedy telefon Anny został wyłączony i Marek więcej na niego nie dzwonił -  a 2:22, gdy ponownie wykonał połączenie?

Teza jest jedna - Marek w tym czasie wywiózł i ukrył zwłoki Anny. Gdzie? Nikt nie ma pojęcia, bo mężczyzna zostawił swój telefon w domu. Marek twierdzi, że szukał wtedy żony. Kto jednak robi to bez telefonu przy sobie? W jaki sposób zaginiona miałaby się z nim wtedy skontaktować? 

Paczka

Kolejne ustalenia policjantów coraz bardziej pogrążają Marka. Okazuje się, że mężczyzna nadał paczkę na dworcu kolejowym w Katowicach o godzinie 3:21. Przesyłka była zagraniczna i oznaczona indywidualnym numerem. Dzięki temu śledczym udaje się ją namierzyć i zabezpieczyć. Paczka trafiła do Niemiec, ale wkrótce wróciła do Polski. Dlaczego? Adres odbiorcy był błędny, więc przesyłkę zwrócono do nadawcy, który okazał się fikcyjny. Nieodebrana paczka została ostatecznie przekierowana do magazynu pocztowego w Koluszkach. Tam oczekiwała na otwarcie i zlicytowanie zawartości lub zniszczenie. Śledczym udało się jednak zabezpieczyć ją przed tymi procedurami. 

Na paczce odręcznie napisano adresy: nadawcy - ulica Radosna 17 w Katowicach i odbiorcy - ulica Elisabethstraße 186 w Monachium. Adresatem był niejaki Martin Lindberg. 

Redakcja poleca

Od kilku lat w Katowicach nie było już ulicy Radosnej 17. Dziś to Barbórki 2. Natomiast ulica Elisabethstraße istnieje w Monachium, ale nie pod numerem 186. Śledczy szukali również adresata paczki Martina Lindberga, ale okazało się, że taki człowiek nie istnieje. Najważniejsze było jednak to, że w historii przeglądarki internetowej, której używał Marek pozostały ślady po wyszukiwaniu obu adresów. Śledczy nie mieli wątpliwości, że to Marek umieścił je na paczce. Według nich, mężczyzna tak zaadresował paczkę, aby nie mogła zostać prawidłowo dostarczona. Wiedział, że dzięki temu zostanie zwrócona i wkrótce zniszczona. 

Po otwarciu zabezpieczonej przesyłki śledczy odnajdują w środku telefon komórkowy Anny Garskiej. Jest rozładowany. Po analizie jego danych okazuje się, że bateria padła zanim urządzenie przekroczyło polsko-niemiecką granicę. Wyczyszczono również zawartość sprzętu: nie miał karty pamięci a wszystkie dane z karty SIM i pamięci telefonu zostały usunięte. 

Błędy

Śledczy potrzebują niezbitych dowodów przeciwko Markowi. Powołują biegłego grafologa, aby ocenił, czy odręcznie zapisane adresy są autorstwa mężczyzny. Ekspert nie ma wątpliwości - nakreślił je mąż zaginionej. Prokurator zleca badanie daktyloskopijne zabezpieczonych kopert, w których znajdował się telefon. Na mniejszej ujawniają odcisk palca oskarżonego. Nie ma na żadnej kopercie śladów linii papilarnych Anny Garskiej. Co więcej, na obudowie telefonu nie ma odcisków ani Anny, ani Marka. Wniosek? Mężczyzna chciał pozbyć się swoich śladów i dokładnie wyczyścił obudowę.

Policjanci konfrontują swoje ustalenia z Markiem. Mężczyzna tłumaczy się, że żona od dłuższego czasu prosiła go o wysłanie przesyłki. Zwlekanie z tym miało być również jednym z powodów ich kłótni. Po zniknięciu Anny zreflektował się i poszedł na pocztę. Wiedział, gdzie wysłać przesyłkę, bo Anna wcześniej miała mu zapisać na kartce adres. Dlaczego jednak szukał adresów w sieci? Marek mówi policjantom, że nie mógł rozczytać, co napisała Anna, więc postanowił zweryfikować adresy w internecie. O tym, że w środku paczki był telefon Anny nie miał pojęcia. 

Śledczy nie wierzą Markowi. Kto w noc zaginięcia żony zajmowałby się wysyłaniem paczki zamiast szukaniem ukochanej osoby?

Eksperymenty

Katowicka prokuratura decyduje się przeprowadzić szereg eksperymentów procesowych. Jeden z nich skupia się wokół walizki, którą Anna miała zabrać ze sobą. Śledczy ustalają, że w październiku 2010 roku, niespełna dwa lata przed zaginięciem Anny, Marek kupił dwie walizki na kółkach - małą i dużą. Docierają do właściciela sklepu internetowego i kupują dwie tej samej wielkości i budowy walizki. Robią to, aby przeprowadzić eksperyment procesowy. Pozorantka o zbliżonej sylwetce do Anny Garskiej wchodzi do walizki i kładzie się w pozycji embrionalnej przypominającej ułożenie dziecka w brzuchu matki. Walizkę udaje się zamknąć i podnieść na wysokość przynajmniej 10 cm. W środku jest jeszcze miejsce na przedmioty, które miała ze sobą zabrać Anna. Po co był ten eksperyment? Śledczy przede wszystkim chcieli dowiedzieć się, czy możliwe byłoby umieszczenie w walizce zwłok kobiety i wyniesienie jej z mieszkania. Z zeznań lokatorów wynikało, że 7 i 8 lipca 2012 roku nie słyszeli odgłosów toczących się kółek walizki.

Śledczy kontynuują eksperyment procesowy. Chcą sprawdzić, ile czasu zajęłoby zakopanie walizki ze zwłokami Anny. Biegły za pomocą szpadla kopie w piaszczystym podłożu odpowiednią dziurę. Następnie wrzuca do niej walizkę i zakopuje ją. Zajmuje mu to łącznie 30 minut i 25 sekund. Trzeba jednak podkreślić, że eksperyment przeprowadzono za dnia i z użyciem odpowiedniego narzędzia. W innych warunkach czas wydłużyłby się. Śledczy podejrzewają jednak, że Marek w nocy z 7 na 8 lipca wychodzi z mieszkania na około 3 godziny. 

Dlaczego śledczy przypuszczają, że Marek zakopał zwłoki Anny, a nie wrzucił np. do rzeki? Zainteresowali się zakupem, którego mężczyzna dokonał na tydzień przed zaginięciem żony. Chodzi o 100 kilogramów zaprawy murarskiej, pięć 70 litrowych worków foliowych, rękawice lateksowe oraz półtora metra sznura o grubości 20 milimetrów. Dzień przed wizytą w sklepie budowlanym wykupił także receptę na lek Nasen. To preparat o szybkim i krótkim działaniu nasennym, które pojawia się już po około 15-20 minutach od zażycia i utrzymuje się do ponad 2 godzin. Substancja zawarta w leku - Zolpidem - wykorzystywana jest często przez przestępców. Mówi się o niej “pigułka gwałtu”. 

Policja nie odnajduje materiałów budowlanych w miejscu zamieszkania Marka. Podobnie, jak leku nasennego. Mężczyzna tłumaczy funkcjonariuszom, że materiały zużył na budowę wylewki na podjeździe do garażu. Problem w tym, że nie było po niej śladu, a same materiały nie nadawały się do takich robót. 

Wariograf

Marek cały czas pracuje, jako policjant. Atmosfera na komendzie w Sosnowcu gęstnieje. Koledzy i koleżanki z pracy patrzą na Marka, jak na mordercę. Jego zwierzchnik, komendant Andrzej Poprawa, naciska, żeby poddał się badaniu wariografem. Robi to, aby jednoznacznie wyjaśnić rolę Marka w zaginięciu żony Anny. Po zapoznaniu się z materiałami poszukiwawczymi do komendanta Poprawy dołącza także Naczelnik Wydziału Kryminalnego Policji w Będzinie. On również domaga się, żeby Marek wziął udział w badaniu wariografem. 

Mężczyzna w końcu zgadza się. Twierdzi, że jemu też zależy na wyjaśnieniu tej sprawy. Na badanie jedzie do Łodzi wraz z psychologiem policyjnym z Komendy Wojewódzkiej w Katowicach. Marek w czasie podróży niechętnie rozmawia o żonie. W pewnym momencie rzuca jednak, że gdyby się odnalazła to nie chce mieć już z nią nic do czynienia. Co więcej, chciałby, aby córka zapomniała, że Anna jest jej matką. Podkreśla jednak, że chciałby, aby żona się w końcu odnalazła. Po prostu nie chce mieć z nią już nic wspólnego. 

Marek wcześniej przygotował się do badania. W jego komputerze znaleziono ślady wyszukiwania informacji o tym, jak oszukać wariograf. Później stwierdzi, że był ciekawy, jak działa to urządzenie, bo nigdy nie miał z nim do czynienia. 

Risercz przyniósł efekt. Marek podczas badania stosuje “izolację psychiczną”, czyli mówiąc wprost próbował zniekształcić jego wyniki. Nie umyka to jednak biegłemu, który odnotowuje to w protokole. W opinii pisemnej zaznaczono, że Marek na większość pytań bezpośrednio związanych z zaginięciem żony odpowiadał nieszczerze. Wersja, którą przedstawił śledczym była odmienna od tego, co faktycznie zapamiętał. Silnie zareagował na pytania dotyczące wyniesienia walizki ze zwłokami Anny, a następnie zakopania jej. Zmiany fizjologiczne odnotowano również, gdy padły słowa “utopienie i “uduszenie”.

Dla śledczych była to wystarczająca informacja. Wiedzieli, że Marek ukrywa prawdę o tym, co spotkało Annę. 

Oprócz Marka wariografem przebadany został również ojciec Anny - Janusz K. Mimo że mężczyzna nie był nigdy w gronie podejrzanych, to badanie miało rozwiać jakiekolwiek wątpliwości, co do jego udziału w zaginięciu córki. Pojawiły się one po tym, jak śledczy przeanalizowali telefon Anny. Kobieta w dniu, w którym zaginęła otrzymała od ojca SMS-a. Janusz K. ironicznie podziękował córce, że pamiętała o jego urodzinach. Wiadomość była pokłosiem silnego i długotrwałego konfliktu między ojcem a córką. Wyniki badania wariografem potwierdziły jednak, że Janusz K. nie miał nic wspólnego z zaginięciem Anny Garskiej. 

Profiler

W tej sprawie policjanci wykorzystują niekonwencjonalne metody. Nie licząc wspomnianych już eksperymentów procesowych, śledczy korzystają z usług nie tylko słynnego jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego, ale także profilera.  W 2015 roku śledczy zgłaszają się po pomoc do uznanego psychologa kryminalnego Jana Gołębiowskiego.

- Miałem zrobić portret psychologiczny Anny Garskiej i ocenić, czy są jakieś przesłanki z psychologicznego punktu widzenia świadczące o tym, że mogła dojrzewać do samobójstwa. Chodziło o to, czy mógł u niej występować tzw. syndrom presuicydalny lub jakieś inne przesłanki do popełnienia takiego spontanicznego, kompulsywnego samobójstwa - tłumaczy Jan Gołębiowski.

Profiler wyklucza, żeby Anna dobrowolnie wyszła z domu i ucięła kontakt z bliskimi. Nie pojawił się również u niej syndrom presuicydalny zwiastujący popełnienie samobójstwa.

- Nie wykazałem w swojej analizie, że mogło dojść do samobójstwa. Nie występowały żadne zaburzenia, które mogłyby się przekładać na to, że ona opuściła dom, więc trzeba było rozważyć kolejną rzecz, czyli ryzyko stania się ofiarą przestępstwa. 

Jan Gołębiowski wskazuje, że najbardziej prawdopodobną wersją wydarzeń jest zabójstwo Anny. 

- Przy profilowaniu psychologicznym rzadko jest coś na 100 procent. Określa się prawdopodobieństwo i opisuje się pewne hipotetyczne wersje zdarzenia, z tą najbardziej prawdopodobną. Z analizy wyszło mi, że padła ofiarą przestępstwa i najbardziej prawdopodobne było, że z ręki własnego męża w wyniku sytuacji konfliktowej między nimi - wyjaśnia profiler.

Gołębiowski dostrzega u Marka stan prehomicydalny. Pojawił się on już kilka miesięcy przed zaginięciem Anny. 

- U sprawcy występuje syndrom prehomicydalny, czyli syndrom dojrzewania do popełnienia zabójstwa. Ma dość pewnej sytuacji, zwłaszcza w relacji z jakąś inną osobą, np. żoną. Myśli sobie, że dobrze, żeby tej żony nie było. Jak to zrobić, żeby jej nie było? Może się jakoś jej pozbędę? I to narasta przez wiele miesięcy, a w niektórych przypadkach nawet przez wiele lat ten syndrom się rozwija. No i dochodzi do jakiegoś momentu przeciążenia. Uważam, że akurat u Marka ten syndrom wystąpił - twierdzi Jan Gołębiowski.

Zarzut zabójstwa

29 września 2015 roku. Godzina 8 rano. Do mieszkania przy ulicy Wincentego Pola w Czeladzi pukają policjanci. Otwiera im Marek. Funkcjonariusze informują wciąż czynnego policjanta, że zostaje zatrzymany pod zarzutem zabójstwa Anny Garskiej. Na oczach córki Dominiki Marek zostaje zakuty w kajdanki i wyprowadzony z mieszkania. 

Dzień później prokurator przedstawia mu zarzut zabójstwa swojej żony. Mężczyzna nie przyznaje się i odmawia złożenia wyjaśnień. Sąd decyduje o jego aresztowaniu. 

Po czteroletnim śledztwie do Sądu Okręgowego w Katowicach trafia akt oskarżenia przeciwko Markowi. Mężczyzna zostaje oskarżony nie tylko o zabójstw, ale również usiłowanie nakłaniania Wioletty F. do składania fałszywych zeznań. To nie wszystko. Prokuratura zarzuca mu także przekroczenie uprawnień funkcjonariusza poprzez bezprawne sprawdzenie danych w rejestrach policyjnych oraz udostępnienie swojej broni służbowej innej osobie. Mimo podjętych działań prokuratura wciąż nie wie, gdzie jest ciało Anny.

Proces

Proces rusza w październiku 2016 roku. Marek, który milczał w prokuraturze, składa wyjaśnienia przed sądem. Do końca trzyma się wersji, że Anna sama wyszła z domu i zaginęła. Przyznaje, że rok po urodzeniu Dominiki w ich małżeństwie nasiliły się kłótnie. Doszło to do momentu, że mieszkali razem, ale żyli osobno. Kilka miesięcy przed zniknięciem Anny zbliżył się do koleżanki z pracy Wioletty F. Marek przedstawia również własną wersję wydarzeń z dnia zaginięcia Garskiej.

7 lipca 2012 roku po popołudniu wrócił z pracy do domu. Wieczorem zaczął się kłócić z żoną. Najpierw o przesyłkę Anny, którą miał wysłać, ale tego nie zrobił. Później o niepodlane przez niego kwiatki na balkonie. Te prozaiczne nieporozumienia miały zamienić się w awanturę o sens ich małżeństwa. Anna miała zapytać go, czy chce ratować ich związek. Gdy usłyszała odpowiedź odmowną spakowała swoje rzeczy do walizki. Wówczas rozpłakała się ich córka, Dominika. Marek poszedł ją uspokoić, a gdy wrócił Anny już nie było. Po chwili zaczął do niej dzwonić, ale nie odbierała. Następnie wsiadł w samochód i zaczął ją szukać po mieście. Anny jednak nigdzie nie było. Wrócił do domu i stwierdził, że wyśle paczkę, o co prosiła go wcześniej żona. Nie mógł odczytać zapisanego adresu na kartce, dlatego szukał go w internecie. W nocy znowu próbował szukać Anny i dodzwonić się do niej, ale bezskutecznie. Następnego dnia skontaktował się z teściową. Ta jednak nie wiedziała, gdzie jest Anna. Ustalił z nią, że jeżeli Anna nie wróci do domu do końca dnia, to zgłosi jej zaginięcie na policję. Tak też się stało.

Sąd nie wierzy w wersję przedstawioną przez Marka. Ustala inny przebieg wydarzeń. 7 lipca nie doszło do awantury między Markiem i Anną. Sąsiedzi nie słyszeli bowiem żadnych odgłosów kłótni dobiegających z mieszkania małżeństwa. Nie słyszeli również stukotu przemieszczających się kółek walizki, którą według Marka miała zabrać ze sobą Anna. Zaginiona nie nawiązała kontaktu ze swoją rodziną ani znajomymi. Nie wróciła również po córkę, którą bardzo kochała. Nikt jej nie widziała, a sama nie pozostawiła po sobie żadnego śladu mimo upływu wielu lat. To doprowadziło sąd do wniosku, że kobieta nie wyszła z domu żywa.

Co się zatem stało? Tak naprawdę wie to tylko Marek. Na podstawie materiału dowodowego sąd nakreśla jednak prawdopodobny scenariusz wydarzeń. Gdy Anna brała kąpiel Marek udusił ją albo utopił w wannie. Niewykluczone, że wcześniej podał jej środki farmakologiczne, aby nie była w stanie się obronić. Następnie spakował ciało ofiary do walizki i wywiózł w sobie tylko znane miejsce. Jedna z wersji zakłada, że zwłoki zakopał na terenach pokopalnianych. To olbrzymi teren, co tłumaczyłoby, że do dziś nie udało się ich zlokalizować. 

- Nie można też odrzucić hipotezy, że mógł te zwłoki przewieźć nie w weekend, z soboty na niedzielę, ale np. w ciągu tygodnia, w poniedziałek albo wtorek. Pytanie: jak daleko? Tutaj nawet nie można byłoby odrzucić, że nawet gdzieś poza granice kraju, bo z Katowic do np. Czech nie jest jakoś daleko - rozważa profiler, Jan Gołębiowski.

Sąd nie ma wątpliwości, że Marek próbował zacierać ślady w tej sprawie. Zapakował telefon Anny do paczki i wysłał do Niemiec, aby upozorować jej dobrowolne zniknięcie. Nie przewidział jednak, że telefon rozładuje się jeszcze w Polsce, a samą paczkę odnajdą śledczy. 

Dlaczego Marek zabił Annę? Według sądu motywem zbrodni był narastający konflikt z żoną, nadchodzący rozpad małżeństwa i wygaśnięcie uczucia między nimi. Marek miał romans i chciał żyć z inną kobietą. Czuł presję ze strony kochanki, ale bał się rozwodu, bo mógłby stracić kontakt z córką. Dlatego postanowił zabić żonę. W jego mniemaniu była to jedyna droga, aby zacząć nowe życie nie tracąc przy tym córki.

Czy według sądu była to zaplanowana zbrodnia? W pewnym stopniu tak. Marek jest inteligentny, dzięki pracy w policji zna tajniki kryminalistyki i może przewidywać działania śledczych. Mógł wcześniej planować zbrodnię, bo materiały budowlane, które zakupił na krótko przed zabójstwem Anny mogły posłużyć mu do ukrycia zwłok.

- Marek miał możliwości lepiej przygotować się do zbrodni. Chociażby poprzez wymyślenie dobrego alibi, czy przygotowanie różnych narzędzi. Dlatego uważam, że raczej on to zrobił dość spontanicznie na bazie tego syndromu prehomicydalnego, który w nim narastał, a później musiał reagować. Tak samo z tym słynnym już medialnie wysłaniem telefonu Anny do Niemiec. To też potwierdza moją hipotezę, że było to działanie improwizacyjne, a nie planowane - analizuje Gołębiowski.

Wyrok 

7 września 2018 roku Marek zostaje nieprawomocnie skazany za zabójstwo Anny Garskiej. Sąd uznaje go również winnym przekroczenia uprawnień funkcjonariusza policji. Uniewinnia go jednak od zarzutu nakłaniania Wioletty F. do składania fałszywych zeznań. Marek ma trafić na 15 lat do więzienia.

Wyrok nie jest satysfakcjonujący dla obrońców Marka, ale również dla prokuratury. Ci pierwsi chcą uniewinnienia klienta, bo oskarżyciel publiczny nie ma żadnych dowodów, a jedynie starannie wyselekcjonowane poszlaki. Prokuratura zaś chce surowszego wyroku - 25 lat pozbawienia wolności.

8 sierpnia 2019 roku Sąd Apelacyjny w Katowicach zaostrza Markowi karę pozbawienia wolności do 25 lat. Mężczyzna trafia do zakładu karnego. Składa jeszcze kasację do Sądu Najwyższego, ale ten nie przychyla się do jego skargi. 

Profil DNA Anny Garskiej został wprowadzony do bazy GENOM, która udostępniana jest wszystkim krajom strefy Schengen. Do dziś nie odnaleziono jednak zwłok kobiety, ani jej szczątków. Marek, mimo że za kratami spędził już kilka lat i wyczerpał wszystkie środki odwoławcze, wciąż nie ujawnił, co się stało z Anną. I najważniejsze: gdzie jest ciało jego żony.

- Jaki miałby powód, żeby ujawnić miejsce ukrycia zwłok? Pamiętajmy, że on cały czas stawiał się w roli ofiary, że to on został pokrzywdzony przez żonę, którego go porzuciła - twierdzi profiler.

Marek teoretycznie mógłby liczyć na wcześniejsze warunkowe zwolnienie z odbywania kary, gdyby przyznał się do winy i wskazał miejsce ukrycia zwłok.

- Z drugiej strony przyznając się otrzymuje już takie niepodważalne miano mordercy, bo mimo że jest wyrok prawomocny i wszyscy ufają sądowi, to on cały czas może opowiadać, że został wrobiony - wskazuje psycholog kryminalny Jan Gołębiowski.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego Marek może nie chcieć zdradzić, gdzie ukrył ciało Anny.

- Rodzice Ani wychowują Dominikę, czyli swoją wnuczkę, a nie rodzice Marka. Może tutaj też jest jakiś element takiej gry, że skoro Marek nie ma kontaktu z dzieckiem, to rodzice Ani nie będą wiedzieli gdzie leży ich dziecko - zastanawia się Gołębiowski.

Kontakt z autorem: mateusz.kapera@radiozet.pl