Nauczycielka WdŻ mówi, co przeszkadza jej w podstawie. "Nacechowana światopoglądowo"
– Nie będzie systemowej edukacji seksualnej w Polsce, dopóki rzetelny przedmiot dotyczący zdrowia nie będzie obowiązkowy. Choćby nauczyciel dwoił się i troił, to zawsze znajdzie się uczeń, który nie będzie chciał w zajęciach uczestniczyć i któremu rodzic bez żalu podpisze rezygnację – tłumaczy Tosia Kopyt, psycholożka, nauczycielka wychowania do życia w rodzinie i edukatorka seksualna, współpracująca między innymi z fundacją SEXEDPL.
Monika Kurowska, Radio ZET.pl: W ostatnich latach bardzo często słyszeliśmy, że w Polsce edukacji seksualnej po prostu nie ma.
Tosia Kopyt*: To zależy, jaką definicję nadamy sformułowaniu edukacja seksualna. Zróbmy więc mądry wstęp (śmiech). Mamy trzy typy edukacji seksualnej: A, B, C. Edukacja seksualna typu A to edukacja abstynencyjna, czyli taka, którą realizuje oficjalny program WdŻ. Taką edukację seksualną zakłada też podstawa programowa. Typ A związany jest ściśle z małżeństwem. Mówi na przykład, że antykoncepcja jest niekoniecznie dobra i że istotnym działaniem zapobiegawczym, profilaktycznym jest właśnie abstynencja seksualna. Edukacja seksualna typu A jest nacechowana światopoglądowo. Dla kogoś, kto z tym światopoglądem się zgadza, być może będzie to w porządku, ale na pewno nie dla wszystkich.
Typ B to edukacja biologiczna. W tym przypadku uczymy się więc co i jak działa w naszym organizmie. Edukacja seksualna typu B w szkołach częściowo się pojawia – na przykład na lekcjach biologii. Oczywiście stopień jej zaawansowania zależy od nauczyciela.
Z kolei edukacja seksualna typu C polega na całościowym podejściu do sprawy. To właśnie o takiej edukacji mówi Światowa Organizacja Zdrowia. Osoby, które narzekają, że w polskich szkołach nie ma edukacji seksualnej, najczęściej mają na myśli to, że nie ma w nich właśnie edukacji seksualnej typu C. Jest to poniekąd prawda, bo nie ma jej systemowo. Jest jednak pewnie kilkudziesięciu – a może i więcej – nauczycieli nauczycielek, którzy w ramach lekcji wychowania do życia w rodzinie prowadzą taką właśnie, całościową edukację seksualną i podchodzą do tego rzetelnie.
Będę adwokatem diabła. Przed naszym spotkaniem przejrzałam podstawę programową i na pierwszy rzut oka wydała mi się całkiem w porządku. Pojawiają się w niej takie pojęcia jak: tożsamość płciowa, seksualność, antykoncepcja, in-vitro. Jest mowa między innymi o świadomości procesu rozwoju psychoseksualnego, umiejętności obrony własnej intymności. To są kwestie bardzo często podejmowane przez edukatorów seksualnych. Poniekąd wiążą się też z edukacją seksualną typu C, o której wspomniałaś, prawda?
Podstawa programowa nie jest najgorsza na świecie. Ona jest jednak dosyć ogólna. To są hasła. Jednak już w podstawie udało się przemycić sporo światopoglądowych kontekstów. Jest tam na przykład punkt, który mówi: uczeń potrafi wymienić argumenty biomedyczne, psychologiczne, społeczne i moralne za inicjacją seksualną w małżeństwie. I tu już pojawia się problem, bo uczeń – według podstawy – nie musi potrafić wymieniać równoległych argumentów, a więc argumentów przeciwko inicjacji seksualnej w małżeństwie, czy też argumentów za inicjacją seksualną poza małżeństwem. Te kwestie podstawa omija. Jest tylko ten kawałek rzeczywistości, który pewnym ludziom odpowiada.
Podstawa programowa ma też to do siebie, że wskazuje pewne tematy, ale nie mówi, jak je przedstawiać. Dokumentem, który poniekąd to konkretyzuje, jest komentarz do podstawy programowej. On mówi wprost o tym, że nauczanie WdŻ powinno być oparte o wartości, które Jan Paweł II nazwał „duchowym fundamentem Europy”. Podkreślam, że to jest komentarz do podstawy programowej, więc nadal oficjalny dokument Ministerstwa Edukacji.
Brak podręczników to kolejny problem...
Mamy tylko jeden podręcznik, który jest dopuszczony do użytku w szkołach i on też jest bardzo mocno nacechowany światopoglądowo. Wypełniają go stereotypy płciowe, antykoncepcja przedstawiona jest nierzetelnie, podobnie zresztą jak masturbacja. Jest nawet wzmianka o tym, że kobiety wcale nie muszą co roku chodzić na kontrolną wizytę do ginekologa... Po prostu wszystkie ważne, ale „gorące” tematy są przedstawione w sposób zgodny z jednym, konkretnym światopoglądem. I to jest ogromny problem, który wpływa na to, jak WdŻ wygląda.
Z podręcznika wprawdzie nie trzeba korzystać, ale to poniekąd baza, która bardzo ułatwia pracę nauczyciela. Chodzi tu zarówno o codzienne nauczanie, jak i całą „papierologię”, bo do każdego podręcznika jest dołączony program nauczania zgodny z podstawą programową. Jeśli nauczyciel deklaruje, że nie korzysta z żadnego podręcznika, musi sam taki program stworzyć. Nauczyciele WdŻ zazwyczaj uczą jeszcze jakiegoś innego przedmiotu. Są zajęci, nie mają czasu, żeby tworzyć własne programy i wszystko wymyślać od nowa, po swojemu. W konsekwencji kształt podręcznika – tego jedynego dopuszczonego – bardzo wpływa na to, że lekcje tego przedmiotu są takie, jakie są...
Nazwa przedmiotu też jest dosyć zachowawcza. Bo przecież seksualność nie dotyczy tylko osób zakładających rodziny, czy też planujących życie w rodzinie…
Gdyby podstawa programowa była odpowiednia i przedmiot byłby nauczany tak, jak należy, to pewnie machnęlibyśmy ręką na to, jak on właściwie się nazywa. Ja akurat mam problem z innym słowem. Większość osób zwraca uwagę właśnie na słowo „rodzina”. Myślę sobie jednak, że rodziny mogą być bardzo różne. Rodziną możemy nazywać, kogo chcemy – również osoby ze sobą niespokrewnione, czy też osoby, z którymi nie tworzymy formalnych związków. Przyjaciele też mogą być dla nas rodziną.
Mam natomiast problem ze słowem „wychowanie”. Owszem, szkoła ma wspierać rodziców w wychowaniu, jednakże pomysł, że to wychowanie odbędzie się na jednaj lekcji w tygodniu, a więc w trakcie czternastu godzin w roku, jest dla mnie nieadekwatny. Szczególnie że dla mnie WdŻ jest po to, żeby rozmawiać o tym, że ludzie mają różnie i kierują się w życiu różnymi wartościami. Większość obszarów, o których rozmawiamy podczas lekcji, opiera się na podejmowaniu własnych decyzji. W konsekwencji słowo „wychowanie” jakoś mi nie pasuje.
A jeśli nie wychowanie do życia w rodzinie, to co?
Jestem za nazwą „edukacja zdrowotna”. Bo ta nazwa zawiera w sobie dużo treści. Nawiązuje do medycznego przedstawienia sprawy, ale zahacza też o kwestie związane ze zdrowiem psychicznym. Nazwa „edukacja seksualna” też to zawiera, ale uważam, że „edukacja zdrowotna” byłaby znacznie bardziej zrozumiała dla większości społeczeństwa.
Bo samo hasło „edukacja seksualna” nadal dzieli społeczeństwo. Nie każdy rodzic byłby pewnie gotowy na taką zmianę.
Ale proponując nazwę „edukacja zdrowotna”, nie chcę jakichś tematów obchodzić, czy udawać, że ich nie ma. Po prostu edukacja seksualna to też edukacja zdrowotna, bo seks dotyczy naszego zdrowia. Uważam też, że wcale nie musimy czekać, aż na zmianę będzie gotowe całe społeczeństwo. Gdybyśmy tak na wszystko czekali i czekali, to nic byśmy nie zmienili. Na zniesienie niewolnictwa, czy na prawa wyborcze kobiet też pewnie nie wszyscy byli gotowi…
Zobacz również: W MEN zapadła decyzja. Będą nowe zajęcia w szkołach
Wróćmy jeszcze na chwilę do podstawy programowej. Co byś do niej dodała?
Rozumiem, że w podstawie programowej nie ma wszystkiego, o czym warto powiedzieć podczas lekcji. Podstawa programowa z założenia powstaje i ma obowiązywać przez dłuższy czas, a aktualne tematy zmieniają się bardzo szybko. Uważam, że zawsze warto pogadać z młodymi ludźmi o bieżących kwestiach. Tu dla przykładu: w trakcie czarnych strajków warto było poruszyć temat aborcji. Uważam nawet, że powinna znaleźć się w podstawie programowej, bo osoba kończąca szkołę ponadpodstawową powinna wiedzieć, czym jest aborcja i mieć podstawową, rzetelną wiedzę na ten temat. Zwłaszcza jeśli wkoło tak dużo się o niej mówi.
Na pewno w podstawie programowej brakuje też tematów związanych ze społecznością LGBTQ+, czy chociażby kwestii związanych z orientacją psychoseksualną. Badania pokazują, że młodzi ludzie chcą o tym rozmawiać. Podobne badania pokazują, że młodzież potrzebuje również rozmów na temat tzw. toksycznych relacji. To jest rzeczywiście obecnie dosyć modny temat. Młodzi ludzie coraz częściej są świadomi tego, czym jest przemoc i jakie są jej rodzaje.
Generację Z często porównuje się z poprzednimi generacjami. I mówi się, że dzisiejsi nastolatkowie są bardziej świadomi, coraz więcej wiedzą nie tylko o przemocy, ale również seksualności. Też tak to widzisz?
Jak sobie pomyślę, co ja w liceum wiedziałam o pewnych tematach związanych z seksualnością czy też różnorodnością, to dochodzę do wniosku, że w porównaniu do dzisiejszej młodzieży, nie wiedziałam prawie nic. Dziś dzieciaki rzeczywiście wiedzą o tym znacznie więcej. Mają też więcej luzu w stosunku do tematów, które dla współczesnych dorosłych bywają krępujące, niewygodne. Oni mają na przykład zupełny luz, co do tego, jakich zaimków używa osoba siedząca obok. Mają świadomość dotyczącą różnych zachowań w relacjach.
Ale myślę sobie, że trudno im jest używać tej wiedzy w praktyce. Bardzo często wydaje się im, że to jest takie proste i oczywiste. Rozmawiamy o asertywności i zadaję pytanie: jak reagujesz, gdy ktoś namawia cię na seks bez zabezpieczenia. Od paru lat jako pierwsza pada ta sama odpowiedź: spadaj, nara. Tylko że to nie jest zupełnie szczera odpowiedź. To jest ich wyobrażenie o tej sytuacji. Wiedzą, że należy zachować się asertywnie, ale często nie potrafią zrobić tego z dbałością o daną relację. Myślę, że ten problem będzie się pogłębiał w przyszłych pokoleniach.
Zobacz również: Samookaleczenia, leki psychotropowe, depresje. Wszystko to przerobiłem w swoich klasach
Jednak z tego, co mówisz, wyłania się obraz młodzieży bardzo plastycznej, otwartej, chętnej do konwersacji.
Bo tak właśnie uważam! Warto też zaznaczyć, że na lekcjach WdŻ pracuje się z osobami, które chcą przychodzić na te zajęcia i brać w nich udział. Lekcje przebiegają w luźnej atmosferze. Jestem otwarta na to, o czym młodzi ludzie chcą rozmawiać. Ale nawet mimo to frekwencja nie jest 100 proc. Powód jest przyziemny: zajęcia nie są obowiązkowe.
Nie będzie systemowej edukacji seksualnej, dopóki ten przedmiot nie będzie obowiązkowy, choćby nauczyciel dwoił się i troił, to zawsze znajdzie się uczeń, który nie będzie chciał w zajęciach uczestniczyć i któremu rodzic bez żalu podpisze rezygnację.
Jeden, cudownie szczery uczeń, bardzo dobrze to podsumował. Przyszedł do mnie na pierwsze zajęcia, bo rodzice nie zgodzili się podpisać mu rezygnacji. Powiedziałam: pogadajmy o tym, czemu nie chcesz przychodzić z własnej woli. Odpowiedział: proszę pani, uważam, że te lekcje są bardzo ważne i nawet może powinny być obowiązkowe, ale nie są. A ja mam w domu komputer i wolę sobie na nim pograć, niż tu siedzieć.
W tym przypadku rodzice kazali synowi chodzić na zajęcia WdŻ, ale mam wrażenie, że często jest wręcz przeciwnie.
Wystarczy spojrzeć na to, jakie komentarze pojawiają się pod tekstami dotyczącymi zajęć wychowania do życia w rodzinie. Rodzice często piszą: to jest straszny "badziew", więc ja swoje dziecko wypisałam od razu.
Co roku przed pierwszym września apeluje więc do rodziców, między innymi poprzez media społecznościowe. Piszę: sprawdźcie, kto w szkole waszego dziecka uczy tego przedmiotu. Zanim złożycie rezygnację, zobaczcie, jak te lekcje w ogóle wyglądają. Decyzję o wypisaniu dziecka można podjąć w każdym momencie roku szkolnego. Absolutnie uważam, że na szkodliwe lekcje WdŻ nie warto chodzić. Ale ze swojego doświadczenia wiem, że te lekcje mogą być rzetelnie i bardzo przydatne.
Uczysz między innymi w liceum. Zdarzyło ci się usłyszeć od uczniów o takich właśnie szkodliwych lekcjach WdŻ z poprzedniego etapu ich nauczania?
Oczywiście, że tak. Bardzo często na lekcje WdŻ przychodzą do mnie osoby, które nie miały takich zajęć wcześniej w ogóle, ze względu na to, że w poprzedniej szkole nie było odpowiedniej osoby do nauczania tego przedmiotu. Zdarza się też, że przychodzą do mnie uczniowie, których WdŻ był nacechowany ideologicznie lub po prostu nudny.
Takie osoby mają widoczne braki w wiedzy?
Każdy z nas ma jakieś braki (śmiech). Ale rzeczywiście zdarzają się takie sytuacje, które potrafią zdziwić. Dla przykładu: pytam uczniów liceum o to, jak nazywają się typowo żeńskie narządy płciowe, a w klasie zapada cisza. Rozumiem, że poniekąd może być to wynik skrępowania, ale czasami widzę w ich oczach po prostu niewiedzę. Zachęcam wtedy, by podali jakiekolwiek nazwy: potoczne, infantylne, nawet wulgarne. Kilka razy od licealistów usłyszałam, że typowo żeńskim zewnętrznym narządem płciowym jest macica. Tak więc pracy jest sporo...
Ale wydaje się, że wreszcie może pojawić się na nią przestrzeń. Wiem, że byłaś na spotkaniu z nową ministrą edukacji Barbarą Nowacką. Jakie są twoje odczucia? Myślisz, że nowy rząd potraktuje problem niedostatecznej edukacji seksualnej priorytetowo?
W nowym rządzie jest świadomość, że to temat ważny i dotychczas bagatelizowany. Jest też gotowość, by się tym zająć. Ale trudno mi przewidywać, co dokładnie się wydarzy i kiedy to nastąpi.
Wiem, że edukacja seksualna nie jest jedynym tematem, z którym musi zmierzyć się Ministerstwo Edukacji. Sensowne zmiany nie mogą wydarzyć się w dwa miesiące. Bo jeśli chcemy zmienić podstawę programową, to musimy zmienić programy i podręczniki…. Rząd czeka dużo, czasochłonnej pracy. Robić takie rzeczy „na kolanie” nie jest dobrze. Pokazały nam to już reformy edukacji z przeszłości.
Od czego ty byś zaczęła?
Z pewnością trzeba zacząć od zmiany podstawy programowej i od stworzenia rzetelnych podręczników. I tak naprawdę za tym pójdą kolejne zmiany, między innymi związane z kształceniem nauczycieli. Jeśli powstanie rzetelny podręcznik to wielu nauczycieli po prostu będzie z niego korzystać, bo będzie to dla nich najprostsze i najbardziej praktyczne rozwiązanie.
Moim zdaniem zmiana narracji o szkolnej edukacji seksualnej sprawi, że pomysł nauczania WdŻ będzie przyciągał osoby, które czują, że mogłyby się w tym sprawdzić, ale dotychczas odsuwały od siebie tę myśl właśnie z powodu braku rzetelności w podręczniku, czy też programie.
WdŻ często prowadzą też katechetki, katecheci. Włożę kij w mrowisko i zapytam: czy tak powinno pozostać? Mam wrażenie, że w ich przypadku trudno będzie oddzielić przedmiot od światopoglądu.
Są przepisy, które mówią, kto może nauczać konkretnych przedmiotów. I teraz wyobraźmy sobie, że w tych przepisach pojawiłby się zapis o tym, że wychowania do życia w rodzinie nie mogą uczyć katecheci, katechetki. To byłoby dyskryminujące. Myślę, że taki przepis nigdy nie powstanie. Doskonale rozumiem jednak obawy osób, które nie chcą zostawiać WdŻ w rękach katechetów i katechetek.
W edukacji będzie się teraz wiele zmieniać. Liczba godzin religii ma być zmniejszona, ocena z religii ma się nie liczyć do średniej. Być może to będzie skutkowało tym, że osób związanych zawodowo z religią będzie w szkołach coraz mniej. Podstawa programowa zgodna z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia (jeśli taka powstanie) pewnie też wpłynie na decyzję jakiejś części osób co do dalszego nauczania tego przedmiotu. Zobaczmy, jakie zmiany przyniesie czas.
* Tosia Kopyt - psycholożka, nauczycielka wychowania do życia w rodzinie, edukatorka seksualna. Prowadzi profil "WdŻ dla zaawansowanych", na którym przekazuje rzetelną wiedzę, poleca książki oraz wspiera rodziców w tzw. trudnych rozmowach. W zeszłym roku stworzyła kurs online dla rodziców i specjalistów pt. "Jak rozmawiać z dzieckiem o seksualności?", a w marcu tego roku wyjdzie jej książka pt. "Skąd się biorą dzieci? Ale tak naprawdę!". Współpracuje z Fundacją SexedPL.
Źródło: Radio ZET
- W podstawówce rodzice wymieniają się numerami do psychologów. W liceum do psychiatrów
- Ministerstwo Zdrowia wzięło się za edukację seksualną. Zapowiada zmiany w szkołach
- "Szykujemy dużą reformę". Ministra Nowacka przedstawiła plan MEN
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET