Uczniowie nie rozumieją już prostych słów. "Potrzebują tłumaczenia na angielski albo porównań"
Magda, nauczycielka biologii, ostatnio na lekcji tłumaczyła klasie, co znaczy słowo "peryferie". Marcin, nauczyciel historii i WOS-u, widząc, że młodzież nie zna pojęcia "rebelia", przetłumaczył na angielski i wszystko było jasne. - Uczniowie nie rozumieją podstawowych słów. Coś co jeszcze kilka lat temu było oczywiste dla dzieci, dziś jest zupełnie niezrozumiałe. I nie mówimy tu o terminach naukowych - stwierdzają z przerażeniem nauczyciele.
Magdalena Konkolewska, nauczycielka biologii w jednym z łódzkich liceów, opowiadając uczniom na lekcji o tkance, która znajduje się „w peryferycznych częściach łodygi”, spojrzała na klasę i już wiedziała, że to co mówi, jest dla nich zupełnie niezrozumiałe. Konkretnie słowo „peryferie”. Na kolejnej lekcji by uczniom łatwiej było zapamiętać pojęcie okolnicy, spytała, co znaczy okalać. Nikt nie wiedział. Co więcej nikt nie był w stanie skojarzyć tego z innym znanym słowem. Dopiero, gdy powiedziała: „zobaczcie, mówimy przecież okolice Łodzi”, zrozumieli. - Trzeba wymyślać takie porównania, żeby wszystko wyjaśnić – mówi. W pokoju nauczycielskim słyszy podobne historie z innych przedmiotów.
Karolina Szymczyk, polonistka z Poznania, w tym roku musiała przestawić się na tryb, w którym zanim przejdzie do omawiania danych zagadnień, najpierw wyjaśnia wszystkie pojęcia. Np. omawiając postać Kmicica w kontekście sarmatyzmu i ideologii szlacheckiej, najpierw tłumaczy, co znaczy hasło ideologia. - Bez tego uczniowie nie byli w stanie iść dalej – opowiada polonistka. Załamała jednak ręce, gdy czytając wypracowanie na poziomie rozszerzonym, znalazła słowo „impartial” i dalej w nawiasie wyjaśnienie: „nie wiem, jak to napisać po polsku”.
Marcin Tunak, nauczyciel historii i wiedzy o społeczeństwie w Poznaniu, nieraz widząc, jak uczniowie nie kojarzą polskich słów, tłumaczy je na angielski. Tak było np. w wypadku słowa „rebelia”, którego użył, omawiając na WOS-ie rodzaje konfliktów. - Po polsku nie wiedzieli, co to znaczy. Powiedziałem po angielsku i wszystko było jasne – mówi. Nauczycielka biologii z przerażeniem stwierdza: - Uczniowie nie rozumieją podstawowych słów. Mają coraz mniejszy zasób słownictwa. Coś co jeszcze kilka lat temu było oczywiste dla dzieci, dziś jest zupełnie niezrozumiałe. - I nie mówimy tu o terminach naukowych, tylko o zwykłych, popularnych słowach – dodaje nauczyciel historii.
"No wie pani, o co chodzi"
Z sytuacją, o której opowiadają nauczyciele, wiąże się wiele innych problemów. - Największy kłopot sprawia im język w użyciu, czyli np. napisanie notatki syntetyzującej. Trzeba tu najpierw zrozumieć dłuższy tekst, skrócić go, napisać swoimi słowami i nie daj Boże jeszcze porównać z innym – wylicza polonistka. Jeśli polecenie jest bardziej rozbudowane, czyli np. należy odwołać się do tekstu A i B, albo wskazać podobieństwa i różnice między dwoma utworami to uczniowie często zatrzymują się w połowie polecenia i opisują tylko podobieństwa. - Nie czytają ze zrozumieniem, spieszą się. Ten rok jest wyjątkowo bogaty w takie sytuacje. Jeszcze się z czymś takim nie spotkałam – mówi Karolina Szymczyk.
Z niemal identycznymi sytuacjami styka się Marcin Tunak. Już jakiś czas temu zauważył, że uczniowie nie potrafią sami wybrać najważniejszych pojęć z wykładu nauczyciela i napisać notatki. Trzeba im podyktować. - Wolą też mieć polecenie napisane na tablicy niż ustne – mówi. Zauważył też, że nie nadążają za tym, co mówi. Podobne sytuacje zgłaszają na innych przedmiotach. Dla nauczycieli jest to jasny sygnał, szwankują nie tylko wypowiedzi pisane, ale też komunikacja werbalna.
- Brak precyzji, używanie luźnych haseł, które się nie łączą, albo kończenie zdania sformułowaniem: „no wie pani” – wylicza podstawowe błędy, nad jakimi pracuje z uczniami Karolina Szymczyk. Na tę kwestię zwracała uwagę już w maju, podczas egzaminów maturalnych, polonistka z Warszawy Aleksandra Korczak. - Ogromna większość dzisiejszych nastolatków nie jest w stanie skonstruować kilkuminutowej wypowiedzi bez stosu błędów, powtórzeń. Regres umiejętności mówienia jest porażający – mówiła w rozmowie z RadioZETpl.
Wśród najczęstszych błędów wymieniała niepoprawne zestawianie ze sobą słów, np. „odgrywać funkcję” albo „pełnić rolę” zamiast „pełnić funkcje” i „odgrywać rolę”. Najbardziej uderzały ją jednak kalki z języka angielskiego. - Jednego dnia parokrotnie usłyszałam o „personalnym punkcie widzenia”. Domyślam się, że to sformułowanie powstało od angielskiego „personal point of view”, ale po polsku tak się nie mówi. Dwa razy w ciągu jednego dnia zetknęłam się też ze zdaniem, że „jakiś problem ma koneksję do czegoś”. W ogóle nie rozumiałam, o co chodzi. Musiałam się dłużej zastanowić i dopiero wpadłam na to, że chodzi o angielskie „connection”, czyli „powiązanie z czymś”, które maturzyści spolszczyli do „koneksji” – wyliczała Korczak.
Nie czytają, nie odpowiadają
Magda Konkolewska nie ma wątpliwości, że mały zasób słownictwa, zła odmiana słów, czy ich niepoprawna łączliwość wynika z tego, że ktoś mało czyta albo w ogóle nie czyta. A jeśli dzieci czytają, a raczej scrollują jakieś treści, to głównie po angielsku. - Trudno dziś skupić ich uwagę. Chcieliby takie treści, jakie przeglądają na TikToku, kilkusekundowe. Długie polecenia, lekcje 45-minutowe czy nawet filmy 45-minutowe to dla nich katorga – zauważa Marcin Tunak.
Dawid Łasiński, nauczyciel chemii, znany w sieci jako Pan Belfer, nie wątpliwości, że w kwestii komunikacji werbalnej, a raczej jej braku internet zrobił swoje. Wystarczy spojrzeć na to, jak wyglądają wiadomości pisane przez dzieci – to głównie skróty i emotikony, które wpływają na codzienny język. Dbałość o formę, styl nie jest dziś już tak oczywista także w tekstach pisanych. - Dużo słów pochodzi też z języka hip-hopu, wystarczy sobie posłuchać Young Leosi – dodaje nauczyciel chemii.
Zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię. Konkretnie na samych nauczycieli, którzy dbając o dobrostan uczniów, przestali ich brać do odpowiedzi. - Kiedyś trzeba było wyjść przed klasę, pod tablicę i składnie się wypowiedzieć. Teraz coraz częściej nauczyciele wycofują się z pytania ustnego, bo dziecko się stresuje. Nawet więc jeśli uczeń wyuczy się czegoś na pamięć i to napisze to nie potrafi wypowiedzieć tego na głos, nie rozbudowuje zasobu słownictwa – stwierdza Łasiński.
Zamiast erudycji, liczenie błędów
Karolina Szymczyk zgadza się z tym, że kompetencje z użytkowania języka nie są ćwiczone, nie ma możliwości wypowiadania się na zajęciach, ale upatruje powodów tej sytuacji w systemie. W tej chwili w szkole średniej na podstawie są cztery lekcje polskiego tygodniowo, przed reformą było sześć. Młodzież miała o wiele więcej styczności z samym zagadnieniem języka. Poza tym lekcje języka polskiego odbywają się w pełnym składzie klasy. Zwykle to 30, 40 osób. Dla porównania lekcje angielskiego prowadzone są w kilkunastoosobowych grupach. Trudniej jest więc na polskim przepytać wszystkich i z każdym porozmawiać.
Nie ma też czasu na ćwiczenie pisania dłuższych form, bo nauczyciel nie ma kiedy sprawdzać prac. - A w klasie maturalnej jest już za późno na ćwiczenie tych kompetencji – stwierdza Szymczyk. Wiedza uczniów, jak podejrzewa polonistka, jest niepogłębiona i powierzchowna być może też z powodu konieczności zdobywania wiedzy z wielu przedmiotów w krótkim czasie. Nie sprzyja temu również system oceniania matur, który szczególnie w przypadku wypracowań, zdaniem Aleksandry Korczak, nastawiony jest na szukanie błędów, a nie na docenianie szerokiego zasobu leksykalnego i erudycji ucznia.
- Bardziej niż kiedykolwiek utrwala się podział na uczniów, których rodzice mają więcej czasu na rozmowy z nimi i uczniów, którzy wracają do domu i nikt ich nie pyta, jak było w szkole. Są osoby, które mają nawyk czytelniczy wyniesiony z domu, pewne zaplecze intelektualne, ale też ekonomiczne, więc mogą pozwolić sobie na dodatkowe zajęcia. I są osoby, których rozwojem intelektualnym nikt się w domu nie opiekuje. To wszystko rzutuje na potencjał wypowiadania się – zwracała uwagę w rozmowie z RadioZET.pl Korczak.
"Nie wiem, co to znaczy, ale się nie dowiem"
W efekcie w szkole więcej więc czasu potrzeba na wyjaśnienie oczywistości. Stąd Magda Konkolewska z niedowierzaniem patrzy, jak kiedyś na zrealizowanie danego tematu poświęcała jedną godzinę, a teraz musi trzy. Jak przyznaje, można wyjaśnić coś prostymi słowami i zazwyczaj stara się tak robić, ale z drugiej strony, jednym z wymagań na maturze rozszerzonej jest stosowanie nomenklatury biologicznej. - Zresztą młodzież też nie wie, co znaczy słowo nomenklatura, więc i to muszę im tłumaczyć – dodaje. A trudno pisać pracę na wyższym, pogłębionym poziomie, na co zwraca uwagę Karolina Szymczyk, jeśli nie rozumie się poleceń.
Co nie znaczy, że młodzież nie ma wiedzy. Biolożka notorycznie słyszy wyjaśnienia: „ale ja się tyle uczyłem”. - Trochę złośliwie wtedy przypominam, że w języku polskim mamy czasowniki dokonane i niedokonane. Można się uczyć całe życie i się nie nauczyć – mówi. Gdy dzieci nie widzą jednak efektów swojej pracy, poddają się. Do tego dochodzi wstyd, bo niektórzy zdają sobie sprawę z tego, że brzydko mówią po polsku, więc wolą się nie odzywać. I tak może też być w późniejszym życiu – zamiast walczyć o coś, będą milczeć.
Dr hab. Joannę Satołę-Staśkowiak, językoznawczynię z Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi, bardziej niepokoją jednak sytuacje, w których młodzi ludzie niekoniecznie mają potrzebę poznawania „nowych” słów i nie ma w tym wstydu. „Nigdy nie wiem, co to znaczy, jak to napisać” – nie raz słyszy językoznawczyni - i co gorsza nie pada potem druga część, czyli „ale dowiem się”. - A przecież mamy pod ręką w telefonach słowniki elektroniczne – mówi.
Język idzie w stronę emocji
Jak zaznacza badaczka, język polski, jak każdy żywy język, podlega ciągłym zmianom, które wynikają m.in. z następowania po sobie kolejnych pokoleń. Inaczej mówili dziadkowie, inaczej rodzice. - Jednak teraz te zmiany znacznie przyspieszyły. Niektórzy wręcz uważają, że obecnie język zmienia się najszybciej w historii jego rozwoju – mówi dr hab. Satoła-Staśkowiak. Za przykład podaje ogromną liczbę okazjonalizmów w języku młodzieżowym, które starzeją się tak błyskawicznie, że nawet nie zdążą wejść do słowników. Szybko powstają i szybko znikają, zużywają się, a na ich miejsce przychodzą kolejne. Wpływa też na to zalew obcych słów.
Według językoznawczyni możemy się więc spodziewać, że słowa i zwroty dziś uznawane za archaiczne, mogą całkowicie zaniknąć. Całkiem prawdopodobne jest to, że niedługo zniknie też wołacz (przypadek gramatyczny), który szczególnie młodzi ludzie, jak zauważa badaczka, często zastępują mianownikiem. Czyli zamiast „Aniu chodź!” słyszymy dziś po prostu „Ania chodź”. - Być może znikną też samogłoski nosowe, które język polski zachował jako jedyny wśród języków słowiańskich – mówi dr hab. Satoła-Staśkowiak i podaje przykład: - Wiele osób pisze dziś: np. „dziękuje za życzenia” zamiast „dziękuję za życzenia”.
Zdaniem językoznawczyni wpływ innych języków, zwłaszcza angielskiego, może spowodować też dalsze zapożyczenia, które staną się integralną częścią języka polskiego. Z kolei coraz częstsze mieszanie języków, zwłaszcza w środowiskach wielokulturowych, może prowadzić do powstania nowych wariantów i form językowych. Badaczka spodziewa się też zmiany znaczenia niektórych słów w zależności od kontekstu kulturowego i społecznego. - Niektóre zasady gramatyczne mogą ulec uproszczeniu lub zmianie, podobnie jak interpunkcja – mówi dr hab. Satoła-Staskowiak.
Najbardziej martwi potocyzacja oraz wulgaryzacja języka oraz skróty, bo to wszystko zdaniem językoznawczyni powoduje, że zaczyna brakować słów neutralnych znaczeniowo. - Język idzie w stronę emocji – mówi. Uspokaja jednak: - Nie zniknie nam język polski, nie martwiłabym się tym, że przestaniemy się rozumieć, ale z pewnością nasz język przechodzi dużą transformację.
Język coraz prostszy
To, jak zaznacza, jest ważna wskazówka dla ekspertów zajmujących się programami nauczania, w których powinno się położyć nacisk na rozmowę, na oficjalny język, na tworzenie dłuższych wypowiedzi. - Wiele będzie też zależało od środowiska, rodziny, rówieśników – dodaje dr hab. Joanna Satoła-Staśkowiak.
Dlatego Dawid Łasiński gdy uczniom wprowadzał np. równanie reakcji chemicznych, starał się unikać trudnego języka i skupić na obliczeniach. - Używałem wyrażeń: „mała cyferka, duża cyferka”. Dopiero gdy zrozumieli, jak to działa, mówiłem, że duża cyfra to współczynnik stechiometryczny. To była moja metoda na przetrwanie – mówi, widząc nadzieję jedynie w metodzie drobnych kroków. - Chociaż i ta jest coraz trudniejsza, bo te kroki, by dotrzeć do dzieci, są coraz drobniejsze – przyznaje.
Magda Konkolewska, nauczycielka biologii, przyznaje, że na lekcji łapie się się na tym, że co chwila pyta: „czy wiecie, co znaczy to słowo” i wcale nie ma na myśli profesjonalnego słownictwa. Karolina Szymczyk z kolei uczyła ostatnio młodzież licealną, jak posługiwać się słownikiem synonimów, by znaleźć zastępstwa dla słów: „bezstronny” i „końcowo”, które w ostatnim czasie wielu jej uczniów nadużywało.
Jeśli mowa o komunikacji, to dr hab. Joanna Satoła-Staśkowiak obserwuje jeszcze jedną zmianę w tym aspekcie. - Młodzi ludzie nie tylko mają problem ze zrozumieniem słów i z mówieniem. Nie potrafią odczytywać emocji wynikających z rozmowy. Nieczytelna jest dla nich także komunikacja niewerbalna – zauważa ze smutkiem.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET